Zwyczaje noworoczne i papież-wiedźmin

Od czego się zaczęło?

Kto myśli, że imprezy sylwestrowe odbywają się od zarania dziejów, i przodkowie nasi witali wtedy Nowy Rok jak jeszcze o Mieszku nawet ptaki nie śpiewały, ten jest w głębokim błędzie, ponieważ jeśli chodzi o jakiś rytm natury czy związany z tym cykl rolniczy, ta data nie miała związku kompletnie z niczym. Ludy pogańskie: Celtowie, Północniacy, ci tutejsi także, kończyli stare i zaczynali nowe wtedy, kiedy „rodziło się” Słońce, czyli mijała najdłuższa z mrocznych i skutych lodem zimowych nocy, co pozwalało z malutką, ale jednak, iskierką nadziei, wyczekiwać wiosny, więcej o tym było tutaj i tutaj, nie ma sensu powtarzać.

31 grudnia jako dzień zabaw i swawoli to dzieło przypadku i zabobonności pomieszanej z ciemnotą (albo cwaniactwem) wśród hierarchów kościelnych we wczesnych wiekach istnienia chrześcijaństwa. Nie wiadomo ile w tym bajki i setek lat „upiększania” legendy (wiadomo, każdy coś od siebie musi dołożyć, bo czemu nie – każdy kto czyta czasem książki przekonał się, że nie tylko piękno, ale również prawda jest w oku i głowie patrzącego). W każdym razie, jeśli wierzyć opowieściom, papież Sylwester I był wiedźminem zanim to stało się modne, bo udało mu się zakneblować i uwięzić w lochach pałacu groźnego potwora morskiego Lewiatana, by nie zagrażał ludzkości gdyby np. zgłodniał i postanowił pożreć ziemię. Tak to jest, wierzył chłop w gusła, aż mu dupa uschła…przez ponad 600 lat z gadziną był spokój i pewnie dawno by o niej zapomniano, gdyby nie przepowiednia Sybilii o końcu świata, który miał nastąpić w 1000 roku. Pech chciał, że akurat na 4 lata przed nastaniem tej straszliwej daty, na stolicy piotrowej zajął miejsce młodziutki i chyba zupełnie nienadający się na przywódcę… Wszyscy z głową kościoła włącznie, drżeli przed nastaniem straszliwej daty, kiedy potwór miał uwolnić się z więzów i dokonać dzieła zniszczenia – na przystawkę wtrząchnąć planetę razem ze wszystkim co na niej żyje, a na koniec podczas beknięcia po takim syfie, zionąć ogniem i podpalić niebo. Wszyscy byli do tego stopnia przekonani, że Armaggedon jest nieuchronny, że umierając (młodo przecież) Grzegorz  (otruto go w 999) miał podobno dziękować Bogu, że zabiera go do siebie już teraz i nie będzie musiał oglądać tych strasznych scen, które lada moment miały się rozegrać.

Lud poważnie się wtedy zaniepokoił, ale robić w gacie na serio zaczął dopiero gdy jako następcę Nieboszczyka wskazano uważanego (przez kogo?) za dziwaka i parającego się czarną magią eremitę-mnicha, który jakby tego było mało przyjął imię tego kozaka od pętania lewiatanów – oficjalnie papieżem został Sylwester II. Oczywiście przyjęto to za znak i złą wróżbę w jednym, bo historia zatoczyła przecież koło i teraz to już amen w pacierzu, więc w sumie nie pozostało nic innego jak poużywać tej resztki życia, która pozostała, wziąć kredyt, kupić lamborghini, uciec z domu starców, przepić rodzinny majątek i tak dalej, hulaj dusza, byle tylko zdążyć się wyspowiadać zanim stwór zgłodnieje i zażąda potrawki z lawy, skał, wody i ludzkiego paskudztwa. Trudno powiedzieć, choć można się domyślać, dlaczego zaczęto rozpowszechniać wieść o tym, że diabelski papież ma uwolnić gada, żeby wszystko łącznie z nim cholera wzięła – wierni jednak łyknęli info jak pelikany i gdy nadszedł wreszcie 31 grudnia 999, wszyscy byli już gotowi na śmierć, jedni w trumnach, drudzy w łóżkach, trzeci przy stole z rodziną – dzwony biły na trwogę, Rzym drżał i schodził na zawał wyczekując mających nastąpić potworności. Jak się pewnie domyślacie, bo skoro to piszę a wy czytacie, to coś musiało pójść nie tak, godzina duchów minęła i…nic się nie wydarzyło, Lewiatan zaspał albo stwierdził, że człowieków to nawet on nie ruszy i niech kto inny, może Fenrir, zajmie się rozprawieniem z nimi, w każdym razie on to jednak podziękuje. Tik tak, tik, tak, pół godziny, godzina, a nic się nie zmieniło, wszystko takie samo jak wczoraj, żadnego widma katastrofy,  ogni na niebie też nie stwierdzono. Trochę error i brain damage, ale jak w końcu dotarło do pustych głów, że na razie wszystko spoko i trwamy, radości nie było końca a swawole, tańce, hulanki i orgie trwały i trwały – mniej cieszyli się tylko ci którzy wszystko już przepieprzyli i nie mieli za co się napić. Taka bajeczka, trochę straszna, trochę śmieszna.

Sylwestry w formie podobnej do tej, którą znamy współcześnie, zaczęły się odbywać w Polsce dopiero w XIX wieku, a więc bardzo niedawno – no i bawiła się tylko bogata elita w bogatych miastach – na wsiach zwyczaje były zgoła inne i przypominały bardziej pomieszanie Andrzejek/Katarzynek z jakimś Yule czy Wigilią, niż zakrapianą imprezę z tańcami i fajerwerkami, i szeregiem noworocznych postanowień układanych wraz z ustępowaniem kaca następnego dnia.

Tu akurat nic nowego nie napiszę, bo mamy przecież (umowna, ale jednak, według obowiązującego kalendarza), datę graniczną, mediacyjną, próg, przejście, umieranie starego i narodziny świeżego, zdrowego, nieznanego – a więc najlepszy czas do czarowania, wróżenia, przepowiadania przyszłości i zaklinania, by następne 12 miesięcy było pomyślne, ludzie i trzoda zdrowi, pogoda łaskawa, duchy przodków przychylne, a plony obfite (w sumie jakby to uprościć i uporządkować, to jedno wynika z drugiego).

Dziewczęta w tę niezwykłą noc próbowały dowiedzieć się (a jakże by inaczej) czy w nadchodzącym roku wyjdą za mąż. O północy wybiegały więc z domu do płotu i chwytały za pierwszy kołek przy którym się zatrzymały…macając go i oglądając dokładnie oceniały jaki może być luby (albo jakaś jego część, ponoć istotna) – gruby, cienki, długi, krótki, przekrzywiony, garbaty…po wnikliwych oględzinach należało ogrodzeniem potrząsnąć tak, żeby narobić hałasu i nasłuchiwać, z której strony psy zaczęły szczekać – tą drogą miał nadjechać (albo nadejść w dziurawych onucach) ten, z którym na zawsze zwiążą swój los i który będzie miał w swoich brudnych rękach ich być albo nie być.

Panowie też coś tam kombinowali, ale bogatsi kończyli na laniu ołowiu do miski z wodą, ewentualnie zakładaniu butów na odwrót (to jest lewy na prawą nogę, a prawy na lewą) – to już ci bardzo zdeterminowani, bo trzeba było tak położyć się spać (myślę, że podobnie jak teraz większość facetów uważała te akcje za bajduły dla bab i mało któremu chciało się męczyć dla jakiejś wątpliwej wiedzy) – niby to co się wtedy przyśniło miało się na bank sprawdzić w ciągu najbliższego roku. W życiu bym na to nie poszła, jakby moje sny stały się rzeczywistością to akcja z Lewiatanem byłaby przy nich dziecięcą igraszką.

Opisane wyżej zabawy to zwykle współczesne praktyki, nie ma konkretnych źródeł które by opisywały jakieś specjalne przygotowania albo żeby chłopi specjalnie czekali do północy i dopiero wtedy szli spać (raczej nie pili szampana ani nie wystrzeliwali w niebo fajerwerków, co dowodzi, że byli mądrzejsi :D)[Nie mieli ich, serio?

Udostępnij

Share on facebook
Share on pinterest
Share on twitter
Share on email
babskiegusla
babskiegusla
Share on pinterest
Przypnij do tablicy
Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Share on email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *