Ostatki! Kto żyw, niech życia używa, bo lat nie ubywa

Jedzmy, pijmy, póki czas, póki życie tli się w nas

 

Staropolska, młodopolska, wczesnośredniowieczna kuchnia pewnie też, zawsze [szczególnie gdy okazją były ważne święta] rządziła się zasadą „zastaw się a postaw się” (wiadomo, że rodzaj i ilość tego co serwowano różniły się w zależności od majętności chłopa, gospodarza, Pana). Zmieniały się realia, zmienila się wiara, wraz z przyjezdnymi możnymi, obco zeswatanymi monatchami przyjmowały się nowe mody, a wraz z nimi na stołach gościły potrawy nigdy wcześniej nieznane i przygotowane z importowanych składników, przybyłych wraz z ludźmi z dalekich krajów i osobistymi kuchachami należącymi do ich świty. Dokąd tylko sięgają źródła pisane, potwierdza się jedno: biedziadować u Nas lubiano, chciano, a każda okazja, łącznie z brakiem okazji, była dobrą do tego, żeby co nieco…co kto miał, spożywał. To wpis okolicznościowy, ani on pogański, ani słowiański, bo nie będę się doszukiwać konotacji tradycji kończących karnawał z tym co kiedyś MOGŁO TO OZNACZAĆ w pogańskim rycie (pisałam o tym gdzie indziej), nie miejcie pretensji o lekki ton i gawędziarski styl.

Dziś skupimy się na swawoli, jedzeniu, piciu, „hulaj dusza, piekła nie ma”! (A nawet jak jest, to będziemy się tym martwilić jutro), bo zaraz kończy się karnawał, wyrwijmy co się da, bo kto wie, czy dadzą Bogi rok przeżyć, i czy w kolejnym w tym samym gronie uda nam się spotkać.

Już w XVI w. nieposkromione swawole związane z zapustami potępiał jezuita ksiądz Jakub Wujek, narzekając, że jego rodacy: Mięsopusty od czarta wymyślone bardzo pinie zachowują. Zaś niemal współczesny Wujkowi kalwiński kaznodzieja Grzegorz z Żarnowca szedł w tych potępieniach jeszcze dalej: większy zysk czynimy diabłu trzy dni rozpustnie mięsopustując, aniżeli Bogu czterdzieści dni nieochotnie poszcząc.

Wyjątkowo sute poczęstunki i proszone imprezy były popularne właśnie w zapusty. Ostatni dzień karnawału, czyli wtorek, bywa w Polsce nazywany „śledziem” po norwesku zaś  fetetirsdag (taka ciekawostka).  Środa Popielcowa (askeonsdag) rozpoczyna następny okres roku: Wielki Post (fastetiden), czyli oczekiwanie na Wielkanoc (påske). W trakcie karnawału pojawia się kilka ważnych dni, Tłusty Czwartek czyli norweski astelavn (czyli wychodzi na to, że każdy lubi podjeść sobie ile fabryka dała). W ostatnim tygodniu tego czasu, zwłaszcza w trzech ostatnich dniach zapustnych, o ich ważności świadczą osobne nazwy: ostatkowy, kusy i diabelski! Wiadomo, że ostatni był najbardziej niebezpieczny, niech pierwszy rzuci kamieniem ten kogo nigdy nie poniósł melanż…a tu czort wyjątkowo kusił, żeby przeciągnąć imprezę i nawet nie wiesz kiedy, a jest Wielki Piątek. xD Zaputacie: to co wtedy jedli? Oprócz tego co zwykle, tylko więcej i częściej: tłusto okraszoną kaszę, skwarki, kiełbasy, mięsiwa (kto miał co ukatrupić), a oprócz tego „ociekające smalcem placki i racuchy z cukrem, a czasem także wielkie, solidne, staropolskie pączki, którymi można było oko posinić, ale tylko w zamożnych domach. Miały być lekkie, że wiatr zmuchnąłby je z półmiaska i podobnie jak chrusty (zobaczcie czy huragan ruszy te kupione w markecie), zwane faworkami, gościły na stołach mieszczan i bogatych, a w XVIII wieku stały się specjalnością ekskluzywnych cukierni.

Drama z pączkiem w tle czyli Babski Comber

 

Pierwotnie Tłusty Czwartek nazywał się Combrowskim Czwartkiem, i był dniem zabaw kobiecych co jest jedynym świadectwem (językowym, słabym) – miał wziąć się od nazwiska żyjącego w XVII wieku krakowskiego kupca Combra, który prawdopodobnie był mizoginem, miał kompleksy i małego, bo okrutnie prześladował przekupki, które rozstawiały kramy i handlowały na krakowskim rynku – no trudno współcześnie określić go inaczej niż „stary chuj”. Trudno się dziwić – ja się nie dziwię – że gdy przyszło mu zejść z tego świata, na co niewątpliwie czekali wszyscy, tylko z różnych powodów – kobiety niższego stanu zamiast stypy urządziły grubą bibę, że dziad pazerny nie będzie więcej zawracał dupy. Z czasem stało się to dorocznym zwyczajem, i chętnie dołączały do niego nawet mieszczki (i słusznie, nie ma niewinnnych chłopów xd). Zwyczaj okrzepł, wybierana była marszałkowa całej akcji, tłum niczym wojsko dzielił się na roty. Za krzywdy, biedę, poniewierkę, ohydne traktowanie, odbijały sobie – za składkowe kupowały gorzałkę, wynajmowały muzykantów i na rynku czyhały na bogu ducha winnych (już mówiłam, nie ma niewinnych) chłopów (bez żartów, płeć nie ma znaczenia). Najgorzej mieli nieżonaci, – musieli ciągnąć ciężki kloc drewna za to, że migają się od obowiązków, co cennego mieli, to jakoś im się traciło – zamiast futer i kołnierzy strojeni byli na pośmiewisko w słomiane wieńce, i zmuszani do nieprzystojnych tańców, dopóki nie wykupili się stosowną monetą (każdego można kupić).

 11 marca zaczynał się dla studentów rok akademicki – żaczkowie biesiadowali (kto wierzy, że tylko wtedy, niech spróbuje się nie zaśmiać). Nazywało się to gregorianki, i co ciekawe, było to również święto pasterzy, co podejrzliwemu każe zacząć dłubać, grzebać i kojarzyć, że może jednak to drugie było pierwszym, a jak czasy się zmieniły, to trzeba było przemianować imprezę i jeszcze jakoś to wytłumaczyć (kto to wymyślił, że zabawa potrzebuje usprawiedliwienia)? W tym samym dniu czeladnicy świętowali swoje uwolnienie – czytaj „wejście na wyższy level” – nazywano to burkotami.

Ostatki nazywane zamiennie kusakami nie bez powodu nosiły miano czartowskich (no czego to dowodzi, tylko diabeł mógł namawiać do zabaw i wzbudzać w ludziach potrzeby i żądze, które leżały w ich naturze od początków istnienia świata…no dobra, może nie aż tak, ale odkąd abstrakcyjne myślenie pojawiło się w naszych głowach…natury nie oszuka ksiądz proboszcz, biskup ani papież). Pomyśl, masz przed sobą perspektywę (często tez konieczność, przednówek, bida z nędzą) jedzenia wody z ziemniakami – kto żyw i komu jeszcze krew w żyłach się gotuje chce na zapas wytańczyć się, napić, pobawić, pośmiać, dopuścić się bezeceństw (w końcu za odpuszczenie grzechów wystarczy zapłacić ) – hasło „Hulajta chłopaki, bo dzisiaj kusaki” nie bez powodu było odnotowywane przez kilka dobrych wieków.

Zwyczaj najdłużej zachował się na wsiach, barwne korowody bawiących się przebierańców jeszcze nie tak dawno były częścią lokalnego folkloru – płatający filgle niegroźni przebierańcy…i tu dochodzimy do momentu, kiedy mogłabym pisać naukowo, ale nie będę (bo zakładano maski, obowiązkowo malowano, czerniono twarze, zakładano futra). Czyżby znów coś odstraszano, zło zimy, bo idzie nowe, idzie wiosna, spadajcie, duchy, demony, przodkowie, idźta już do siebie, bu! Zaraz nowy plon? Ale miało nie być o tym…

 

Udostępnij

Share on facebook
Share on pinterest
Share on twitter
Share on email
babskiegusla
babskiegusla
Share on pinterest
Przypnij do tablicy
Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Share on email