Królewna zgwałcona przez potwora, książę-likantrop i Rurykowicze, czyli wstęp do wilkołactwa

Legendy o wilkołakach są wspólne dla wszystkich narodów słowiańskich. Idee Volkolaka łączyły cechy obrazu ludowego i zapożyczały elementy z idei chrześcijańskiej demonologii. Wyjątkowy archaizm wierzeń tego rodzaju wynika z faktu, że w innych tradycjach indoeuropejskich (w szczególności w tradycji hetyckiej) przemiana pana młodego w wilka wiąże się z pierwotną formą małżeństwa – porwania (przymusowe wzięcie, nawet gwałtem, panny młodej). Wilkołactwo (pewnie na równi z wampiryzmem) rozpala wyobraźnię ludu od zarania dziejów (no dobra, może przesadzam, ale już w starożytności powtarzano różne wersje legend o zmiennkształtnych), a odkąd przeniknęło do popkultury i stało się nośnym i atrakcyjnym tematem, garściami czerpali z niego zarówno twórcy filmowi, jak i pisarze, muzycy, malarze – nie ma chyba takiej gałęzi sztuki, w której motywy związane z dawnymi wierzeniami w nieumarłych i ludzi – bestie by się nie pojawiły.

Aby sobie uświadomić jak silnie działało to na głęboko ukryte tęsknoty za niezwykłością i odrębnością oraz niezdrową fascynację (i lęk) przed tym, co znalazło się poza marginesem społeczności, wystarczy wziąć pod uwagę, że legendy o ludziach przybierających wilczą postać żywe były nawet tam, gdzie wilków nigdy chyba nie widziano – nie występowały na Islandii, tymczasem sagi z upodobaniem wspominają o wilkołakach (choć to akurat łatwo wytłumaczyć, podróżujący wikingowie, wieść się rozniosła, z innych krajów skandynawskich nie mieli daleko… a może przynieśli to irlandzcy mnisi, którzy jako pierwsi zasiedlali tamte tereny? Słynny Wilk z Ossory to przecież ich krajan, ale o tym może kiedy indziej).

Na przestrzeni lat pojawiały się różne teorie dotyczące genezy tego zjawiska. Dość powiedzieć, że w lekko tylko zmienionej formie występowało na prawie wszystkich szerokościach geograficznych: w zależności od klimatu dominującego na danym obszarze, opowiadano o ludziach zmieniających się w lwy, tygrysy, niedźwiedzie, wilki czy sokoły – należy podkreślić, że zawsze były to stworzenia dzikie i drapieżne, a więc chtoniczne, stojącej po przeciwnej stronie do tego, co ludzkie i oswojone. Zatem temat takich przemian znany był nie tylko w kręgu który nazwę teraz roboczo „indoeuropejskim”, ale także w Chinach, Afryce (tam popularny był krokodyl). Większość przekazów którym można w jakimś sensie dać wiarę pochodzi głównie z pism starożytnych i średniowiecznych, chociaż żadne z nich nie jest wolne od „skażenia kulturowego” autorów, to jednak ze względną łatwością można wyłuskać z nich informacje, które są istotne dla badacza śladów zwierzęcych łap. Co innego późne teksty XVII i XVIII – wiecznych demonologów, którzy jak słusznie zauważa Słupecki, mieli zacięcie bardziej erudycyjne i moralizatorskie aniżeli naukowe, stąd też trudno na podstawie ich spostrzeżeń zanotować jakieś godne uwagi wnioski, chyba że ktoś chce zostać utwierdzony w przekonaniu, że likantropia, tak jak wszystkie podobne zjawiska, są dziełem Szatana i od niego pochodzą (wypisz wymaluj tak samo jak ta strona, też z diabelskiego nasienia wykiełkowała).

Jako pierwsi jakieś sensowne wnioski (przedtem umownie prawidłowa teza Bottigera, Leubuschera i Taylora upatrujących korzeni likantropii w chorobie psychicznej, co jest trudne do podważenia o tyle, że nie sposób zaprzeczyć istnieniu pewnej grupy wariatów, którzy w wyniku jakiegoś zaburzenia opisanego pewnie przez psychiatrię twierdzili, że potrafią przemienić się w zwierzęta. To nic nowego,  niczego też nie przekreśla: dziś również nie trzeba daleko szukać by trafić na kilku Napoleonów i japońskich cesarzy…czy to dowodzi, że prawdziwi nigdy nie istnieli? Argumentum ad ignorantiam. Kultowe konotacje wilkołactwa słusznie wskazał dopiero Fredrich Welcker i niezależnie Wilhelm Hertz – ich poszukiwania zaowocowały wnioskiem, że źródłem przemieńczych tradycji jest opisane przez Herodota plemię Neurów, którego członkowie mieli posiadać zdolność przepoczwarzenia się w zwierzęta – czy to na skutek praktyk obrzędowych, czy z powodu przekleństwa (karą na przekroczenie nieprzekraczalnych granic w mitach starożytnych często było przemienienie w wilka – szczególnie często piętnowano w ten sposób kanibalizm). To jednak tylko krótki tekst, a nie monografia, więc nie będzie opisywania po kolei każdego ze znanych przypadków, skupię się wyłącznie na Słowianach, ewentualnie zahaczając o wierzenia nordyckie tam, gdzie w mojej opinii pojawia się analogia.

Pierwszy słowiański (udokumentowany!) przekaz o wilkołakach pochodzi z fragmentarycznie tylko zachowanego „Słowa o wyprawie Igora na Połowców”, gdzie pojawiają się echa mitu o władcy-wilku, którego można uznać za coś na kształt mini-archetypu. Owym wilkiem był nikt inny jak uważany za czarownika książę Wszesław (ten sam, wiking z Rurykowiczów w prostej linii potomek Waregów), o którym twierdzono, jakoby posiadał zdolności powszechnie uznawane za nadprzyrodzone i cechy właściwe zwierzętom, przy jednoczesnym zachowaniu ludzkich zasobów umysłowych:

Wszesław kniaź ludźmi sądził i grodami rządził
A sam nocą wilkiem ganiał
Od Kijowa zdążał do kur [piania] do Tmutorakania
I wielkiemu Chorsowi drogę wilkiem przesłaniał
Kiedy w dzwony u Sofii świętej
Uderzano w Połocku na jutrznię
On w Kijowie ich dźwięk słyszał.
Choć miał wieszczą duszę w swym podwójnym ciele
To częstej biedy wycierpiał on wiele

Kto tu był taki mołodiec? Wszesław Briaczysławowicz, książę połocki, lawirant i czystej wody materiał na bohatera: można powiedzieć, że urodził się z piętnem wielkości (w końcu był prawnukiem Włodzimierza WIELKIEGO, więc to jakby oczywista oczywistość), jeszcze dobrze nie pojawił się na świecie, a już okrzyknięto go „wołchwem” zrodzonym nie ludzką, a nadprzyrodzoną mocą i takąż poczęty. Z czego wzięło się to zamieszanie? Ano pojawił się na tym padole łez w czepku, tak, miał na głowie fragment błony (być może nawet dziewiczej, w końcu zapłodnienie było poniekąd niepokalane, bo nie doszło do stosunku, ale o tym za chwilę), a tak przychodzili na świat tylko wybrańcy losu, pomazańcy przeznaczenia, powołani do wielkości zanim jeszcze wzięli pierwszy haust powietrza. W „Słowie o wyprawie Igora” autor powiada o nim, że był jak „luty zwierz”, co jeszcze bardziej przybliżało go do wilka[1]: skory do walki, żądny krwi, nieustępliwy, sprawny i dziki. Miał wszak wszelkie przymioty sławnego wojownika – herosa, a w dodatku szczęście i super moc, którą jako niemowlęciu, idąc za radą magów, zapewniła mu matka, której to rzekli: „tę błonę nawiąż nań, niech nosi ją do końca żywota swego. I nosi ją Wszesław i po dziś dzień ma na sobie, dlatego nie jest czuły na przelew krwi”. Można to rozumieć dwojako i każda interpretacja będzie prawidłowa: zarówno ta,  że trudno go zranić (jak na Skandynawa przystało, musiał mieć i berserkerskie jazdy), jak i opisująca jego okrutne skłonności. Osobom urodzonym w „czepku” przypisywano nie tylko zdolność jasnowidzenia i odporność na złe uroki, ale także wyjątkową „podatność” na wilkołactwo. Kniaziowi przypadły wszystkie te „zalety”: będąc w Kijowie słyszał to, co dzieje się w Połocku (Słupecki przytacza analogię do Sagi o Njalu, któtego syn, Helgi, poinformował jarla Orkadów Sygurda o tym, co dzieje się w Szkocji, przebywając setki kilometrów od tamtego miejsca[2]).  

Najwięcej, choć niekoniecznie dosłownie, o nieziemskim pochodzeniu księcia mówią rosyjskie byliny, a konkretnie ta o Wołchu (wołchw, wiadomo, czarownik) Wszesławiewiczu (patronimiczna forma), i magicznym sposobie, w jaki został poczęty. Uwaga, bo jest srogo, strzeżcie się gadów!

Poprzez ogród, przez zielonu
Biegała-pląsała młodziutka królewna
Młodziutka królewna Marfa Wszesławiewna
Skoczyła z kamienia na lutego Żmija (czyli lutość po tatusiu miał!)
Na lutego, na Żmija, na Gorynicza.
Luty Żmij się wije (znaczy akcja się rozkręca)
Bucik owija – safian zielony
Pończoszkę jedwabną owija (dzieci zamknąć oczy)
W udo białe ogonem uderzył (trochę powagi, Przybłędo z Guseł)
A wtedy królewna poczęła
Poczęła i dziecko zrodziła

Słupecki pisze, że księżniczka została przez gadzinę „zgwałcona”, chociaż z tekstu to chyba nie wynika, tym bardziej, że tylko uderzył ją w udo, a o żadnym oporze czy przestrachu z jej strony nie ma mowy. W każdym razie owocem tego niecodziennego acz jak się okazało brzemiennego w skutki spotkania było pojawienie się na świecie wilkołaka (będę się trzymać wersji, że po prostu Wiedzącego – Czarownika) Wszesława. Tradycyjnie, gdy nadeszła chwila porodu:

А и на небе просветя светлел месяц,
А в Киеве родился могуч богатырь,
Как бы молоды Вольх Всеславьевич.
Подрожала сыра земля,
Стреслося славное царство Индейское,
А и синея море сколыбалося
Для-ради рождения богатырскова,
Молода Вольха Всеславьевича. (
Ziemia się trzęsła, w innym wariancie zwierzęta chowały się i uciekały w popłochu, w jeszcze innym nastąpiło zaćmienie słońca i za dnia na niebie pojawiły się gwiazdy i to najbardziej nas zaraz będzie interesowało – przyp. Aut).

Wersja z zaćmieniem Słońca jest o tyle przekonująca, że to samo pojawia się przy okazji innego ważnego wydarzenia opisanego w „Powieści dorocznej”, gdy Wszesław szykował się do wojny: temat wszem i wobec znany i przez lata obecny w tradycji i świadomości ludu, wystarczy przypomnieć sobie początek „Ogniem i mieczem”. Wołchw jak przystało na herosa był nie tylko wilkołakiem, ale też szczupakołakiem, gronostajołakiem i mrówkołakiem, bo w te także potrafił się przemienić gdy zaszła konieczność, w razie W ten numer przechodził nawet z całą drużyną: gdy przyszło zakraść się do pałacu „cara indyjskiego”, wszystkich zrobił mrówkami i cichcem wleźli przez dziurkę od klucza (jaki miałam pomysł na rozwój sytuacji niech każdy sam rozsądzi :D).  Pierwszym pytaniem które się nasuwa jest: WTF? Wszystko spoko, ale skąd im się to brało, chyba nie chcecie mi powiedzieć, że gdy chcieli, naprawdę zmieniali się w gadzinę a potem jakby nigdy nic przybierali na powrót ludzką postać? Pewnie nie byli likantropami likantropusami lupusami, ale z jakiegoś powodu przypisywano im takie cechy, albo my po 1000 lat tak to interpretujemy. Szczególnie dają do myślenia nazwy używane zamiennie z „vukodlak” np. na Bałkanach, bo dotyczą one przede wszystkim zdolności szamańskich czy w ogóle magicznych, nie zaś cech zwierzęcych: innym słowem dla określenia zmiennokształtnych było pochodzące od czasownika vedati – „wiedzieć”: ukraińskie „wishun” – „wilk-wilkołak”, staroczeski „vedi”, słoweński „vedomci, vedunci, vedarci”, co gdyby się uprzeć należałoby rozumieć jako Wiedzacz lub Widzacz.

[1] …князьям города рядил, а сам в ночи волком рыскал… Херсоню великому волком путь перерыскивал…

[2] Brennu-Njáls saga, Einar Ól. Sveinsson: Studies in the Manuscript Tradition of Njálssaga. Reykjavík: Leiftur, 1953

Biblio: Douglas, Adam. The Beast Within: A History of the Werewolf. NY: Avon Books, 1992

Otten, Charlotte F., ed. A Lycanthropy Reader: Werewolves in Western Culture. Syracuse, NY: Syracuse University Press, 1986

Słupecki L., Wojownicy i wilkołaki, PWN, 2012 (a teraz jest nowe wydanie, więc można śmiało zakupić do czego namawiam zainteresowanych)

Kaleta M., , Starożytne wilkołactwo, Kraków 2009

A. M. di Nola, Wstęp,[w:] E. Petoia, Wampiry i wilkołaki…, Kraków 2004

Udostępnij

Share on facebook
Share on pinterest
Share on twitter
Share on email
babskiegusla
babskiegusla
Share on pinterest
Przypnij do tablicy
Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Share on email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *