Kobieta-wróg publiczny, czyli jakoś mało się zmieniło

Kto się boi baby?

Ludzie od zawsze wierzyli w istnienie magicznych zdolności. Każdy przejaw złożoności ludzkiej natury, którego nie potrafiono wyjaśnić, często stawał się dowodem na posiadanie magicznych zdolności, pochodzących od diabłów, duchów, i komu co jeszcze przyszło do głow (Szatan zdecydowanie przodował w stawce, szczególnie jak „nowa wiara” weszła ludowi w krew). Zanim zapanowała w tym zakresie wszczepiona ciemnota, (a ludzka natura jest na nią podatna: wystarczy ją nakarmić strachem, zazdrości nie trzeba nawet podkręcać, a potem wskazać „niewidzialnego wroga” i voila, mamy rząd dusz), magowie, astrologowie, alchemicy wzbudzali bojaźń, podziw i szacunek. Dlaczego? WIEDZA dawała potęgę, a że dostępna była dla nielicznych… Przypomnijcie sobie starożytny Egipt, szarą eminencją był zawsze kapłan. I tak możemy jechać przez wszystkie kultury, robiono tak politykę, i sterowano prostym ludem wedle uznania, tłumacząc im co i dlaczego tak a nie inaczej – czy wymyślono lepszy sposób na trzymanie tłumu w ryzach?

Dobra, już się nie rozdrabniam i skupiam się tylko na czarownicach: zwykle „bogom ducha winnych kobietach” skupiających nienawiść społeczeństwa podpuszczanego interesownie i fanatycznie (zależy) i przez władze kościelną, i świecką, co w sumie na jedno wychodzi, bo rządzący zawsze przed klerem trzęśli portkami, bo wpływy mieli ogromne (współcześnie nieszczęśliwie mamy okazję dokładnie przestudiować ten rodzaj zależności)[1].

 Czarownice i przebieg tak zwanych procesów (ta nazwa to nadużycie jak…nie wiem co) pomimo upływu wieków wciąż wzbudzają emocje – tortury, krew i absurdy – takie tematy nigdy nie przestaną „grzać”. Gdy ktoś niezaznajomiony z tematyką przeczyta o torturowanych i mordowanych kobietach, płonących stosach, pławieniu, z dużym prawdobodobieństwem zostanie utwierdzony w przekonaniu, że średniowiecze jako okres w historii to rzeczywiście jedynie czas ciemnoty i zacofania (czyli błąd).

Niewielu zdaje sobie sprawę, że procesy czarownic (trochę paradoks, nie?) apogeum osiągnęły w renesansie, w baroku superproapogeum i trwały aż do oświecenia (charakter spadkowy). Wychodzi na to, że im ludzie stawali się bardziej światli, i odkrywali oparte na nauce, a nie wymysłach, aspekty poszczególnych dziedzin, tym byli bardziej okrutni, butni i…fanatyczni. Skoro wtedy mocniej wierzyli w istnienie czarów i osób potrafiących w ten sposób sprowadzać najbardziej absurdalne wydarzenia i nieszczęścia…

Wieki później tę metodę wykorzystywano też w Europie, rozwijając ją twórczo i z fantazją godną artystów: badanemu delikwentowi przywiązywano kciuki do wielkich palców u nóg, co powodowało, że liczba wykrywanych w ten sposób czarowników była w Europie znacząco większa.[i]

Jak wspomniano wcześniej, w średniowieczu do XIII wieku zanotowało bardzo niewiele przypadków udokumentowanych procesów o czary. Za uprawianie magii karano, bo przecież Biblia (Stary Testament) zakazywała tego procederu, a czarowników i czarownice nakazywała karać śmiercią. W Księdze Wyjścia, wśród nakazów wydanych przez Boga Mojżeszowi znalazło się zdanie stanowiące później podstawę do procesów czarownic, tortur i stosów: „Nie pozwolisz żyć czarownicy” (Wj. 22,17)[2]. Nakaz ten rozwinięto w Księdze Powtórzonego Prawa.

 Nie ma pola do dyskusji, że do końca trzynastego stulecia nigdy polowania na czarownice nie przybrały tak chorobliwych rozmiarów, jak w wiekach późniejszych. Zaczęło się od powstania Zakonu Braci Kaznodziejów potocznie zwanego od imienia swojego patrona Dominikanami. Tak się składa, że po łacinie słowa „domini canes” oznaczają „psy pańskie” – ja bym tak psów nie obrażała, nie odnotowano żeby jakiś spalił człowieka na stosie. Składa się doskonale, albowiem dominikanie, powołani do nawracania heretyków (francuskich albigensów zwanych katarami) i ochrony wiernych przed heretyckimi wpływami, stali się współtwórcami pierwszej inkwizycji. Ścigali nie tylko apostatów, ale też domniemane czarownice i w sumie każdego, komu mogli coś przykleić. Wydawano pseudonaukowe traktaty opisujące sposoby rozpoznawania magików, a także demony i diabły, które magicy sprowadzają na ziemię. Tym więcej przygotowywali tego typu opracowań, im więcej wokół rodziło się zjawisk burzących dotychczasowy ład, w którym  Kościół Katolicki był nadzorcą i i katem ciał dusz ludzkich. Jakby podusnąć się dość daleko, można wysnuć wniosek, że Jan Hus i Marcin Luter produkowali czarowników i diabły, ale w jaki sposób ten proceder się odbywał nie wiem i wiedzieć nie chcę. Katarzy, husyci, luteranie, kalwiniści i anglikanie uchodzili za heretyków, zdrajców Boga i odstępców od wiary, których należało mordować na równi z czarownicami. Dla równowagi protestanci uważali katolików za takich samych bezbożników i też mordowali ich bez litości. I tak się to trwało przez dwa stulecia, impreza się kręci, będziemy zajęci (kto pamięta?)

Pod koniec XV wieku Innocenty VIII wydał bullę, w której potwierdził istnienie czarów i czarownic. Papież dał na kwicie, że wiele osób płci obojga, dla zaspokojenia swoich chuci a przeciw zbawieniu duszy i wierze katolickiej, wdaje się w stosunki seksualne z demonami, sukubami (żeńskimi) i inkubami (męskimi). Że sprowadzają zniszczenie i zbrodnię za pomocą czarów, zaklęć i wróżbiarstwa, w wyniku czego giną nowo narodzone dzieci i zwierzęta, marnieją płody rolne i owoce w sadach. Ponadto pozbawiają mężczyzn sił płodzenia, a kobiet zachodzenia w ciąże oraz przeszkadzają małżonkom wypełniać obowiązki [łóżkowe]. Dlatego, pisał papież, należy czarowników i czarownice tępić i zabijać. Rozochoceni takim stanowiskiem głowy kościoła inkwizytorzy szybko wyprodukowali własny podręcznik – dzieło wiekopomne i niezapomniane, nawet współcześnie dostępne w księgarniach. Mowa oczywiście o „Młocie na czarownice”, do którego papieską bullę dołączono, jako wstęp[ii].

 

Malleus Maleficarum był kompilacją wiedzy o czarownicach. Opisywał, w jaki sposób te wszeteczne i nieposłuszne mężczyznom kobiety (płaczę) działają w spółce z diabłami. Szczegółowo przedstawiał pakty jakie z nim zawierały, sabaty i rytuały pozwalające czarownicom na kontakt z szatanem. Na koniec zostawiono metody zwalczania czarów, i sposoby na pozbycie się z okolicy czarownic. Zalecano stosowanie tych samych procedur, co wobec heretyków, z tym że heretyk mógł zostać skazany na pokutę, czarownica zaś wyłącznie na śmierć. [Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie]. Takie „wiekopomne” dzieło powstało u zarania renesansu – epoki, w której dominującym nurtem filozoficznym i światopoglądowym był humanizm oparty na racjonalnym myśleniu oraz trosce o swobodny rozwój i szczęście człowieka. „Młot na czarownice” pełen był wartości humanistycznych, aż się z niego wylewały – to jasne, że taka perełka musiała zostać rozdystrybuowane jak najszerzej po świecie. Dlatego tłumaczono tego gniota na wiele języków, w tym na polski. Ponadto dzięki wynalezionemu przez mistrza Gutenberga drukowi Młot można było wydawać w wielu egzemplarzach i to po taniości.

Ponieważ księżmi mogli być wyłącznie mężczyźni, a patriarchalny model funkcjonowania świata przyjął się wraz z chrześcijaństwem, kobiety stały się głównym celem samozwańczych łowców czarownic, z czego większość „w pupie była i kupę widziała” ioraz tresowanych inkwizytorów.

„Kobietę uważano za narzędzie grzechu w ręku diabła. Zgodnie z przyjętą opinią miała ona przewyższać mężczyznę w przesądach, mściwości, próżności i kłamliwości, a prócz tego górować nad nim namiętnością i nienasyconą zmysłowością. Ponieważ zaś kobietom – według przyjętych mniemań – nie dostawało sił fizycznych, przeto w diable szukały swego sprzymierzeńca, a w czarach – środka dla zadowolenia swojej mściwej żądzy. Owe słabe istoty – zarówno na duchu, jak i na ciele – czarami starały się oddziaływać na silniejszych od siebie mężczyzn, jeżeli zazdrość o nich rozdzierała im serce. Z natury złe i z natury słabe, łatwo popadały w wątpliwości religijne i lekkomyślnie wyrzekały się wiary. Tego rodzaju słaby i chwiejny charakter kobiecy był podstawą czarownictwa”[iii].

Takie treści znajdowały się w księgach, a że alfabet znało niewielu, co dopiero mówić o czytaniu (zanim by skończył, zdążyłby umrzeć) potrafiło to niewielu, głównie przedstawicieli szlachty i duchowieństwa, cóż dopiero mówić o prostym ludzie, który karmiono jak biedną gęś wyselekcjonowanymi treściami.

 

To ksiądz lub pastor, jako autorytet (no nie było za bardzo w czym wybierać), na kazaniu ogłaszał, jak wygląda świat oraz wskazywał, co jest dobre, a co złe. A wierni słuchali go i kierowali się jego przekazem, bo innego raczej się nie spodziewali. Jeśli ksiądz twierdził za renesansowym uczonym Johannem Weiherem, że piekło składa się z 6666 legionów, a każdy legion z 6666 diabłów[iv], jakież musiało to zrobić wrażenie na pierwszym lepszym włościaninie. Nic dziwnego, że wkrótce w całej Europie rozpoczęły się polowania na czarownice. Nikt nie potrafi policzyć, ile mogło być ofiar owych polowań. Naukowcy nie są w tym zgodni, nie ma też żadnych racjonalnych metodologii ani danych do wykorzystania w tej materii. Wiadomo jednak, że ofiarami były głównie kobiety – silne i świadome swojej wartości, kobiety powodowały, że mężczyźni tracili pewność siebie. Wtedy wymyślali najdziwniejsze argumenty, byleby dowieść, że baba zawsze słabsza i gorsza, a przez to podatna na diabelskie wpływy. „Młot na czarownice” dowodził, że „gdy niewiasta myśli sama, myśli zło”[v]. Przyczyną uznania kobiety za czarownicę mogło być wszystko. Znamię na ciele, szczególnie w okolicach genitaliów (wszystko sprowadzają do części intymnych!), dziwne, odstające od norm zachowania, trzymane w domu zwierzęta, w szczególności czarne koty i ropuchy, noszone przy sobie zioła lub mikstury w buteleczkach.

W 1656 roku w Massachusetts powieszono kobietę uznaną za czarownicę z tego powodu, że była bystrzejsza, niż sąsiedzi[vi]. (Jak to sprawdzili? Test?)

Najczęściej jednak wspólniczkami diabła zostawały niewiasty pochodzące z nizin społecznych. Żebraczki chodzące po prośbie, prostytutki, kobiety znające się na zielarstwie i pomagające leczyć sąsiadów (którzy następnie często sami denuncjowali taką zielarkę, jako czarownicę), znachorki, wróżbiarki, jakich nie brakowało na wsiach. Nawet kobiety stare, samotne, chore psychicznie, nieprzystające do wszechobecnych reguł i przez to odróżniające się od reszty społeczności – wiadomo. Należy tu wspomnieć kobiety usiłujące w zdecydowany sposób walczyć o swoje prawa i narażające się w ten sposób księżom i szlachcicom władającym danym miastem czy wsią. Jako niewygodne dla osób stojących u władzy, były w wyniku intryg i oszczerstw stawiane przed sądami, jako gorszycielki i niszczycielki życia społecznego z podszeptów diabła. Czasem na stos skazywano także dzieci takich kobiet, jeśli na podstawie wydobytych torturami „zeznań” nieszczęśnica przyznała, że dziecko zostało poczęte z demonem albo jest przez demona opętane.

Bywało, że oskarżenia rzucano, jako formę zemsty lub osobistych porachunków, inność mogła zaprowadzić na stos. Ale najpierw do izby tortur.

 

Tortury stosowane wobec osób oskarżonych o uprawianie czarów i spółkowanie z diabłem były przeróżne, ale łączyło je jedno: okrucieństwo i perfidia. Prawdą jest, że człowiek od zarania dziejów pasjonował się rozwijaniem metod zabijania bliźniego oraz zadawania mu cierpień. Łamanie i miażdżenie poszczególnych części ciała za pomocą wymyślnych urządzeń, stawanie bądź sadzanie na rozżarzonych węglach lub na gwoździach, wyrywanie zębów, paznokci, przypalanie… Lista okropności, które zadawano w myśl poszukiwania diabłów w ciele śmiertelnika, była bardzo długa. Pewne jest, że każdy, kto doświadczył tego rodzaju praktyk na własnej skórze, prędzej czy później przyznawał się do wszystkiego, o co go oskarżano, a byłby przyznał się do jeszcze paru innych rzeczy, gdyby miał siłę mówić. Torturowane kobiety, pytane o wspólniczki w procederze, często wskazywały przypadkowe osoby albo takie, na których chciały się zemścić. Po torturach wyrok i wykonanie kary śmierci przyjmowany był z ulgą. Jeśli jakaś przyznała się szybko, a inkwizytor lub sędzia zajmujący się sprawą uznał jej skruchę, mogła liczyć na szybki cios przed stosem. W innych wypadkach uznaną za winną czarów palono żywcem. Stosowano też inne sposoby uśmiercania czarownic, jak powieszenie, utopienie, czy rozrywanie końmi.

Okrucieństwo stosowane wobec osób posądzonych o czary nie budziło współczucia wśród bliźnich. Strach przed diabłem paraliżowa umysły, nie pozwalał dostrzegać w maltretowanych kobietach niewinnych ofiar, a jedynie wspólniczki złego ducha w niecnym procederze niszczenia i szerzenia grzechu.

Skąd więc wzięła się gorączka tropienia czarownic? Jakim cudem w umysłach ludzkich zasiane zostało ziarno lęku przed mocami piekielnymi i ich wspólniczkami? W Europie zaczynała się reformacja. Luteranie, kalwiniści, czy anglikanie krytykowali Kościół i nawoływali ludność, by przechodziła na protestantyzm, no to to co mógł Kościół?  Wyklinał ich i nawoływał do rozprawienia się z buntownikami. Chłopi – protestanci występowali przeciw katolickim panom, a chłopi – katolicy przeciw protestantom. Spadła produkcja żywności, zajmujące się rzemiosłem i handlem miasta traciły klientów i rynki zbytu. W całej Europie wybuchały wojny na tle religijnym, których szczytem była wojna trzydziestoletnia, która doprowadziła do wyludnienia ogromnych połaci kontynentu. Człowiek człowiekowi…człowiekiem, patrzonona siebie nawzajem podejrzliwe, bo przecież każdy mógł być heretykiem, zdrajcą, donosicielem inkwizycji.

W tej atmosferze narastały w Europie głód i bieda spowodowane nieustającymi konfliktami. Na miasta nakładano coraz wyższe podatki w związku z koniecznością utrzymywania armii, a wrogie wojska paliły i niszczyły wszystko co się dało. Ludzie szukając jakiegoś wyjaśnienia dla swoich nieszczęść, chętnie dawali posłuch nawoływaniom, że przyczyną wszystkich spadających na nich katastrof jest działalność diabła i jego sług[vii]. Zabiedzeni, głodni, przerażeni zatracali człowiecze odruchy i przyjmowali najprostsze rozwiązania podsuwane im przez księży i pastorów. Podejrzliwość rosła, wszędzie tropiono wrogów Kościoła i doszukiwano się działania sił nieczystych. Taka atmosfera doprowadziła wreszcie do wybuchu polowań na czarownice.

Za działanie diabła i jego wspólniczek można było uznać wszystko. Choroby, zakażenie wody, brak mleka u krów, pożary, które bardzo łatwo wybuchały wśród drewnianej zabudowy, zrywające dachy wichury…jak nic oznaki działalności diabła i jego poplecznic. Jeśli przez okolicę przechodziła akurat żebraczka, lub jeśli w pobliżu mieszkała samotna kobieta, mająca do tego czarnego kota, od razu stawała się podejrzaną. Oddawano ją pod sąd (nie że to jakiś dogmat, ale częsta praktyka), ale bywało też, że mieszkańcy sami wymierzali sprawiedliwość. Same procesy przebiegały w niemal całej Europie identycznie, niezależnie czy prowadzili je katolicy, czy protestanci. Podobnie wydawane wyroki identyczne były niezależnie od tego, jaka religia panowała w danym kraju. Władysław Korcz w swojej książce przytoczył takie oto zdanie o czarownicach napisane przez Jana Karłowicza. „Czarownice nie są to narodowe nasze postacie, ale są kosmopolitki, nie w tym lub owym kraju urodzone i wychowane, ale spłodzone na drodze rozstajnej, pomiędzy światem doczesnym a wiecznym, z ojca wojującego kościoła i z matki ciemnoty”[viii].

Wraz z nadejściem wieku XVIII i ilość procesów czarownic zaczęła spadać, pojawiło się też wielu obrońców uciśnionych kobiet. W Polsce w roku 1776 Sejm Rzeczypospolitej uchwalił ustawę zakazującą stosowania tortur i skazywania na śmierć za czary. Przyjęcie tego aktu prawnego było wynikiem mordu na trzynastu lub czternastu kobietach w Doruchowie, w Wielkopolsce (prawdopodobnie 11 z nich zostało spalonych na stosach, pozostałe zmarły w czasie tortur, jednak dokładna liczba ofiar wciąż jest przedmiotem badań). Od tej pory oficjalne procesy o czary zakończyły się. Wciąż jednak zdarzały się samosądy. Ostatni udokumentowany przypadek morderstwa kobiety podejrzanej o czary, mający miejsce na ziemiach polskich, odbył się w Chałupach nad morzem (wtedy miejscowość nosiła nazwę Ceynowa) w 1836 roku. Mieszkańcy wsi oskarżyli kobietę, wdowę po rybaku samotnie wychowującą dzieci o to, że rzuciła urok na jednego z sąsiadów, czym doprowadziła go do choroby. Kobietę pławiono w Bałtyku, by upewnić się, że jest czarownicą. Przyczyna jej śmierci jest podawana różnie, zależnie od źródeł, jednak czy biedaczka utonęła w morzu, czy też została zabita po wyciągnięciu na brzeg, nie ma to dla nas znaczenia. Była ostatnią udokumentowaną ofiarą zbrodniczego i chorego procederu[ix].

 



[1] Anna Koprowska-Głowacka, Czarownice z Pomorza i Prus, Region. 2021

[2]Przepis prawny z Wj 22,17 służył dawniej jako argument scrypturystyczny, uzasadniający „polowania na czarownice”. Jego właściwa interpretacja, mimo tego, że składa się praktycznie z trzech słów, nie jest jednak wcale taka łatwa. Przegląd opinii na ten temat pokazuje złożoność tego problemu. W tym artykule przepis biblijny pokazany został na tle innych starożytnych praw. Porównanie pozwala sądzić, że obawy przed szkodliwymi czarami były obecne we wszystkich kulturach otaczających starożytny Izrael. Teksty biblijne z rdzeniem kšp, zastosowanym w Wj 22,17, także pokazują dużą skalę praktykowania opisywanych nim czarów i stały, negatywny stosunek to nich. Sam przepis z Wj 22,17 może być pozostałością dawnego, lokalnego „kompleksu czarownicy”, wyrazem obaw przed skutkami złej magii. Mógł on pierwotnie dotyczyć jakiejś specyficznej formy czarów, uprawianej przez kobiety. Od momentu umieszczenia go w Kodeksie Przymierza, nabiera już jednak rangi ogólnonarodowej i staje się elementem walki o czystość jahwizmu. Nie ma pewności, czy sankcja w nim obecna oznacza karę śmierci, rodzaj ekskomuniki, banicję czy jakiś niesprecyzowany rodzaj kary, powalający na doraźne działanie w zależności od sytuacji i skali zagrożenia. – J. Lemański „„Nie pozwolisz żyć czarownicy” (Wj 22,17).


[i] Władysław Korcz. Wspólniczki diabła czyli o procesach czarownic na Śląsku w XVII wieku.  Śląski Instytut Naukowy, Katowice 1985, str. 20.

[ii] Władysław Korcz. Wspólniczki diabła czyli o procesach czarownic na Śląsku w XVII wieku.  Śląski Instytut Naukowy, Katowice 1985, str. 24.

[iii] Władysław Korcz. Wspólniczki diabła czyli o procesach czarownic na Śląsku w XVII wieku.  Śląski Instytut Naukowy, Katowice 1985, str. 25.

[iv] Władysław Korcz. Wspólniczki diabła czyli o procesach czarownic na Śląsku w XVII wieku.  Śląski Instytut Naukowy, Katowice 1985, str. 28.

[v] https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177342,24863022,biblia-nie-kojarzyla-wiedzmy-z-diablem-uczynil-to-dopiero.html

[vi] https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177342,24863022,biblia-nie-kojarzyla-wiedzmy-z-diablem-uczynil-to-dopiero.html

[vii] Władysław Korcz. Wspólniczki diabła czyli o procesach czarownic na Śląsku w XVII wieku.  Śląski Instytut Naukowy, Katowice 1985, str. 35.

[viii] Władysław Korcz. Wspólniczki diabła czyli o procesach czarownic na Śląsku w XVII wieku.  Śląski Instytut Naukowy, Katowice 1985, str. 52.

[ix] https://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Ostatnie-plawienie-czarownicy-n36572.html

Udostępnij

Share on facebook
Share on pinterest
Share on twitter
Share on email
babskiegusla
babskiegusla
Share on pinterest
Przypnij do tablicy
Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Share on email