Z

Zielnik Wiedźmy albo o tym jak krowa goniła buhaja

Kto nie pleni kąkolu, ten trzyma diabła w polu

 

Kąkol uważany był za roślinę diabelską, co nieco kłóci się z przekazami mówiącymi o jego ratowniczej roli w ciężkich czasach – miał służyć jako składnik potraw głodowych – tu pojawia się kolejna nieścisłość, bo na takiej zupce wioska by wymarła znacznie szybciej niż z głodu, bo kąkol jest silnie trujący. Nasiona (zwłaszcza zarodek i liścienie) zawierają trującą, kwaśną saponinę trójterpenową – giteginę, której jest do 5–7% w suchej masie, czasem nawet do 14%. Zawartość ta jest zmienna w zależności od warunków środowiska. Mąka ze zmielonymi nasionami kąkolu jest szkodliwa dla zdrowia już przy domieszce sproszkowanych nasion w ilości 0,5%, a według niektórych źródeł już od 0,1%. Przy większych domieszkach kąkol nadaje mące sine zabarwienie i gorzki smak. Objawy zatrucia mogą wystąpić już po spożyciu 3–4 nasion kąkolu. Obróbka cieplna zmniejsza toksyczność saponin, rozkładających się częściowo w wyższych temperaturach. Po spożyciu niewielkiej ilości saponin pochodzących z kąkolu objawami zatrucia są: drapanie w przełyku, nudności i lekkie zaburzenia trawienne. Przy poważniejszych zatruciach objawami są: podrażnienie błon śluzowych (owrzodzenie śluzówki), bóle głowy i mdłości, przyspieszenie tętna i paraliż mięśni oddechowych, gorączka, majaczenie, zapalenie oskrzeli, zaburzenia rytmu serca, częściowa hemoliza krwi, rzadziej: zawroty głowy, kurcze, śpiączka[7]. Śmierć następuje w wyniku ośrodkowego porażenia oddechu. W przeszłości przypisywano kąkolowi zwiększanie podatności na zachorowanie na trąd[1].

Generalnie kąkol nie miał łatwo i nie był lubianą przez włościan rośliną – dokonywano licznych obrzędów mających na celu pozbyć się z pól tego niechcianego gościa. Nigdy nie święcono go w wieńcach dziękczynnych nw oktawę Bożego ciała, a na Świętego Grzegorza wysyłano dzieci wcześnie rano w pole, by przy akompaniamencie magicznych pieśni wyrywały kąkol i rozrzucały go wokół na wszystkie strony świata, by już nigdy na ich ziemi nie śmiał wyrastać. W niektórych rejonach na sobótkową noc suszono naręcza kąkolu, by w wigilię Jana zrobić z nich pochodnie i biegać po polach, okadzając je dymem i śpiewając: „Uciekaj śnieciu, bo cię będę świecił, uciekaj kąkolu, bo cię będę poliu (palił)” (pow. Krosno i Jasło). W Wielki Poniedziałek chłopi rozrzucali skorupki poświęconych jajek prosząc, aby kąkol nie rodził się w owsie[2].

 

Prawda, bajanie czy sąsiedzkie gadanie?

 

Kąkol i ciągnąca się za nim dosłownie piekielna sława, miał opinię rośliny która przyciąga pioruny i wszelkie nieszczęścia. O gospodarzach którym wyrastało w zbożu za dużo tego szitu sąsiedzi od razu wiedzieli co powiedzieć (to akurat się nie zmieniło od setek lat): wyjątkowo często miał nawiedzać ich czort i namawiać do popełniania grzechów. A jak się takiemu jeszcze nie dajcie Bogi powodziło za dobrze,  to już umarł w butach: dusza sprzedana do Czarnego Pana. 😀

Jak zwykle w takich przypadkach mamy ogrom rozbieżności: kąkol niby cieszył się złą sławą, a pleciono z niego wieńce ochronne dla bydła (miały chronić przed działalnością czarownic), i zatykano go pod strzechy, wtedy podobno chronił chałupę od uderzenia pioruna.

Możliwe, że to co w ogólności nazywano kąkolem, było kilkoma różnymi odmianami o niekoniecznie tych samych właściwościach – może stąd to rozdwojenie jaźni wśród gawiedzi.

 

Nie każdy bławatek ma niebieski płatek

 

Chaber bądź Bławatek, nazywany także w niektórych rejonach: głowacz, modrak, bławat, wasilek lub chaber zbożowy, to roślina z rodziny astrowatych, licząca około 500 gatunków, spotykana głównie w rejonie morza śródziemnego i w Europie środkowej.  Na terenach Polski, Chaber, podobnie jak Mak polny jest archeofitem, czyli rośliną która przywędrowała do nas w czasach neolitu i średniowiecza w wyniku silnej ingerencji człowieka w świat przyrody – ot, z łowcy zrobił się rolnik, znudziło mu się chodzenie z miejsca na miejsce, tyle. Dziś ze świecą chyba szukać osób, które nie widziały tego skromnego lecz niezłomnego mieszkańca naszych pól i łąk. Kwiat bławatka może mieć barwę białą, różową, liliową, niebieską lub błękitną, ale jego symbolem jest gama przeróżnych odcieni błękitu i niebieskiego (drugi człon łacińskiej nazwy „cyanus”). Pierwszy: „Centaurea”, wywodzi się z mitologii greckiej, konkretnie od centaurów a zwłaszcza Chirona, który był uważany za znawcę roślin leczniczych, a sokiem z chabra miał rzekomo leczyć rany zadane zatrutymi strzałami[3].

 

Kwiaty bławatka są stosowane jako środki moczopędne i przeciwzapalne. Doustnie przy przewlekłych stanach zapalnych nerek, a w postaci naparu – zewnętrznie przy leczeniu spojówek oraz przy nadwrażliwości na promienie słoneczne. To ostatnie sugerowałoby że rzeczywiście głęboki ciemny błękit chabrów, przeplatający latem pola i łąki, łagodzi upał jak mawiają jeszcze czasem ludzie po wsiach i siołach rzuconych pośrodku niczego… A że takich miejsc coraz mniej, niedługo nie będzie już gdzie posłuchać historii…

 

Dawniej bławatek miał bardzo zróżnicowane zastosowanie lecznicze, głównie tworzono z niego wywary na bazie alkoholu do leczenia dolegliwości związanych z oczami. Ale był stosowany także na kaszel i choroby piersiowe, wrzodziankę, na oczyszczanie krwi, konwulsje, choroby kobiece, a nawet na ciężką chorobę jak zimnica (febra).

 

W wierzeniach ludowych bławatek miał też spore zastosowanie dla bydła. Razem z mirrą i jałowcem kadziło się krowy w każdy piątek po nowiu, aby dawały więcej mleka, i żeby odpędzić od nich uroki. Natomiast chleb ze świeżymi lub suszonymi kwiatami bławatka był używany jako afrodyzjak dla zwierząt hodowlanych… Ale to chyba płci męskiej? Chociaż powiadali, że po zjedzeniu takiej przekąski mućka potrafiła biec za buhajem nawet do sąsiedniej wsi.

Z wysuszonych płatków kwiatów robiono odwar, którym barwiono pisanki na błękit. Kwiaty chabra zawierają bowiem niebieski barwnik – cyjaninę, która po dodaniu ałunu, daje wyraźną i trwałą niebieską farbę. Wróżenie polegało na wrzucaniu kwiatu bławatka przez dziewczę do rozkopanego mrowiska, a jeśli ten zczerwieniał – oznaczało to że panna rychło wyjdzie za mąż. Niektóre pieśni ludowe z rejonu Wielkopolski, wspominają o tym. Bydło z rogami przystrojonymi wiankami z chabrów i innych ziół, miało być chronione przed złem. Wianki takie, zawieszane na zewnętrznych ścianach domostw, miały je uchronić przed burzami, piorunami i gradobiciem. Według niektórych przekazów, polne chabry są patronem dojrzałej i nieśpiesznej miłości.

Dziurawiec – słowiańskie polne złoto

 

Według prastarej słowiańskiej legendy*[4], dziurawiec rósł kiedyś jedynie na polanie ukrytej głęboko w kniei. Były to czasy gdy w lasach panowały demony, a ludzie zwracali się przeciw sobie, mimo że jadła i dachu nad głową im nie brakowało. Wtedy to właśnie młoda znachorka Hyperja wraz z matką wyruszyły w głąb lasu na poszukiwanie ratunku. Chronione przez napary z rumianku, pokrzyw i czarnego bzu, wędrowały trzy dni i trzy noce. Aż trafiły na rozświetloną złotym blaskiem polanę, pełną kwitnących kwiatów dziurawca. Urzeczone tym widokiem, zapomniały o ostrożności i zostały zaatakowane przez demony. Ale gdy obie rozpaczliwie skryły się pośród żółtych kwiatów, okazało się że żaden demon nie odważył się do nich zbliżyć, pluły jeno czarnym jadem, ale i ten z sykiem niknął na płatkach i liściach słonecznych kwiatów. (dlatego do dziś mówi się czasem że dziurawiec to ziele „przez diabła we wściekłości pokłute”). Gdy bezradne demony uciekły, matka z Hyperją uszyły z dziurawca stroje ochronne a sadzonki wzięły ze sobą. Po powrocie do domu, wywarem z rośliny wyleczyły bliskich a rozsiewając ziele dziurawca po całym świecie, przegoniły demoniczną zarazę.

 

   Ziele dziurawca posiada magiczna moc, a jest ona największa gdy zbierany jest po nocy świętojańskiej lub podczas pełni księżyca. W starożytnej Grecji był nazywany „korzeniem Chejrona” mitycznego wielkiego uzdrowiciela. Rzymscy gladiatorzy nacierali ciała olejkiem z dziurawca, który czynił ich niewyczerpanymi.  Historia przytacza sporo wzmianek o tym zielu, pisali o nim, między innymi: Hildegarda z Bingen, Paracelsus i Hieronim Boch. Ma wiele nazw, ziele świętojańskie, zajęcza krewka (liście po naciśnięciu puszczają czerwonawy sok), przestrzelon, bursztyn, arlika,  michałkowe ziele, zanowyt, żółtokwiatka oraz fuga daemonum (ucieczka demonów). Najbardziej powszechna nazwa tego ziela, pochodzi od małych, wyglądających jak dziurki (łacińska nazwa „perforatum” – przedziurawiony), gruczołów na liściach w których znajduje się leczniczy olejek.
   Zawiera olejek eteryczny do 1% (głównie pinen i cineol), flawonoidy – do 5%, garbniki – do 12%, żywice – do 18%, antocyjany – do 6%, hiperycynę – ok 0.02%, karoten – 13%, rutynę, kwercytrynę, witaminę C, azulen, cholinę, acetylocholinę, hyperynę (glikozyd), kwas chlorogenowy, kwas nikotynowy, pektyny, sole, saponiny oraz hiperozyd. Ten ostatni w wyniku hydrolizy, daje aglikon kwercytyny i galaktozę.

   Na temat leczniczych właściwości dziurawca można napisać grubą księgę. Kojarzony z liczbą 99, ponieważ, taką rzekomo ilość rozmaitych schorzeń potrafi przepędzić. W dawnych czasach dziurawcem leczono między innymi: padaczkę, cholerę, bóle brzucha (przysłowie: „Od brzucha bolenia użyj świętojańskiego korzenia”). Co ciekawe leczone w ten sposób wszelkie bóle wewnętrzne, nazywane bólami macicy, której braku, dawniej nie odmawiano mężczyznom. Oprócz powyższych, dziurawcem leczono także czerwonkę, dreszcze, bóle głowy, chrypkę, bóle w piersiach, rany i poparzenia a nawet wściekliznę. Popularne były dawniej, także wzmacniające zdrowie kąpiele, w odwarze ze świeżo zebranego dziurawca, głównie dla dzieci, choć nie tylko.

 

   W dzisiejszych czasach nadal tworzy się mnóstwo różnego rodzaju naturalnych medykamentów z dziurawca. Od różnego rodzaju mieszanek leczniczych, na occie, oleju, przez napary herbaciane aż po nalewki na bazie alkoholu. Różnorodność zastosowania w dużej mierze jest uzależniona od sposobów przetwarzania. Należy jednak wspomnieć o tym że zawarta w dziurawcu hiperycyna w pewnych konfiguracjach może spowodować efekt fotouczulający, zwiększający podatność na działanie słońca i lamp kwarcowych. Zdarzają się także przypadki oparzeń skóry w kontakcie ze świeżą rośliną. Nie zaleca się stosowania zioła w czasie ciąży, karmienia piersią, oraz przy niektórych lekach hormonalnych lub pigułkach antykoncepcyjnych.

 

   Nie mniej skromnie prezentują się magiczne możliwości świętojańskiego ziela. Wiemy już że odstrasza wszelkie demony dybiące na ludzkie dusze i ciała. Suszony bukiet służy jako rekwizyt przy odpędzaniu choroby. Noszenie ze sobą płatków kwiatu, chroni przed złem, chorobami psychicznymi oraz depresją – już wiem czym wypcham sobie moją przepastną torbę, żegnaj xanaxie, a w portfelu – przed rozrzutnością – na to może nie pomóc, ale próbować można. Kobiety sypiające z dziurawcem pod poduszką, mogą wyśnić przyszłego oblubieńca. Chroni także dzieci i matki przed zakusami boginek (zwanych dziwożonami i mamunami). Znana jest legenda o góralu, który pannę porwaną przez boginki wyratował, uwożąc ją w pole dziurawca. Ziele wkładane w dziecięce pieluchy także chroniło przed porwaniem. A wkładane do ust przesłuchiwanym – miało sprawiać że mówili prawdę. Czarownice które nie podążają ścieżkami zła, bardzo sobie cenią magiczne właściwości dziurawca, zresztą niektóre XVII wieczne źródła wspominają o stosowaniu dziurawca przez kobiety oskarżane o czary. Ale do dziś podobno, nocą świętojańską czarownice wyruszają aby zbierać dziurawiec, z racji oczywiście jego wyjątkowej mocy magicznej.

 

   Wrotycz pospolity, zwany między innymi nieśpiochem lub złotym guzikiem, to wszędobylska mrozoodporna roślina, rosnąca przy drogach i na miedzach, wysoka ( czasami aż do 150 cm) o żółtych baldachimowych kwiatach. Powszechność oraz niezbyt wyszukana uroda mogą sugerować iż nie ma w nim nic szczególnego, a jednak… Jeśli ktoś pamięta jednego z najpiękniejszych młodzieńców Hellady – Ganimedesa, w którym podobno zakochał się sam Zeus, to właśnie ów młodzieniec, będący oczywiście kolejnym powodem wściekłej zazdrości Hery, otrzymał od Zeusa wrotycz – który miał zapewnić mu nieśmiertelność. Później, prawdopodobnie było jak zwykle, czyli Hera knuła i spiskowała (choć niektóre źródła sugerują że czasami podobno tłukła Zeusa przez łeb miotłą) tak długo aż ten rzekomo umieścił Ganimedesa w gwiazdozbiorze Wodnika.

   Paleta medycznych możliwości wrotyczu, prawdopodobnie należy do jednych z najbogatszych w świecie ziół. Podobno bywa trujący, zgodnie jednak ze słowami Paracelsusa: „ że to dawka czyni truciznę”, zjedzenie do pięciu listków nie szkodzi, a wręcz przeciwnie, bo trawienie poprawia i energii dodaje.   Do dziś w niektórych krajach spożywa się młode pączki zamiast kaparów. Był też dawniej stosowany jako przyprawa, koszyczki kwiatowe zapiekano w cieście, a w Bretanii zwyczaj raczenia się napojem z dziurawca w poniedziałek wielkanocny chroniło przez następny rok przed czarami, chorobami i demonami (i znów na pierwszy plan pcha się magiczna moc tej rośliny)[5].
Używany jako surowiec barwierski, w zależności od użytych części rośliny (łodyga, liście, koszyczki kwiatowe) daje różne odcienie bar żółtych i zielonych.

 

Dawna medycyna ludowa wykorzystywała wrotycz wszelako. Tłuczone główki i nasiona, dawało się wraz z miodem lub cukrem do picia dzieciom na robaki (użycie miodu lub cukru wskazuje iż były to raczej pacholęcia szlachetniej urodzone). Zaparzany stosowany był na dolegliwości żołądkowe. A spirytusem w którym moczono wrotycz, leczono reumatyzm (zewnętrznie poprzez nacieranie łap i kulasów).

 

   Wrotycz zawiera wiele substancji przeciwzapalnych, odkażających, odtruwających, uspokajających itd… Podobno w jego składzie znajduje się wiele substancji wykorzystywanych przy produkcji leków, jednakże osoby które pociągają za sznurki wolą pozyskiwać je z roślin egzotycznych. (Czyli jak wójt stawia ławkę, to nie tam gdzie warto, ale tam gdzie mu każą, ci którzy kabzę mu napychają). Ciekawostką jest fakt że tujon zawarty we wrotyczu strukturę ma podobną do kanabinoli w konopiach <3, ale podobno nie są to dawki które mogą zadowolić szukających alternatywy amatorów. Jest też jedną z tych roślin które odstraszają niepożądane przez nas insekty, takie jak kleszcze, komary czy pchły, a nawet podobno gryzonie, zatem chałupa obłożona po żniwach wiązkami wrotyczu, staje się fortecą nie do zdobycia dla myszy – wynajmujących w tym okresie mieszkania[6]. W medycynie naturalnej stosuje się wszelkiego rodzaju medykamenty „wrotyczowe” od naparów, poprzez różnego rodzaju mieszanki, aż do nalewek (choć te ostatnie być może głównie dlatego aby mniej rozgarniętą połowę ludzkości do zdrowia przyciągnąć, w imię zasady: „każdy sposób dobry”)  Niemniej jednak, możliwości medyczne tej rośliny zdają się być imponujące, a my aby specjalnie nie wyróżniać i nie pomijać, przejdźmy do magii.

 

   W kwestii drobnej, użytkowej magii, można stosować aromatyczne liście wrotyczu aby chroniły przed zaśnięciem z nudów, sposób podobno nieraz stosowany podczas religijnych kazań. Wrotycz jest zielem żeńskim, związanym z planetą Wenus i żywiołem wody, i tu można upatrywać źródeł jego wyjątkowo silnej magii ochronnej, oczyszczającej i odpędzającej klątwy. Gdy chcemy odczarować zadaną lubczykiem magię, należy wziąć kąpiel w naparze z wrotyczu. Zainteresowanych wzmacnianiem zaklęć niewidzialności polecam noszenie ziela przy sobie. Rytuały oczyszczenia, usuwanie negatywnej energii i przyśpieszanie rekonwalescencji – to wszystko za pomocą kadzenia dymem z palonego ziela.

Jeśli chodzi o magię miłości, tej bardziej namacalnej, tu wrotycz także rozwija skrzydła. Wzmaga wydzielanie hormonów i ukrwienie narządów płciowych. Zapewnia także mocniejsze i dłuższe wrażenia podczas cielesnych wędrówek i uniesień. Zaklęcia ujmujące nieśmiałości – to także zasługa wrotyczu[7].

Parzycho, parzycho, tyś dobra na wszycho

 

Hipokrates nazwał ją królową ziół, używana powszechnie od wieków aż po dzień dzisiejszy.  Śmiało chyba można stwierdzić że pokrzywa w świecie ziół i roślin, jest po prostu niemożliwa do przeoczenia. Pełniła w życiu ludzi mnóstwo ról, była pokarmem, lekarstwem (dziś, każdego roku w samych Niemczech zużywa się 500 ton pokrzywy rocznie do produkcji leków i pochodnych), talizmanem, szyto z niej ubrania, używano jako nawóz, ekologiczny środek do zwalczania szkodników a nawet stosowano jako środek wychowawczy, okładając gałązkami gołą żyć pacholęcia. Parzawica, żgajka lub parzycha – to inne nazwy królowej ziół, która bezpośrednio nawiązuje zarówno do jej walorów wychowawczych, jak i zawartości histaminy, kwasu mrówkowego oraz toksalbuminy, to właśnie reakcja alergiczna naszej skóry na histaminę, powoduje  pojawienie się słynnych bąbli i parzącego bólu. Starsi ludzie, których młodość raczyła rozpieszczać w ubiegłym wieku, czasami zwykli powtarzać że poparzenie pokrzywą jest bardzo zdrowe. Można zatem stwierdzić że walorom edukacyjnym pokrzywy, towarzyszył aspekt inwestycyjny dotyczący zdrowia pacholąt.

   Jako pokarm pokrzywa była spożywana na wiosnę, gdy zimowe zapasy były na wyczerpaniu a nowe jeszcze nie obrodziły. Np na Podhalu, polewkę z siekanej młodej pokrzywy z dodatkiem ziemniaków lub mąki owsianej, zwano warmuz. Brzmi biednie, ale pokrzywa może zawierać do 24% białka w suchej masie i do dziś zaleca się ją np. w dietach wegetariańskich. Natomiast zwierzęta hodowlane, karmi się do dziś pokrzywą przez cały sezon. Warto wspomnieć o Milarepie, słynnym joginie tybetańskim, który podczas swoich długich medytacji, żywił się jedynie pokrzywą. Podobno nawet jego skóra była całkiem zielona od pokrzywy.

 

Wyrabiano z niej worki, sieci rybackie a nawet odzież. Ze względu dużą zawartość antyoksydantów, uważa się ją za eliksir młodości. Pokrzywa zawiera w sobie sporo mikro i makro elementów: wapń, mangan, siarkę, fosfor, żelazo, magnez, potas, selen, cynk, krzem, jod, sód, witaminy A, B, B2, C, K, Z, kwas pantotenowy (wit. B5), kwas foliowy, związki aminowe i garbnikowe, kwasy organiczne: mrówkowy, glikonowy, glicerynowy, olejki eteryczne, sole mineralne, chlorofil, scrotomine, histaminę, acetylocholinę, karotenoidy, fitosterole, flawonoidy, superlaktynę. Zaiste, jest to w rzeczy samej królewski orszak, no ale wszak to sama królowa, więc nie miejsce to na zaskoczenie. Można by zacząć wyliczać teraz lecznicze właściwości pokrzywy, byłaby to jednak długa i nużąca wyliczanka. Ciekawie natomiast jak zwykle, prezentują się dawne ludowe sposoby wykorzystywania pokrzywy w celach leczniczych. I tak np. suszone ziele palono dawniej jak papierosy przy bólach zębów, astmie i kaszlu. Korzeń pokrzywy z miodem, odmładzał a nawet spędzał z lica blizny po ospie. Tutaj można już powoli i całkiem płynnie przejść do magii, bo wszak to całkiem niedaleko od medycyny ludowej. I tu mamy szerokie zastosowanie pokrzywy jako wywołującej płodność, zarówno u ludzi jak i zwierząt hodowlanych (to akurat całkiem zasadne, biorąc pod uwagę zawartość białka).

 

Pokrzywa pomaga ponoć także w przypadku ukąszenia przez żmiję, należy wtedy czym prędzej pomknąć ku rosnącej pokrzywie, a jeśli człek szybciej do pokrzyw dobiegnie niż żmija do wody, uratowany będzie a żmija zdechnie, inaczej bowiem zemrzeć mu przyjdzie od ukąszenia. Szeptuchy miały swoje pokrzywniki, gdzie rosnące pokrzywy odpędzały złą energię i dawały ochronę. Przyozdabianie wianków na szczęście, wplatanie w strzechę domostw dla ochrony wszelakiej, kadzenie palonym dymem – to oczywiście standardy ludowe niemalże i przywileje każdego znaczącego ziela. A zatem i naszej królowej też raczej nie mogło to ominąć. Ubrania szyte z włókien pokrzywy, zapewniały ochronę przed demonami. Niewiasty sypiające z pokrzywą pod prześcieradłem stawały się rozwiązłe tudzież namiętne, a mężczyźni jurni i pociągający (jeśli też spali na pokrzywie). Zastanawia tylko, jakie wady ma nasza królowa ziół, jednak oprócz „pieczonych” pieszczot podczas przytulania i głaskania, trudno jej coś zarzucić. No może jeszcze niezbyt atrakcyjny smak przy spożywaniu np. soku z pokrzywy, ale to chyba takie czepianie się na siłę, z miodem jest podobno całkiem niezła.

 

[1] Jakub Mowszowicz: Rośliny trujące. Warszawa: Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, 1990, s. 30

[2] Monika Kujawska, Łukasz Łuczaj, Joanna Sosnowska, Piotr Klepacki: Rośliny w wierzeniach i zwyczajach ludowych. Wrocław: Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, 2016

[3] Marian Rejewski: Pochodzenie łacińskich nazw roślin polskich. Warszawa: Marian Rejewski, 1996

[4] XD

[5] Adam Paluch: Zerwij ziele z dziewięciu miedz. Wrocław: Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, 1989. 

[7] XDXDXD, ja tylko przekazuję

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *