N

Noc Świętojańska, Kupalnocka, Sobótka, obrzędy, zwyczaje i brak podstaw

Święto nieistniejącego Boga


Bóstwo „Kupala”, wspomniane po raz pierwszy w późnej Kronice Czernigowa (XVII wiek), jest zapewne owocem nieporozumienia: kronikarz, świadomy „demonicznych gier i zabaw” organizowanych z okazji święta przypadającego na przesilenie, przyjął, że ten którego uczyniono patronem tych diabelstw musi być jakimś reliktem przeszłości, pozostałością po starej wierze, której mimo starań nadal nie udało się należycie wyplenić. Następnie to nieporozumienie zostało powtórzone przez skrybów, a potem przez pierwszych badaczy mitologii słowiańskiej, w wyniku czego pojawiło się nowe „bóstwo” w panteonie, nawet jak na nasze realia „poświadczone” wyjątkowo słabo. Nazwa zaczęła być powtarzana w rosyjskiej literaturze, Polacy też to klepnęli i voila, mamy Kupałę. Tokarev uważał, że w rzeczywistości Kupala nigdy nie była bóstwem i może występować w przedstawieniach ludowych jedynie jako folklorystyczne uosobienie święta, odzwierciedlone na przykład w piosenkach. Pogańskie obrzędy obchodzone z okazji „Nowego Księżyca” potępiono już na soborze w Trull w 692 roku, nazywając je pozostałościami pogańskimi sięgającymi czasów króla Manassesa.

Limitowana edycja naszych guslavskich koszulek na lato

Kupalnocka romantyczna, ale jednak nierealna

 

Skąd wzięła się nazwa Sobotka i czy w ogóle ma coś wspólnego z niejakim Kupałą, rzekomo wyznawanym przez „Słowian” bogiem płodności/miłości, porównywanym przez XIX i XX-wiecznych badaczy z Kupidynem? Jak to bywa w sprawach o których wiadomo niewiele, każdy ma inne zdanie i nie sposób żadnego porządnie podważyć, gdy nie ma udokumentowanego albo chociaż prawdopodobnego alternatywnego wyjaśnienia. Lelewel przekonywał, że sobota/sobotka wzięła się od słowa „sabat”, lecz  jest nazwą dnia przedświętnego, czasem „zebrania się” ludu i tym samym łączenia się ze sobą par (przypominam, że źródło z 1880). Lud ruski coś tam słyszał o Kupale, ale jego imię wzięto od kupaty – kąpać, bo w nowożytności to święto nierozerwalnie łączyło się z wodą. Dziewczęta ruskie w przeddzień sobótki motały raczej paskudną kukłę zwaną Kozdrobońkiem i rzucają w wodę, dopiero po ciśnięciu nieszczęśnika czy też ofiary (jakby jakiś utopiec miał złapać, to na pewno nabierze się na takiego fejkowego człowieka, ale to wyjaśnienie jest tylko wytworem mojej wyobraźni) w tajemniczą toń. Następnego dnia obchodzono dzień „tych które się kupały”[1].  

 

Rytualne ablucje pojawiają się w przekazach na temat większości starożytnych kultur, a przypisywanie wodzie mocy magicznych/oczyszczających/poprawiających kobiecą płodność jest stare jak ja. Nasuwa się pytanie jaka była pierwotna przyczyna, czy prawdziwe jest wyjaśnienie, że „następnego dnia dobierano się w pary (czy też kojarzono małżeństwa), a panny „czyste” miały przyjąć na siebie zmartwienia i trudy gospodyń, żon i matek? A może powód był bardziej prozaiczny i bardziej wiarygodny, że laski po prostu szykowały się na imprezę i harce: kąpiel, mejkap, odświętne kiecki i gotowe, chodźmy wyglądać jak milion dolarów, odfajkuje się część oficjalną dla widowni, a potem dopiero się zacznie. Wymieniony w przypisie [1] autor wspomina, że również na terenie Korony przed św. Janem (czyli na wschodzie wersja pogańska była żywa o wiele dłużej) nikt nie śmiał się kąpać, bo do tego dnia woda była przeklęta i mogła sprowadzić chorobę na nieprzestrzegającego tradycji huncwota.

 

W każdym razie, obchodom zawsze towarzyszyło „oczyszczenie”, mężczyźni skakali przez ogień, a dziewczęta kąpały się i puszczały wianki na wodę  – potem jakby „narodzeni na nowo”  ślubowali sobie. W sumie to nawet jest logiczne, mamy pierwiastek kobiecy (woda) i męski (ogień), oba kojarzone są z rytuałami przejścia i (kolejnych) narodzin – w jeziorach i rzekach mieszkały przecież dusze, a ogień to koniec i nowy początek (spalenie i narodzenie, jak Feniks, żeby daleko nie szukać przykładu). To wszystko brzmi ładnie i romantycznie, ale stare książki mają to do siebie, że występuje w nich pomieszanie z poplątaniem i trudno dojść co można uznać za wartościową informację, a co za dopowiedzenie autora, a nawet gdy podaje za osobą która uczestniczyła w tych obrzędach, to tylko w jednej wsi na niewielkim odcinku czasowym. To zbyt mało, żeby na tej podstawie tworzyć jakąś teorię.

 

Trochę prawdy, trochę bajki czyli każdy widzi to co chce

 

Według tego co zebrano w pracy „Sobótka w Galicyi” „Zestawienie materyjału zebranego w roku 1897” po wsiach mało kto pamiętał o tym zwyczaju, a jeśli już palono ognie sobótkowe, to poza wymienieniem nazwy nikt nie potrafił nic powiedzieć ani na temat etymologii ani pochodzenia zwyczaju, więc na zasadzie „robimy, ale nie wiemy po co i dlaczego”. Uczestniczyła w tych spotkaniach głównie młodzież i pachołkowie z okolicznych majątków, więc wnioskuję, że to była zwykła impreza – chlanie, pijackie śpiewy, obelżywe wrzaski o charakterze seksualnym, ponoć też orgie i bijatyki. Wszystko to co od zawsze do zawsze robią ludzie w takich sytuacjach. W końcu pałka się przegła, ludzie chodzili do władz na skargi (gospodarze nie bywali) i zakazano tego cyrku. Z kolei w zebranych trochę wcześniej wspomnieniach włościan z okolic Lwowa tak stoi:

W wilią św. Jana o północy czyli też od godziny 11—12 paproć kwitnie. Kwiat ten biało-siwy ma tę moc, iż ktoby go znalazł, zobaczy wszystkie skarby ukryte w ziemi i może z nich brać, ile zechce i kiedy zechce, i nikt go nie będzie widział. (Bysina, Iwonicz, Łużna).

 

Pewien chłop szedł raz w nocy boso przez las i zerwał kwiat paproci, który mu się zatrzymał między palcami. Nagle zobaczył skarby podziemne. Zrazu zląkł się, ale potem nabrał pieniędzy i schował do kieszeni. Zajęty niemi nie uważał na kwiat paproci, który mu tymczasem wypadł i zginął. Natychmiast zniknęły także skarby, pozostały mu jednak pieniądze, które już miał w kieszeni. (Łużna). Indzie opowiadają, że Góral w wilią św. Jana o północy szedł przez las. Przypadkiem wpadł mu do kierpca kwiat paproci. Zrobiło mu się wtedy jasno i zobaczył skarby ukryte w ziemi. Lecz tejże chwili zjawił się także djabeł w postaci pana m i namawiał go, aby zdjął kierpce. Gdy Góral zdjął kierpce, djabeł porwał kwiat, który był wypadł z kierpca, rozśrniał się z głupiego Górala i znikł. (Borzęcin).

 

(o skarbie do wykopania w miejscu gdy ktoś kto zobaczył świętojański płomyk i rzucił w tym momencie element garderoby)

 

W nocy od 11 do 12 godziny przesuszają się, także skarby; srebrne siwym, złote żółtym palą się płomykiem. Kto zobaczy taki płomyk, a zrzuci z siebie jaką przyodziewę w to miejsce i do rana zostawi, skarb wykopać może, a zastanie go tak głęboko pod ziemią, jaką rzucił przyodziewę; jeżeli np. rzucił but, to będzie zaraz pod Wierzchem, jeżeli czapkę lub kapelusz, to na całego chłopa. (Łużna).

 

(o procesji na niebie z małymi dziećmi na czele, co ją mogą widzieć ludzie bez grzechu )

Tego dnia idzie na niebie procesya, która w dzień św. Michała znowu powraca. Na przedzie idą maleńkie dzieci, za niemi więksi, starzy po boku, wszyscy w białych szatach. Kto jest bez grzechu, może tę procesya widzieć. Niedawnemi czasy, bo są jeszcze ludzie, co to pamiętają, w Łużnie w dzień św. Jana lud wychodził na górę zwaną Bańczugą, dosyć wysoką a lasem nie po rosłą, skąd tę procesya było można widzieć. (Łużna).

 

W dzień św. Jana omajają przed wschodem słońca domy gałęźmi z czarnej olszy, w polu zaś zatykają gałęzie z tej olszy do ziemniaków, kapusty i lnu, ażeby zaraza nie spadła na nie. (Heeznarowice). Dzień św. Jana jest także dniem uroczystym dla pasterzy karpackich w niektórych stronach zachodnich Beskidów (Podwilk). Na ten dzień zostawiają pastwisko świeże, to jest takie, na którem od wiosny jeszcze nikt nie pasł. Tam sporządzają kolebę z żerdzi i kory świerkowej. Bydło wyganiają około godziny pierwszej w nocy, ażeby na rano już było napasione; jałówkom nakładają wianki, przepowiadając z nich później czas ich latowania.

 

O wschodzie słońca zakładają kuchnię, i smażą jajecznicę. Później odwiedzają się nawzajem konno. Około godziny ósmej zganiają bydło do domu albo do koszaru i idą na jarmark do Orawki. Tutaj kupują dzwonki dla bydła i narzędzia do grania. Popołudniu około godziny czwartej poprzywięzywawszy krowom dzwonki, wyganiają bydło na poprzednio wymienione pastwisko, odwiedzają się jak przed południem i składają muzykę; na wieczór wracają z muzyką, śpiewając zwykłe piosenki pasterskie i inne. Deszcz w św. Jan jest zarazą na owies (Płaza), śliwy się kaleczą i orzechy opadają. (Korczyna)[2].

 

Łukasz Gołębiowski czyli jeszcze wcześniejsze świadectwo, które w tonie przypomina wizje na dobrym tripie, szczególnie te „zstępujące ze wzgórza niewiasty” i „biały bóg” świadczą albo o tym, że zwyczaj w tamtym czasie był już dawno przerobiony na chrześcijańską modłę, albo autor bardzo chciał żeby tak było (bo np. był bardzo wierzący i na tej podstawie tłumaczył sobie wszystko co widział – gdyby tak było to nie on pierwszy ani nie ostatni, w podobny sposób musieli powstać Białobóg i Czarnobóg). 

 

A tu Pani z Jabłkami

„Słowianie w swym tańcu mieli zapewne coś uroczystego i religijnego, kiedy się zbierało boże stado, kiedy z dziewiczej góry zstępowały młodociane przyszłe mężów oblubienice, z miejsc swoich mołojcy hoże, zamężne niewiasty i żonaci, starce i dzieci, klaszcząc w ręce i wykrzykując „Łado! Łado!”, wśród pląsów i śpiewów zmierzali ku horodyszczom, gdzie się odbywały ofiary, obrządki i biesiady wspólne”. No ale zaraz…co z tymi laskami?

 

Kraszewski jako człowiek rozumny, choć jego opisowi nie brakowało polotu, widział „święto stado” bardziej prozaicznie: jako dzikie ognie i porywania dziewcząt przez młodzieńców do erotycznego korowodu, który zmierzał w las, ku cieniom i czerniom, by tam dopełnić to co dyktowały pragnienia. Ponoć nie był to jakiś powszechnie uznany zwyczaj swatów, bo „rodziny pilnowały swoich i nie pozwalały dołączyć do stada”. Święto Stado miało być nazwą wymienną z kupalnocką (dziś grupy rodzimowiercze oddzielają jedno od drugiego). Z perspektywy człowieka żyjącego w roku 2020 ten bałagan jest nie do ogarnięcia, bo wszystko ze wszystkim się miesza: Stado, Kupalnocka, Wołowe Wesele – w każdej z opowieści jest po trochu, co prawda w różnych proporcjach, ale to przecież żaden dowód.

 

[O Wołowym Weselu, czyż nie podobne?] Gdy się ściemni w wieczór Zielonych Świątek, wychodzą wszyscy w pole. Parobczaki układają z chróstu stos ogromny, ale naprzód obchodzą z pochodniami miedze swych pół, a potem zapalają sobótkę, muzyka gra, strzelają, tańczą koło ognia i skaczą przezeń. Gdy się sobótka dopali czynią znak krzyża świętego nad ogniskiem.(…) Wiele bowiem starożytnych lechickich zwyczajów składających się niegdyś na uroczystości wiosenne rozpoczynające każde Nowe Lato przyłączył naród do święta kościelnego obchodzonego w tej samej porze roku. W ludowej tradycji w tym dniu miały miejsce obrzędy o wymowie mniej lub więcej magicznej[3]. W rzeszowskim rolnicy chodzili wokół pól z zapalonymi smolnymi pochodniami i krzyczeli:

 

„Świeć się świeć! Uciekaj śnieć!

Uciekaj śnieciu, bo cię będę świecił!

Uciekaj, kąkolu, bo cie będę smolił!”

 

Ewa Ferenc opisuje zwyczaj zielonoświątkowy z Podlasia. Pasterze oprowadzali po wsi wołu ze słomianą kukłą na grzbiecie. Odwiedzali zagrody i zbierali datki, które wieczorem przepijali w miejscowej karczmie. Nie tylko oni byli ucztującymi, cała wieś dołączała do nich. Każda okazja do zabawy jest dobra. Z opowieści dziadka pamiętam historie tak zwanego „odbierania krowom mleka”. Miejscowe czarownice mogły spowodować, że krowa przestawała dawać mleko. Można się było przeciw temu zabezpieczyć prze magiczne praktyki w dzień Zielonych Świąt. Wyżej wspomniana autorka przytacza jedną z taki praktyk z Sieradzkiego. Gospodynie gotowały całą noc poświęcone ziele. Z wywarem wybiegały na rozstaje dróg i zbierały rosę, mówiąc: „Cudzego nie chcę, a swojego nie dam”. Przed wschodem słońca wracały, mieszały wywar z rosą i mąką, mówiąc: „I mleko będzie, czarownica nie odbierze”. Następnie dawano tę polewkę do wypicia krowom. Nie zawsze to pomagało, bo mój dziadek, aby się zabezpieczyć przed czarownicą, która „zabrała mleko” udał się do tzw. „owczarza”, który cały ten harem ogarniał i miał nam nim władzę.

 

[1] Romuald Świerzbieński, Wiara Słowian: z obrzędów, klechd, pieśni ludu i guseł, Warszawa 1880

[2] E. Janota, Lud i jego zwyczaje, Lwów 1878, str. 83-84

[ 3 ] Катовiч А., Крук Я. Летнiя святы. Книга 1. Навуковае выданне. — Мн.: Адукацыя i выхаванне, 2009. — s. 368

CategoriesBez kategorii
  1. domi89 says:

    Szczerze,dla mnie to wszystko „pic na wodę”. Nie ma rzetelnych informacji, wszystko miesza się z chrześcijaństwem. Chociaz powrzechnie wiadomo, że większość swiat chrześcijańskich czerpie z pogaństwa, to wybieranie co słowiańskie, a co chrześcijńskie to loteria. Szkoda, że nie ma nic co dokładnie opisuje obrzędy słowiańskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *