W

Wyłupione oczy gołębia, zakopany nietoperz, psie sadło czyli zwierzęta w magii miłosnej

Problem nieodwzajemnionej miłości czy zaprzepaszczonych porywów serca to kwestia z pewnością nie nowa. Ciernistych krzewów zawiedzionego afektu nie posadzili jako pierwsi scenarzyści współczesnych seriali czy romantycznych komedii. Gotowa jestem wręcz zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie przed wiekami zranione serce krwawiło obficiej. Obecnie mamy całą gamę rozpraszaczy, w których można starać się rozrzedzić piekący pod mostkiem ból (objawy refluksu, tak na marginesie, także łatwiej jest dziś zneutralizować). Przebodźcowane życie we współcześnie zawrotnym tempie stwarza więcej okazji, by zagłuszyć dobywające się z piersi kwilenie (czasem skowyt). Można zaryzykować stwierdzenie, że nasze poprzedniczki miały pod tym względem trudniej. Pół biedy jeśli mogły swoje sercowe zgryzoty powierzyć szumiącej lipie czy brzozie. Gorzej jeśli za powiernika miały jedynie srogiego plebana z całym jego opresyjnym aparatem instytucji rodem znad Jordanu. Jak radziły sobie nasze praprababki, gdy sprawy sercowe nie szły po ich myśli? Czy ówczesna sytuacja nieszczęśliwie zakochanej kobiety była na tyle beznadziejna, że, jak pisał w liście do Zana Mickiewicz, nic tylko siadłszy płakać? A może znały jakieś patenty na odwrócenie uczuciowo niepomyślnej karty? Spróbujmy rzucić nieco światła na miłosne perypetie naszych słowiańskich przodków.

 

No chyba że ktoś się bardzo uparł…

 

W aktach miejskich uwiecznionych w Obrazie historyczno-statystycznym miasta Poznania w dawniejszych czasach autorstwa Józefa Łukaszewicza znajduje się zapis procesu o czary z roku 1559 niejakiej Anny Maciejowej Sieczczyny[1]. Oskarżona miała przyznać się do praktyk w owym czasie zakazanych. Kobieta, rzecz jasna na torturach, zeznała że:

(…) ją Słodzinowna młoda słała do Górki, do Kachny, ażeby jej ta Kachna co poradziła, ażeby ten młodzieniec, z którym dziecię miała, do niej się zasię nawrócił. Tedy Kachna do niej tak rozkazała, iżby kupiła taki grzebień (…), a potem iżby we Czwartek w wieczór uprzędła nić opak i obwinęła on grzebień i włożyła jej pod ogień, tedy zatem miał się do niej nawrócić ten młodzieniec.

 

Maciejowa ponadto wyznała, że na prośbę niejakiej Kaśki Glazerówny lała wosk, by dowiedzieć się, czy jakiś młodzieniec pojmie ją za żonę. Ze wspomnianego rytuału wynikać miało, że na żaden ożenek się nie zanosi. W związku z czym poradziła jej, by zdobyła żywe pisklę gołębia, któremu następnie miała wyłupić oczy. Tak pozyskane oczy, jak wynika z zeznań Maciejowej, należało zetrzeć, po czym dodać do napitku wybranego młodzieńca, co miało jego względy dla klientki zjednać. Analogicznie do powyższego przypadku w toku przesłuchania oskarżona przyznała się nie tylko do wydłubania żywemu gołębiowi oczu, ale także serca, które przekazała innej klientce z podobnym zaleceniem. Miała też zwracającym się do niej o pomoc kobietom poradzić:

 

(…) żeby z mrowiska, z gromady albo gniazda, brały mrówki i warzyły je w wodzie, a wodą z nich kropili po domu, aby się tak owego domu ludzie trzymali, jako się mrówki onego gniazda trzymały.

 

Srogie piguły Milordzie

 

Patrząc w przeszłość często widzimy, jak podpatrzone w świecie przyrody prawa, skutkiem magicznych praktyk według ówczesnych wierzeń miały znaleźć odzwierciedlenie w sferze relacji ludzkich. W tym wypadku występujące u owadów przywiązanie do gniazda w analogiczny sposób wpłynąć miało na wzmocnienie więzi rodzinnych i przywiązanie domowników do określonego miejsca. Karą, jaka za powyższe występki spotkała Annę Maciejową, była chłosta oraz wygnanie z miasta, co pociągało za sobą śmierć w wymiarze społecznym i jednocześnie stanowiło karę śmierci niejako w zawieszeniu, gdyż ta czekała banitkę w razie powrotu.

 

Z podań wynika, że świat fauny był na potrzeby magicznego wzniecania uczuć miłosnych na terenach Słowiańszczyzny dość okrutnie eksploatowany. Moszyński wspomina o występowaniu praktyki podawania chłopcom przez dziewczęta serca kreciego w chlebie dla wzbudzenia ich miłości. Ślepota zwierzęcia miała udzielić się oczarowanemu w ten sposób mężczyźnie, który odtąd nie widział już świata poza częstującą go dobrodziejką[2]. U Biegeleisena znajdujemy wzmiankę o dawaniu przez ludność czeską łapki kreta osobie, którą chce się posiąść[3] (być może ma to związek z charakterystyczną budową kończyn zwierzęcia – długie krecie pazury przystosowane do zagarniania ziemi). Odkryta w powiecie brzeskim magiczna receptura głosi: „Chcesz mieć dziewkę, weź krwi z zająca i zajęczej babki (rodzaj szczawu), domieszaj wosku, ulep świecę i zaświeć ją przed dziewką, a pójdzie za tobą”[4]. Na Mazurach za sprawdzony sposób kojarzenia pary uważano zszycie ubrania chłopca z dziewczęcą suknią igłą, którą wcześniej przekłuto dwie parzące się żaby[5]. Tego samego skutku oczekiwała dziewczyna ze wsi Szołajdy (pow. kutnowski), gdy taką igłę wpięła w strój upragnionego chłopca. Jeśli jednak spółkujących płazów nie szło znaleźć, tożsamy rezultat miała przynieść igła, za której pomocą szyta była wcześniej odzież zmarłego[6].

Psiego życia żaden chłop nie jest wart

 

W miłosnej materii czarodziejskiej przydatne bywały także psy, o czym możemy dowiedzieć się z czeskich dokumentów procesowych sprzed wieków. Postępowanie z 1541 r. wykazało, że mieszkanka położonego obecnie przy polsko-czeskiej granicy miasteczka Náchod, chcąc uzyskać wzajemność pewnego parobka, dała mu wypić roztopionego psiego sadła[7]. Podsądna do owych czynów przyznała się co prawda w wyniku tortur, co niekoniecznie podnosi wiarygodność uzyskanych w ten sposób zeznań. Jednak akta procesu o przeszło sto lat późniejszego w sprawie niejakiej Anny Chałupki z miasta Kuřim pokazują, że psi surowiec był nadal w użyciu. Kobieta przyznała się do ucięcia psu lewego ucha, co za poradą znachorki uczynić miała dla wzniecenia miłości między swoimi krewnymi. Fakt że sąd oskarżoną uniewinnił, uznając psie ucho za środek leczniczy, świadczy o tym, że stanowiło on raczej w owych czasach uznany specyfik[8].

Wydaje się, że najmniej szczęścia pod tym względem miały zwierzęta latające. Szczególnie popularne do odprawiania obrzędów były przytoczony już gołębie lub raczej ich narządy. Dziewczęta z okolic Płocka i Dobrzykowa pragnące zjednać sobie serce kawalera nosiły pod suknią przez dziewięć dni w woreczku na szyi dwa gołębie serca. Uschnięte ptasie organy następnie ścierały na proszek, który potem należało wybranemu mężczyźnie dodać do napoju, aby ten do właścicielki tego osobliwego naszyjnika zapałał gorącym uczuciem[9]. Narząd stosowano zresztą nie tylko w wersji sproszkowanej. W piętnastowiecznym Wrocławiu za środek niezawodnie miłość wzbudzający uchodziło gołębie serce wypieczone w cieście[10]. Wiadomo także o noszonych w tym celu przy ciele jastrzębich głowach oraz  jaskółczych sercach[11].

U naszych nietoperzy nie było Korony!

 

W tym kontekście warto pochylić się też nad niewdzięcznym losem innego stworzenia latającego, a mianowicie nietoperza. Gacek na ziemiach polskich nie miał lekko. Popiół ze spalonego zwierzęcia, jak wierzono, zapewniał wielką miłość obsypanej nim dziewczyny, nawet jeśli przedtem na kawalera nie raczyła nawet spojrzeć. Jego pozyskanie musiało być jednak poprzedzone szeregiem magicznych zabiegów. Najpierw przed wschodem słońca trzeba było zebrać nad rzeką wiązkę patyków – koniecznie idąc w kierunku przeciwnym do nurtu. Następnie schwytawszy nietoperza należało o północy udać się na skrzyżowanie dróg i tam z zebranego chrustu rozpalić ognisko, w którym zwierzę miało spłonąć żywcem. Zebrawszy powstały popiół w drodze powrotnej nie wolno było się oglądać, bo źli straszą, krzyczą, strzelają, a gdyby człowiek się obejrzał, to by mu łeb urwali[12].

 

Według przesądu także kości nietoperza przedstawiały wartość. Okrutny zwyczaj ich pozyskiwania był, jak się wydaje, niestety praktyką dość powszechną, gdyż wzmianki o nim znajdują się w pracach wielu badaczy z różnych okolic[13]. Do celów miłosnych przydatne jednak były tylko wybrane części szkieletu zwierzęcia, a i sam sposób ich zdobycia nie był bez znaczenia. Z zabiegiem związany był skomplikowany ceremoniał. Otóż schwytanego żywego nietoperza należało zamknąć w szczelnie oblepionym garnku, w którym zrobiony był jeden lub kilka niewielkich otworów (ich liczba różni się w zależności od miejsca zbierania materiałów etnograficznych; u bojarów międzyrzeckich istotna też była pora, bo zwierzę należało złapać o północy świętojańskiej[14]).

 

Następnie z naczyniem trzeba było udać się do lasu i wrzucić je do mrowiska. Należało zrobić to dostatecznie szybko, by nie usłyszeć pisku zwierzęcia, co mogło pogrzebać skuteczność całego rytuału. Następnego dnia (niektóre podania czas ten wydłużają do trzech lub dziewięciu dni[15]) o północy garnek, w którym znajdować się miał objedzony przez mrówki sam szkielet nietoperza, należało z mrowiska pospiesznie wydobyć, po czym pędem uciekać nie oglądając się za siebie. Chwila wyciągania naczynia z mrowiska była szczególnie niebezpieczna, ponieważ towarzyszyć miały jej przeraźliwie świszczący wicher, podziemny huk i szatańskie krzyki. W pozyskanym w ten sposób szkielecie trzeba było odnaleźć dwie kostki: jedną w kształcie grabek i drugą przypominającą widełki. Aby wpłynąć na uczuciową przychylność ukochanej osoby, należało grabki niepostrzeżenie wczepić w jej ubranie i delikatnie ją do siebie przyciągnąć. Posługując się drugą kostką z kolei można było skutecznie odpędzić osobę nam niemiłą. Wystarczyło takiego natrętnego zalotnika pchnąć widełkami[16].

 

Gluziński w swej charakterystyce polskiego chłopstwa przedstawia nieco zmienioną wersję magicznego wykorzystania nietoperzych kości. Element objadania nieszczęsnego stworzenia występuje i w tym wypadku, jednak przeprowadzeniem rytuału zajmuje się czarownica. Pozyskane widełki piersiowe wiedźma oddaje kawalerowi, zaś resztę szkieletu pali w glinianym garnku, po czym rozciera ją na proszek, który kochana przez chłopaka dziewczyna powinna wypić w wódce. Gdy się to dokona, dziewczyna zostanie zniewolona miłością do kawalera, która trwać będzie tak długo, jak długo młodzieniec zachowa przy sobie wręczone mu przez czarownice widełki[17].

 

W Borzęcinie panował przesąd, zgodnie z którym widełki nietoperza spragniony miłości chłopiec mógł wbić sobie pod paznokieć palca serdecznego. Skutkiem takiego działania, miało być pojawienie się nocą diabła pod postacią kuszącej panny. W razie gdyby gołowąs uległ wdziękom zjawy oddawszy się z nią cielesnej rozkoszy, miał mieć przez nią urwaną głowę. Jeśli jednak oprze się pokusie i będzie widziadło tłukł, dopóki diablica nie poprosi o wypuszczenie, przyrzekając jednocześnie nigdy więcej nie wracać, posiadane przez chłopaka widełki nabędą czarodziejskiej mocy. Odtąd wystarczy, że zaledwie dotknie palcem z cudowną kosteczką sukni dowolnej dziewczyny, która mu się spodoba, a ta przyjdzie do niego w nocy[18]. Brzmi trochę jak mokry sen każdego nastolatka. Pomarzyć zawsze można. Szkoda tylko, że cierpiały na tym diabłu ducha winne gacki.

 

U Kolberga czytamy, że w ludowym języku widełki określano mianem czarowidełek. Autor przytacza nawet stosowny fragment pieśni z regionu krakowskiego, nawiązujący do opisanej wyżej praktyki, co zdaje się jedynie potwierdzać, że musiała być stosunkowo popularna, skoro została uwieczniona w sferze folkloru:

Nie caruj mnie, moja, bo cię będę bijał,
będę ja ta tobie — cary przypominał.
Nie caruj mnie moja — tym carowidełkiem
bo cię będę bijał — z konika siodełkiem[19].

 

Choć przekazów na temat tego barbarzyńskiego obrzędu w literaturze nie brakuje, to jednak kwestia towarzyszącego mu słownego zaklęcia pozostawała nieodkryta. Jest to o tyle dziwne, że pomimo iż – jak to niekiedy było w takich wypadkach – formuła magiczna stanowiła tajemnicę pilnie przez lud strzeżoną (zwłaszcza przed oświeconymi warstwami społeczeństwa takimi jak kler czy etnografowie), bogactwo materiału dawało nadzieję na dogłębne poznanie tej osobliwej praktyki. Nieco światła na ten niedostatek wiedzy zdaje się rzucać pochodzący z ok. 1830 r. i zachowany do czasów współczesnych przekaz ustny Tekli Lewickiej traktujący o sobótkowych obchodach ludności ze wsi Dreglin w powiecie sierpeckim. Zgodnie z relacją babiny „w wigilię św. Jana późnym wieczorem dziewczęta wiejskie zbierały się u jednej ze swych rówieśnic. Tu zdjąwszy zarówno ubranie wierzchnie, jak i bieliznę, brały ze sobą nietoperza i pędem pomykały do lasu. Znalazłszy mrowisko, zakopywały w nie nietoperza. Następnie, pobrawszy się za ręce, tańczyły naokół mrowiska, śpiewając:

Białny (biały) Jan, białny Jan, w białnej koszulinie,
Zielony, zielony, w zielonej bylinie.
A my białne, przez (bez) koszuli,
I zielone przez byliny.
Leluja!

Kacoperz, kacoperz (nietoperz) z kacoperzów rodu,
Służył ci u Jana białnego za młodu,
Zdejmujewa z niego szaty,
Ostaną się ino gnaty.
Leluja!

 

Następnie po odkopaniu kostek nietoperza, starały się takowe wsunąć nieznacznie pod pościel upatrzonego młodzieńca. Gdy ten prześpi się na kostkach, niechybnie zakocha się w dziewczynie”[20]. Jak przekonuje Stanisław Czernik, treść formuły sprawia wrażenie niekompletnej. Autor przypuszcza, że w zapisie nie zachowała się końcowa zwrotka, zawierająca miłosne czy matrymonialne życzenia dziewczyny. Chociaż pieśń zawiera wezwanie do św. Jana, pozbawiona jest religijnego wydźwięku. Brak w niej nawet słowa „święty”, za to zwraca uwagę zawarty w utworze sobótkowy motyw bylicy[21] – rośliny, o której Marcin z Urzędowa już w połowie XVI w. pisał, że używano jej przy sobótkach, ofiarując ją diabłu[22]. Wiadomo zresztą, że dziewczęta z rzeczonego regionu na wigilię św. Jana bylicę zbierały, a następnie rzucały na dach celem szybszego zamążpójścia[23].

 

Nie tylko we wspomnianym wyżej rytuale, lecz także w przypadku szeregu innych praktyk magicznych, nie bez znaczenia był wybór czasu, miejsca oraz sposób wykonania poszczególnych czynności. Co do zasady czary swą moc czerpały od niepochodzących z tego świata sił nadprzyrodzonych. Najstosowniejszą porą była zatem północ, świt, ewentualnie południe – czyli momenty w cyklu dobowym graniczne, w których, jak wierzono, granica między światem ludzkim a zaświatami była najcieńsza. W ujęciu kalendarzowym pod tym względem najatrakcyjniejsze były daty przesileń, równonocy, okolice Nowego Roku, jak również dni świąteczne, gdy sfera sacrum wydawała się być w zasięgu ręki zwykłego śmiertelnika, a dusze zmarłych odwiedzały dawne kąty.

 

[1] J. Łukaszewicz, Obraz historyczno-statystyczny miasta Poznania w dawniejszych czasach, t. I, Poznań 1838, s. 123-124.

[2] K. Moszyński, Kultura ludowa Słowian, Kultura duchowa, cz. II, zeszyt 1, Kraków 1934, s. 281.

[3] H. Biegieleisen, Wesele, Lwów 1928, s. 317.

[4] Ibid., s. 312.

[5] Ibid., s. 128.

[6] L. Lissowski, Obrzędy weselne w Szołajdach w pow. Kutnowskim, w: Wisła VIII (1894), s. 272.

[7] J. Svátek, Culturhistorische Bilder aus Böhmen, Wiedeń 1879. Cyt. za: M. Wawrzeniecki, Procesy o czary w Czechach, w: Wisła XV (1901), s. 391.

[8] Ibid. Str. 393.

[9] O. Kolberg, Dzieła wszystkie t. 42, Mazowsze cz. VII, Wrocław – Kraków – Warszawa 1970, s. 394.

[10] H. Biegieleisen, Wesele, Lwów 1928, s. 311.

[11] K. Moszyński, Kultura ludowa Słowian, Kultura duchowa, cz. II, zeszyt 1, Kraków 1934, s. 338.

[12] O. Kolberg, Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce; Serya XIX Kieleckie, cz. II, Kraków 1886 s. 201.

[13] Por.: H. Biegieleisen, Wesele, Lwów 1928, s. 315-318; H. Biegeleisen, U kolebki Przed ołtarzem Nad mogiłą, Lwów 1929, s. 222; Ibid. s. 414; Z. Gloger, Encyklopedia Staropolska, t. IV, Warszawa 1903, s. 361; J. Gluziński, Włościanie polscy uważani pod względem charakteru, zwyczajów, obyczajów i przesądów, w: Archiwum domowe do dziejów i literatury K. W. Wójcickiego, Warszawa 1856, s. 503; Ł. Gołębiowski, Lud polski: jego zwyczaje, zabobony, t. 1, Lwów 1884, str. 149; B. Gustawicz, O ludzie podduklańskim w ogólności, a w Iwoniczach w szczególności, Lwów 1901, s. 31-32; O. Kolberg, Dzieła wszystkie t. 7, Krakowskie cz. III, Kraków 1874, s. 109; Cz. Pietkiewicz, Kultura duchowa Polesia Rzeczyckiego: materiały etnograficzne, Warszawa 1938, s. 226; Ks. W. Siarkowski, Materyjały do etnografii ludu polskiego z okolic Kielc cz. 2, Kraków 1879  s. 100; Ks. W. Wójcicki, Zarysy domowe, t. III, Warszawa 1842, s. 144.

[14] Ks. A. Pleszczyński, Bojarzy Międzyrzeccy. Studium etnograficzne, Warszawa 1893, s. 102.

[15] Por.: H. Biegieleisen, Wesele, Lwów 1928, s. 317-318.

[16] K. W. Wójcicki, Zarysy domowe, t. III, Warszawa 1842, s. 144-145.

[17] B. Gluziński, Włościanie polscy uważani pod względem charakteru, zwyczajów, obyczajów i przesądów, w: Archiwum domowe do dziejów i literatury K. W. Wójcickiego, Warszawa 1856, s. 503.

[18] H. Biegieleisen, Wesele, Lwów 1928, s. 315-318.

[19] O. Kolberg, Lud; jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce; Serya XIX Kieleckie, cz. II, Kraków 1886 s. 207.

[20] R. Lubicz, Sobótka, w: Wisła V (1891), Warszawa s. 652.

[21] S. Czernik, Trzy zorze dziewicze: Wśród zamawiań i zaklęć, Łódź 1985 , s. 124-125.

[22] Marcin z Urzędowa, 1595, Herbarz Polski, To iest O Przyrodzeniv Zioł Y Drzew Rozmaitych, Y Innych Rzeczy Do Lekarztw Należących, Księgi Dwoie,W Drukarni Łazarzowey, Kraków, s. 32.

[23] R. Lubicz, Sobótka, w: Wisła V (1891), Warszawa s. 652.

CategoriesBez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *