Z

Zaraza, makabryczne metody leczenia, czyli ciesz się, że nie odpadła Ci szczęka

Co zrobić gdy szaleje epidemia?

 

W historii ludzkości z pewnością nie brak wydarzeń, które w swych skutkach doprowadziły do lawinowego wzrostu śmiertelności populacji ludzkich. Wojny, klęski żywiołowe, głód czy wreszcie epidemie, choć traktowane jako wyjątkowe i z cywilizacyjnego punktu widzenia stanowiące zazwyczaj punkty zwrotne, w szerszym ujęciu wykazują pewną historycznie cykliczną prawidłowość. Wprawdzie temat ten jest często badany, to jednak pomimo swojego bogatego potencjału historycznego, jest stosunkowo nowy w dziedzinie archeologii i antropologii.

 

Zwiększona śmiertelność w danym okresie skutkuje zmianą zwyczajów pogrzebowych na danym obszarze. Kryzysowa sytuacja w sposób oczywisty warunkuje nie tylko związaną z pochówkiem sferę kulturową, ale przede wszystkim, pragmatycznie rzecz ujmując, pogrzebową ekonomię, w efekcie czego odnotowywane są pochówki zbiorowe niespotykane w czasach zwyczajnego funkcjonowania badanej społeczności. Pisząc wprost: zbyt wiele ciał, by uporać się z nimi zgodnie z obowiązującą tradycją.

Z założenia przy rozpatrywaniu ludzkich szczątków kostnych przyjmuje się występowanie dwóch rodzajów pani z kosą. Pierwszy typ przypisywany tzw. naturalnemu ubytkowi populacyjnemu charakteryzuje się wysoką umieralnością niemowląt przy stosunkowo niewielkiej liczbie zgonów osób młodocianych oraz wzrastającym współczynnikiem śmiertelności w miarę postępowania dorosłości. Typ drugi, odznaczający się zwiększonym ryzykiem zgonu we wszystkich kategoriach wiekowych, znajduje swoje odbicie w krótkotrwałych katastrofach, przez co nazywany jest katastroficznym. Zrozumiałym jest, że gdy daną populację dotykała epidemia, zmarli byli chowani w masowych grobach, bo nie było ani czasu ani miejsca, by grzebać ich pojedynczo. Jeśli zaraza gubiła ludzi, by tak rzec, niewybrednie, tj. tuliła do swojej wyschniętej piersi każdego bez względu na płeć czy wiek, należy logicznie założyć, że masowe groby z tego okresu przedstawiać będą obiektywnie całościowy przekrój społeczeństwa. Czytaj: Panie, rzucamy jak leci! Matko bosko, co za smród!

 

Nawet śmierć nie zna sprawiedliwości

 

Co ciekawe jednak wyniki różnych badań pokazały, że nakreślony powyżej scenariusz nie znajdował odzwierciedlenia w przeszłości, a podatność na umieranie w czasach zarazy (Gabriel, serio, później…) było niekiedy wysoce zróżnicowane, co zwykło się określać mianem niejednorodności czy heterogeniczności w odniesieniu do wątłości/słabości ludzkiej odporności[1] (mnóstwo tych ości – ale w końcu mowa o szkieletach). Badania z 2016 r. ujawniły, że jeden z najgorszych w historii ludzkości kryzysów demograficznych, określany poetyckim mianem czarnej śmierci – mors nigra, spowodował śmiertelność wybiórczą i usunął z populacji jednostki najsłabsze[2].

 

Czynniki zwykle stosowane do oceny zjawiska heterogenicznej podatności na zgon – definiowanej jako stan obniżonej odporności na wpływające w wymierny sposób na stan ludzkiego zdrowia czynniki stresogenne – w badaniach epidemiologicznych są z reguły nie do zaobserwowania w szczątkach kostnych. Natomiast w populacjach poddanych badaniom archeologicznym takich oznak stresu wskazujących na bytowanie osoby w warunkach patologicznych szukać można jedynie wśród jej gnatów tudzież zębów. Bazując na ocenie słabości (podatności na zgon) u populacji żyjących, Marklein i in.[3] zaproponowali metodę mającą zastosowanie także w stosunku do materiałów bioarcheologicznego zwaną indeksem słabości szkieletowej (skeletal frailty index – SFI). Metoda ta umożliwia sporządzenie punktowego wyniku słabości w danej populacji w oparciu o występowanie trzynastu wskaźników w obserwowanej szkieletowo-zębowej próbce. Jak przekonują jej autorzy, stosowanie tej procedury nie tylko systematyzuje badania na temat ludzkiej śmiertelności w historii, ale także powinno pomóc w lepszym zrozumieniu kondycji zdrowotnej populacji żyjących w wiekach dawnych w ujęciu ogólnym.

 

Nuda, nuda ale warto wiedzieć

 

Analiza struktury demograficznej danej populacji w połączeniu z zestawem wskaźników kostnego stresu stanowią elementy niezbędne do zgłębienia zależności pomiędzy zdrowiem minionych pokoleń a ich śmiertelnością. Porównując częstość występowania wskaźników stresu takich jak: cribra orbitalia (zmiany degeneracyjne w postaci porowatości kości oczodołów), liniowa hipoplazja (niedorozwój) szkliwa, tworzenie się nowych warstw okostnej itp. u osobników chowanych w grobach „konwencjonalnych” z materiałem pochodzącym z grobów masowych, można ocenić poziom życia populacji pradziejowej, jak również wysokość ryzyka zgonu w niej występującego.

 

Poprzednie badania epizodów epidemicznych w historii w dużej mierze opierały się wyłącznie na danych historycznych i archeologicznych, takich jak materiał kostny, zmumifikowane szczątki, pozostałe z danego okresu teksty, zapisy kościelne, rejestry pochówku czy w końcu dzieła sztuki. Z osteologicznego punktu widzenia jednak najczęściej występujące infekcje (w tym te które zdziesiątkowały populacje Starego Kontynentu) są praktycznie niedostrzegalne, zaś źródła piśmiennicze bywają często niedokładne. Z tego względu w przypadku wielu historycznych epidemii postawienie rzeczowej i biologicznie nowoczesnej diagnozy staje się niemożliwe. Większość chorób zakaźnych o ostrym przebiegu było w Europie wieków średnich podlegało pewnym wyraźnym epidemicznym cyklom zbierając seryjne żniwo przede wszystkim wśród małych dzieci. Biorąc pod uwagę panujące w średniowiecznych grodach warunki środowiskowe w odniesieniu do czynników epidemiologicznych należy stwierdzić, że praktycznie każda droga rosprzestrzeniania się zarazy była ułatwiona przez złe warunki sanitarne, zanieczyszczoną wodę oraz przeludnienie. Chociaż mogłoby się wydawać, że wiele najgorszych epidemii w epoce przedindustrialnej zostało spowodowanych przez dżumę dymieniczą, zakres epidemii nazywanych „plagami” jest znacznie szerszy i nie odnosi się wyłącznie do najgłośniejszej z pandemii czarnej zarazy. Kiepsko odżywione społeczeństwa mogły z równą łatwością poddać się grypie, tyfusowi, ospie, durowi brzusznemu, durowi powrotnemu czy innemu równie łatwo w ówczesnych skupiskach ludzkich przenoszonemu patogenowi.

Przez długi czas gorącym tematem wśród badaczy zajmujących się historią epidemii było ustalenie organizmu odpowiedzialnego za wywołanie zarazy dymieniczej. Najczęściej typowanym patogenem jest pałeczka dżumy (Yersinia pestis). Co do tego nie ma jednak całkowitej pewności, gdyż faktyczna etiologia choroby od dawna stanowi kwestię budzącą w środowisku naukowym kontrowersje i część badaczy skłania się do szukania winowajcy wśród innych mikrobiologicznych kandydatów. Lista potencjalnych sprawców zawiera m. in. Bacillus anthracis – któremu świat zawdzięczna wąglika, filowirus (np. Ebola), ewentualnie zarazek, który współcześnie jest już wymarły (wymieranie tych gatunków akurat popieram).

Wątpliwości dotyczące przyczyny zarazy zostały rozstrzygnięte, gdy wykorzystując technologie biologii molekularnej zbadano próbki pobrane ze zwłok pochowanych w trakcie drugiego pandemicznego rzutu zarazy (bo trzeba Wam wiedzieć, że choróbsko wracało w cyklach) potwierdzając w poddanym analizie materiale występowanie pałeczek dżumy. Nie wyklucza to rzecz jasna współwystępowania alternatywnych przyczyn zachorowalności i  śmiertelności wśród osłabionej zarazą populacji, co zresztą zostało po części potwierdzone w badaniu z 2011 r. Jego wyniki ujawniły występowanie materiału DNA zarówno bakterii Y. pestis, jak i Bartonella quintana (wywołującej gorączkę okopową), które uchowały się w miazdze zębowej ludzkich szczątków ze średniowiecznego masowego pochówku we francuskiej miejscowości Bondy[4].

 

Jako się rzekło, epidemia czarnej śmierci ropiejącymi zgłoskami w annałach historii zapisała się więcej niż jeden raz. Zaraza wielokrotnie nawracała, nawiedzając Europę i obszar Morza Śródziemnego począwszy od XIV aż do XVII w. Według niektórych badaczy choroba w rozmaicie rozlokowanych pomniejszych ogniskach występowała na terenie Europy każdego roku w okresie 1346-1671[5]. Warto wspomnieć, że epidemia Stary Kontynent ogarnęła w nierównym stopniu. Plaga pomimo swych rozmiarów oszczędziła w dużej mierze ziemie Królestwa Polskiego[6] – przypuszczalnie za sprawą zarządzonej kwarantanny na granicach oraz wydanego przez Kazimierza Wielkiego nakazu izolowania miast. Trudno się dziwić, że dawne społeczeństwa (odnosząc to do aktualnej sytuacji można dojść do wniosku, że egoizm jest ponadczasowy) w czasie tej wielkiej próby nie zdały egzaminu z moralności na zadowalającą ocenę i w obliczu katastrofy w gęstniejącej atmosferze wrogości rozpoczęły poszukiwanie winnych. Palec wskazujący kierowano często na liczną w Europie społeczność żydowską, co m.in. przyczyniło się do sporej emigracji tejże z miast niemieckich do polskich (to tak gwoli ścisłości na temat wysysanego przez polską ludność od pokoleń z mlekiem matki bakcyla żydożerstwa).

 

Ostateczne miejsce narodzenia się pandemii nie jest pewne – typuje się:  Chiny, Mongolię, Indie, Azję środkową i południową Rosję. Czternastowieczne źródła nie są w tym względzie zbyt pomocne, ale wielokrotnie wskazują wschodnie pochodzenie pomoru. Arabscy historycy uważali, że zarzewia zarazy należy szukać w Mongolii, co zdają się potwierdzać chińskie pisemne źródła notujące lawinowy wybuch choroby w tym kraju na początku lat 30. XIV w. Początkowo przed epidemią Europa ustrzegła się za sprawą przerwy w dostawach jedwabnego szlaku, jednak tatarskie oblężenie portu w Kaffie z roku 1346 – włoskiej placówki handlowej na Półwyspie Krymskim (obecnie Teodozja na Ukrainie)  – miało rozpocząć tragiczny w skutkach dla zachodniego świata efekt domina. Oblegające miasto tatarskie oddziały używając machin barobalistycznych przerzuciły za jego mury ciała zmarłych na dżumę, zarażając tym samym broniącą się załogę z Italii, która ewakuowała się z miasta i powróciwszy do ojczyzny, zaszczepiła bakcyla na Starym Kontynencie. Był to swoją drogą debiut dżumy w roli broni biologicznej na długo przed zastosowaniem tego typu uzbrojenia w epoce nowożytnej. Do czasów współczesnych zachował się plastyczny opis wydarzeń związanych z rozwojem epidemii autorstwa włoskiego notariusza – Gabriela de Mussisa. Co prawda uważa się, ze relacja de Mussiego pochodzi z drugiej ręki, jednak autor wydaje się być wiarygodny, gdyż jako mieszkaniec miasta Piacenza mógł mieć bezpośredni kontakt z naocznymi świadkami tych wydarzeń.

 

„(…) W 1346 we wschodnich krajach, nieprzebrane masy Tatarów i Saracenów porażone zostały przez tajemniczą chorobę, która sprowadziła nagłą śmierć. W rozległych regionach tych krajów, całe sięgające hen prowincje, wspaniałe królestwa z ich okazałymi miastami i osadami zostały starte w pył przez pomór straszliwej śmierci i w krótkim czasie ogołocone z mieszkańców. Wschodnia kolonia pod tatarskim panowaniem pod nazwą Tana, która leżała na północ od Konstantynopola i była miejscem często uczęszczanym przez kupców z Italii, została całkowicie opuszczona po incydencie[7], który doprowadził do oblężenia miasta i nawałnicy tatarskiej hordy zgromadzonej w krótkim czasie. Chrześcijańscy kupcy wypchnięci siłą (ze swojej enklawy) tak przerażeni byli tatarską potęgą, że aby ocalić siebie i swój dobytek, uciekli na uzbrojonym okręcie do Kaffy, grodu w tej samej części świata założonego dawno temu przez genueńczyków. (…) O Boże! Zobacz jak pogański lud tatarski, wylewając się ze wszech stron obległ miasto Kaffa więżąc w nim chrześcijan na prawie trzy lata. Tam to właśnie osaczeni przez olbrzymią armię, ledwie mogli nabrać tchu, chociaż żywność dostarczana przez statki, dawała jakąś nadzieję. Lecz oto spójrz, bo cała armia została dotknięta chorobą, która opanowała Tatarów zabijając ich tysiącami każdego dnia. Było tak, jakby strzały niczym deszcz padały z nieba, rażąc i zgniatając tatarską butę. Wszelka lekarska rada i pomoc zbędnymi się okazały; Tatarzy marli, gdy tylko choroba ujawniła się na ich ciałach w postaci puchliny pod pachami i na pachwinie, wywołanej przez ścinające się humory, za czym następowała cuchnąca gorączka. (…) Umierający Tatarzy porażeni ogromem katastrofy sprowadzonej przez chorobę, rozumiejąc że nie ma szans na ucieczkę, stracili zainteresowanie dla oblężenia. Rozkazali wszelako, aby na katapultach[8] umieścić trupy i przerzucić je do miasta w nadziei, że nieznośny fetor zabije wszystkich kryjących się za jego murami[9]. Wydawało się, jak gdyby góry zmarłych zostały wrzucone do miasta, a chrześcijanie nie mogli się przed nimi ukryć, ani uciec, chociaż wrzucali jak najwięcej ciał do morza. I wkrótce gnijące zwłoki skaziły powietrze i zatruły zapasy wody, a smród był tak przytłaczający, że zaledwie jedna dusza na kilka tysięcy była w stanie umknąć przed resztką tatarskiej armii. Co więcej, jeden zarażony człowiek mógł przenosić truciznę na innych i zarażać tak ludzi, jak i miejsca samym tylko spojrzeniem. Nikt nie znał ani nie był w stanie znaleźć sposobu skutecznej obrony. (…) Stało się tak, że pomiędzy tymi, którzy uciekli z Kaffy na statku znalazło się kilku marynarzy zarażonych trującą chorobą. Niektóre z okrętów zmierzały do Genui, pozostałe skierowały się do Wenecji i innych chrześcijańskich krain. Gdy żeglarze dotarli do tych miejsc i zmieszali się z ludnością miejscową, stało się tak, jakby przynieśli ze sobą złe duchy: każde miasto, każda osada, każde miejsce zostało zatrute zakaźną zarazą, a ich mieszkańcy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, pomarli nagle. A kiedy jedna osoba zapadła na chorobę, truła całą swoją rodzinę, nawet gdy umierając upadała, tak że osoby przygotowujące się do zakopania jej ciała były pochwycone przez śmierć w ten sam sposób. Tak to śmierć wkraczała przez okna, a gdy miasta i miasteczka się wyludniały, ich mieszkańcy opłakiwali swoich zmarłych sąsiadów.” (tłum. własne)

 

Lekarzu, lecz się!

 

Gdy medyk ustalił, że dany pacjent dotknięty był zarazą zalecał pacjentowi odpoczynek. Ofiara epidemii miała odzyskać siły przez zredukowanie cielesnej wilgoci i ciepłoty. Wierzono, że zawarta w ciele trucizna w ostatecznym stadium rozwoju choroby niszczy serce, czemu starano się zapobiec działając na nią od wewnątrz różnego rodzaju medykamentami oraz zewnętrznie przy użyciu maści i kataplazmów (gorących okładów z papki np. z siemienia lnianego). Stosowano ponadto otwieranie dymienic (spowodowanych chorobą zapalnych obrzęków węzłów chłonnych w pachwinie i pod pachami) oraz uznane panaceum w postaci upuszczania krwi.

 

Jako że zatrzymanie zatrutej krwi nim ta dotrze do serca było kwestią priorytetową, siedemnastowieczni doktorzy z Toskanii np. stosowali np. uciskowe, choć gdzie na dziele i w jaki dokładnie sposób je zakładali, jest niejasne. W 1348 r. włoski profesor i doktor medycyny Gentile da Foliagno jako środek zaradczy zalecał upuszczanie krwi w postaci wenesekcji czyli nacinania żył. By pozbyć się problemu zalecał upuszczanie juchy, aż do utraty przytomności u pacjenta (zmarł w tym samym roku również na skutek zarazy). Foliagno tak instruował chirurgów:

 

„Jeśli dymienica usytuowana jest na szyi bądź głowie, otwórz żyłę głowową (odpromieniowa żyła w ludzkim ramieniu – przyp. tłum) w obu kciukach. Jeśli zaś pod pachą lub w ramieniu prawym, otwórz żyłę płucną, którą znajdziesz w palcu środkowym i serdecznym prawej ręki…”[10]

W mniej więcej tym samym czasie Dionizos Colle – lekarz z miasta Belluno na północy Włoch tak pisał w swojej pracy pt. „De pestilentia”:

„W przypadku młodych powstrzymałem się od wenesekcji, gdyż wszyscy (pacjenci), którzy mieli obfitość krwi i stosowali tę praktykę mieli krew spieczoną a czarną, gęsto płynącą z odrobiną zieloności oraz bardzo wodnistą z pewnym odcieniem żółci jakby z wosku…”[11]

Sugestie lekarza stanowiły jednak odstępstwo od dominujących zaleceń i upuszczanie posoki razem ze stawianiem baniek oraz kładzeniem pijawek pozostawało główną metodą walki z chorobą.

Wielu medyków eksperymentowało z bezpośrednim traktowaniem obrzmiałych dymienic z zamiarem wydobycia z nich ropy bez powodowania dalszego rozprzestrzeniania się infekcji. Niektórzy rekomendowali różne maści mające na celu wyciągnięcie jadu. Przepis na jeden z takich preparatów zawarty w angielskim poradniku medycznym pochodzącym z lat 40. XV w. nakazuje sporządzenie preparatu z: miodu, kaczego smalcu, terpentyny, sadzy, melasy, żółtka jaja i „oleju ze skorpiona”. Autor innej receptury opisanej w „Sekretach czcigodnego Mistrza Alerisa z Piemontu” (1568) poleca by „wziąć soli morskiej, dobrze utłuc i przesiać, złączyć z żółtkiem jaja i kłaść na owrzodzenie (…) a wyciągnie cały jad morowy i bolesność[12]”. Siedemnastowieczny duński przepis radzi by namydlić czaszkę skazańca lub osoby, które zmarła w równie gwałtownych okolicznościach, następnie mydliny zmieszać z dwiema uncjami ludzkiej krwi, sadłem, olejem lnianym i jakimiś przyprawami. Mniej wyszukane sposoby przewidywały okłady z cebuli (wreszcie coś swojskiego) lub przykładanie do dymienic oskubanego odbytu żywej kury. Zgodnie z teorią ptak miał wyciągnąć truciznę, udławić się i zdechnąć (na co komu rosół). Sposób ten był tyleż niedorzeczny co szeroko uznany, gdyż zalecały go takie autorytety jak doktor Jacme d’Agramont z wydziału medycyny Uniwersytetu w Lleidzie czy londyńskie Królewskie Kolegium Lekarzy.

 

D’Agramont był też jednym spośród wielu medyków, którzy zalecali przebijanie dymieniczych wybrzuszeń celem wypuszczenia z nich ropy, a następnie zamykanie rany poprzez jej kauteryzację rozżarzonym żelazem. Wspomniany już da Foliagno rekomendował podobną procedurę uzupełniając swoje rekomendacje o stawianie baniek, by „wyciągnąć” jad morowy. Trzysta lat później wśród zalecanych procedur terapeutycznych znalazła się też taka, która przewidywała nacinanie dymienic, drenowanie ich, a następnie przykrywanie nacięć tkaniną nasączoną następującą miksturą: trzy drachmy (1 drachma = 3,888 g) nasion pigwy, dębowa kora garbarska, dwie i pół drachmy mirry, żywica olibanowa, aloes, dwie drachmy ałunu, półtorej drachmy kalaminty, okrągłe korzenie kokornaku i jeden skrupuł (1 skrupuł = ok. 1,3 g) kwasu siarkowego. Inna ciekawa procedura medyczna z Włoch w ślad za poprzednimi nakazywała chirurgowi nacięcie dymienicy w celu jej wydrenowania. Nowość jednak pojawiała się w kolejnym kroku, który przewidywał przykrycie rany gołębiem, kogutem lub psem – a najlepiej wszystkimi trzema – z rozciętą klatką piersiową. Francis Bacon, uważany za jednego z twórców nowożytnej metody naukowej opartej na eksperymencie i indukcji, słysząc o tym zabiegu stwierdził, że jest on obrzydliwy, lecz nie nieskuteczny[13].

 

Lekarze zalecali rozliczne antidota na truciznę zarazy. Większość z nich aplikowano w celu jej wydalenia (środki przeczyszczające lub wymiotne). Jednym z ciekawszych środków farmakologicznych, reklamowanym jako cudowne lekarstwo był róg jednorożca, który najprawdopodobniej był sproszkowanym rogiem narwala lub jakimś innym oszukańczym substytutem. Niemiecki Jezuita Athanasius Kircher był sceptyczny w stosunku do wielu ze stosowanych w jego czasach „cudownych” panaceów. Sam proponował preparat, który, jak wierzył, był stosowany przez Hipokratesa, a mianowicie: sproszkowaną żmiję z miodem.

 

Do naszych czasów zachowały się dosłownie setki najróżniejszych mikstur mających zapewnić przetrwanie w czasach zarazy (Gabriel, dałbyś już spokój…). Od zwykłych tabletek czy pastylek do ssania z aloesem, mirrą czy szafranem po skomplikowane mieszanki zawierające zwierzęce rogi, kopyta, mięso, mózgi, płuca, wątroby, mocz, obornik, warzywne papki, czy zioła takie jak ruta, waleriana, cykoria oraz mlecz. Naturalnie polecano również rozmaite dirakwie, wśród których nie zabrakło też słynnego mithridatum, którego prastara receptura sięga czasów sprzed naszej ery. Wielu uzdrowicieli polecało kordiały (rodzaj szlachetnego likieru) przyrządzone z pereł, klejnotów i złota. Zwłaszcza złoto miało według ówczesnej wiedzy posiadać potężną, pochodzącą od słońca, moc oczyszczającą. Problem stanowiło jednak utrzymanie go w formie płynnej. Aby się z tym uporać złoty proszek wypijano z zawiesistymi cieczami takimi jak woda jęczmienna czy różana. Znany był też sposób, który poniekąd przypomina „lekarstwo” stosowane obecnie przez zagorzałych/ogorzałych smakoszy trunków wysokoprocentowych z naszego kraju polecających niezawodny środek zaradczyo-profilaktyczny na wszelkie infekcje w postaci  solidnego 𝚗̶𝚊̶𝚙̶𝚒̶𝚎̶𝚛̶𝚍̶𝚘̶… odkażenia organizmu od wewnątrz. Otóż dawniej zalecano przyjmowanie alkoholowych destylatów (znanych już w starożytności pod alchemicznie brzmiącą nazwą aqua vitae czyli woda życia – po naszemu okowita), do których dodawano czasem sproszkowane kamienie szlachetne czy wspomniane już złoto (ale kto by się tam przejmował drobiazgami, ważne żeby 𝚜̶𝚙̶𝚘̶𝚗̶𝚒̶𝚎̶𝚠̶𝚒̶𝚎̶𝚛̶… zwalczało chorobę.

[1] F. Crespo, M. B. Lawrenz, Heterogeneous immunological landscapes and medieval plague: an invitation to a new dialogue between historians and immunologists, w: The Medieval Globe, 2016, s. 229–257

[2] S. N. DeWitte, The anthropology of plague: insights from bioarcheological analyses of epidemic cemeteries, w: The Medieval Globe 1, 2016

[3] K. E. Marklein, R. E. Leahy, D. E. CrewsIn sickness and in death: assessing frailty in human skeletal remains, w: American Journal of Physical Anthropology, 2016, s 208-225

[4] T. N. Tran, C. L. Forrestier, M. Drancourt, D. Raoult, G. Aboudharam, Co-detection of Bartonella quintana and Yersinia pestis in an 11th–15th burial site in Bondy, France, w:  American Journal of Physical Anthropology, 145, s. 489-494

[5] N. J. Hays, The Burdens of Disease: Epidemics and Human Response in Western History, New Jersey 1998, s. 58

[6] M. M. Fryde, The Population of Medieval Poland, w: Late Ancient and Medieval PopulationI, Transactions of the American Philosophical Society, vol 48 part 3, s. 146-147

[7] Między Włochami a muzułmańską ludnością Tany miało dojść do bójki.

[8] Technicznie rzecz biorąc skorzystano z trebuszów, nie katapult. Katapulty miotają pociski na zasadzie zwolnionego napięcia skręconej liny i nie są zdolne do ciskania zbyt ciężkich ładunków. Trebusze to maszyny miotające działające w oparciu o siłę przeciwwagi, które zdają egzamin w przypadku amunicji o masie nawet kilkuset kilogramów.

[9] Średniowieczny człowiek nie posiadał spójnej wiedzy na temat wywołujących zarazę przyczyn. W świadomości ówczesnych społeczeństw funkcjonowały z grubsza trzy teorie: 1) choroba była karą boską za grzechy; 2) choroba była skutkiem kontaktu ze szkodliwą substancją w postaci oparów zwaną miazmą kojarzoną również ze smrodem zgnilizny 3) choroba była wynikiem interpersonalnego zakażenia

[10] J. P. Byrne, Daily Life during the Black Death, 2006, s. 58

[11] D. Palazzotto, The Black Death and Medicine: A Report on Analysis of the Tractates Written between 1348 and 1350, s. 218-221

[12] Ch. F. Mullet, The Bubonic Plague and England, 1956, s. 76

[13] D. Palazzotto, The Black Death and Medicine: A Report on Analysis of the Tractates Written between 1348 and 1350, s. 224

  1. Małgorzata says:

    Dominującą była teoria humorów i choroby kojarzono z brakiem równowagi pomiędzy nimi. No i datę zabiegu np. upuszczania krwi wyznaczał astrolog . Natomiast nikt poważnie nie brał pod uwagę zarazków bo o ich istnieniu nie wiedziano do 19 wieku. Z bardziej nieciekawych zabiegów były przeżywania stóp.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *