Z

Za darmo! O słowiańskim ptaku śmierci, pożogi, wojny, zarazy i bu

Poszukiwany, poszukiwana, skrttt…

 

UWAGA, UWAGA! Funkcjonariusze z Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego ds. Odzyskiwania Mienia i Dusz terenowego oddziału Agencji Czarów Herezji Urojeń i Imaginacji (skracanie oficjalnej nazwy surowo wzbronione) poszukują niejakiego Lelka Z., pseudonim: kozodój, członka zorganizowanej grupy przestępczej o zasięgu międzynarodowym pn. Caprimulgidae. Przedstawiciele organu apelują do wszystkich osób, które znają miejsce pobytu ściganego stworzenia i noszą się z zamiarem jego denuncjacji o puknięcie się w swój zabobonny łeb. Wszystkie pozostałe osoby proszone są o zapoznanie się z zamieszczonymi poniżej aktami sprawy.

 

Stwór poszukiwany jest listem gończym wydanym przez Sąd Powiatowy Odwiecznej Instancji Głupoty Ludzkiej w celu odbycia kary śmierci za przestępstwa z art. 278 kk., jak również nieujęte w obowiązujących przepisach świeckiego prawa zbrodnie przeciwko duszy ludzkiej. W toku postępowania możliwa późniejsza rekwalifikacja czynu i rozszerzone zarzuty w związku z podejrzeniem doprowadzenia kozy do poddania się innej czynności seksualnej, przypuszczalnie wbrew woli samej zainteresowanej – szczegółowe śledztwo ma wykazać, jak z tą ochotą poszkodowanej było naprawdę*. W tym celu zostanie powołany biegły w osobie proboszcza z pobliskiej parafii.

Imię: Caprimulgus
Nazwisko: Europaeus
Imię ojca: Szatan
Płeć: nd.
Pseudonim: Kozodój
Ostatnie miejsce zameldowania: Afryka Dzika
Obywatelstwo: piekielne

Cechy rysopisowe

  • SYLWETKA: smukła, w locie przypominająca dużą jaskółkę
  • SZYJA: niewyodrębniona
  • WŁOSY: upierzenie miękkie, koloru ćmy/ciemnoblond, charakterystyczna długa szczecina wokół dzioba
  • UZĘBIENIE: brak
  • WARGI (USTA): dziób mały, paszcza olbrzymia i głęboko rozcięta
  • USZY / UCHO: typ van Gogh parzysty
  • OCZY / OKO: oczy czarnobrązowe, ponadprzeciętnie duże, świecące w ciemności, posiadające zdolność zaglądania w duszę
  • PALCE / PALEC: cienkie, szponiaste, daktyloskopia niemożliwa z powodu niekonwencjonalnej budowy, szpon środkowy o unikalnym ząbkowanym kształcie
  • TWARZ: twarz o czarcim wyrazie

Nazwa wyssana z mlekiem (i krwią) czyli HWDPasterzom i Przyrodnikom (pseudo)

Najwcześniej udokumentowane w historii źródło przesądu na temat bezecnego sposobu odżywiania się lelka znaleźć można u Arystotelesa w jego powstałym w IV w p. n. e. dziele pt.: Historia animālium. Całkiem prawdopodobne zresztą, że to bałamutne uprzedzenie sięga czasów jeszcze dawniejszych, gdyż zawarta w nim rzeczona informacja nosi znamiona wieści w owych czasach rozpowszechnionej. W 30 części IX księgi tego pisma znaleźć możemy następujący fragmenty:

„Tak zwany kozo-dój żyje w górach, większy jest nieco od kosa, od kukułki mniejszym będąc; składa dwa, najwyżej trzy jaja, a natury jest leniwej. Do kozy podleciawszy mleko jej ssie, od której to praktyki imię swoje czerpie; mawiają że wymię tak possane usycha a zwierzę ślepnie. Dniem wzroku słabego, bystrości widzenia nocą nabiera.” (tłum. własne)

 

Wszystkie wcielenia lelka

 

Jak widać na wyrazy szczególnego uznania w pracy tego najwszechstronniejszego myśliciela i uczonego starożytności zasługuje jego rzetelność w powoływaniu się na sprawdzone źródła. Choć może to nazbyt małoduszna i cokolwiek nieuprawniona kąśliwość z mojej strony. W końcu dostrzec lelka na tzw. własne oczy jest sztuką niełatwą, a w dawnych czasach bez technologicznego wsparcia to już w ogóle musiał być dramat (antyczny). Może faktycznie filozof nie miał jak tej wiedzy zweryfikować? Ostatecznie przecież niemożliwością byłaby osobista lustracja każdej pojedynczej informacji uwzględnionej w dziele swym zakresem obejmującym równie szerokie i zróżnicowane spektrum wiedzy na temat świata fauny. A jako że wiedza tycząca się naonczas tego skrzydlatego ancymona najpewniej była głęboko wśród ludu zakorzeniona, zaś nazwa na tyle w języku ugruntowana, że badacz nie zaproponował dla niej alternatywy, to kto by tam ją chciał sprawdzać, a co dopiero podważać (#na_przypale_albo_wcale).

 

Po około czterystu latach w formie pisemnej do kwestii perfidii lelkowego zachowania podszedł – a właściwie, jak się zdaje, w sposób wtórny prześlizgnął się – nie mniej w dziedzinie przyrodoznawstwa uznany autorytet w osobie Pliniusza Starszego. I tak, w jego encyklopedycznym dziele, przetłumaczonym na polski przez Józefa Łukaszewicza pt.: K. Pliniusza Starszego Historyi naturalnej ksiąg XXXVII, a dokładniej w 56 rozdziale księgi X wyczytać możemy:

„I zmyślność ptaków, zwłaszcza co do pokarmu jest równie rozmaitą. Kaprymulgi* (*caprimulgus europeus. – Kozodój.), zowią się ptaki, które na wejrzenie równają się wielkiemu kosowi, są to złodzieje nocni, we dnie bowiem zbywa im na wzroku. Wchodzą do obór pasterzy, przylatują do wymion kóz dla wyssania mléka; z tego gwałtu obumiéra wymie, a kozy tym sposobem dojone ślepną.”

 

Powstały z połączenia członów capra (z łac. koza) i mulgere (doić)[i], pliniuszowy termin caprimulgus stanowi bezpośrednie łacińskie tłumaczenie z greki arystotelesowskiego aegothelas. Tak oto znamienite umysły starożytności, przemycając ją do sfery poważnych nauk przyrodniczych, ugruntowały mylną legendę na temat drobnego ptaszka. Przesąd był na tyle rozpowszechniony, że miano kozodój przylgnęło do zwierzęcia w większości europejskich języków jak np.: goatsucker w angielskim, Ziegenmelker w niemieckim (warto odnotować, że inną nazwą dla tego ptaka w tym języku jest hexe, co oznacza ni mniej ni więcej tylko czarownicę), succiacapre po włosku[ii]. A myślicie, że słynna chupacabra (dosłownie wysysacz kóz, z hiszp. chupar – ssać, cabra – koza) swój źródłosłów to niby skąd wzięła?

 

Czytaj ze zrozumieniem, Tłumaczu

 

W tym miejscu jak na dłoni widać potrzebę krytycznego podejścia do powielanych informacji, z jaką każdemu z nas przychodzi się konfrontować. O ile starożytnych w jakimś sensie można zrozumieć – dostęp do wiedzy w porównaniu do nas mieli utrudniony – to my, żyjący w erze, w której niemal wszystko, czego współcześnie o świecie można się dowiedzieć, znajduje się zaledwie kilka muśnięć klawiatury od nas, za wymówkę możemy mieć już tylko lenistwo i, świadomą lub nie, ignorancję. Rzecz jasna w tym niezmierzonym oceanie informacji pływa sporo syfu – nierzadko rozpowszechnianego z rozmysłem, by nas nieszczęsnych w taki, czy inny sposób wykorzystać. Tempo życia w dzisiejszych czasach też niewątpliwie jest znacznie szybsze niż w starożytności. Koniec końców każdego zabieganego dnia mając setki wyborów do podjęcia, nie mamy za bardzo wyjścia i proces dogłębnej weryfikacji napływających danych musimy w jakiejś mierze scedować na drugiego człowieka. Ważne by był to ktoś zaufany, jak np. autorka niniejszej bazgraniny. Przekaz zawiera lokowanie produktu. Nie będziesz miał blogów cudzych przede mną! ♥ Kochajmy Gusełka ♥

 

Wracając jednak do sprawy naszego sympatycznego ptaszka należy odnotować, że kariera poświęconego mu niemal 7 wieków wcześniej encyklopedycznego hasła wciąż miała się świetnie, bo w pracy żyjącego na przełomie II i III w. rzymskiego pisarza i nauczyciela retoryki Klaudiusza Eliana (pseudo Aelian) zatytułowanej De natura animalium, O właściwościach zwierząt, na uwagę zasługuje 39 rozdział księgi III o następującej treści:

 

“Wydaje się, że kozodój najzuchwalszym jest ze stworzeń, jako że wzgardziwszy małymi ptakami, kozy z olbrzymią przemocą napada, a co więcej, do ich wymion zlatuje i bez żadnego przestrachu przed pasterza zemstą mleko ich sączy, zysk dojny z tego jednakowoż nikczemny mając, bo w efekcie wymię ślepym czyniąc wypływ jego tamuje.” (tłum. własne)

Czy to z szacunku dla autorytetu Arystotelesa, czy też może z chęci jak najobszerniejszego opisania otaczającego go świata, autor, jak widać, nie zakwestionował od wieków utrwalanej na temat ptaka wersji (no co? Arystotelesowi nie uwierzysz?!). W końcu dwukrotnie żonaty legendarny myśliciel z Grecji, który przy okazji twierdził, że kobiety mają mniej zębów od mężczyzn[iii] nie mógł się mylić! (Nie czepiajmy się, przecież nie miał możliwości sprawdzenia tej tezy. A może jego wybranki miały braki w uzębieniu? A może rzadko się uśmiechały, bo miały męża mizogina? Nie znasz, nie oceniaj!) Aelian nie dość, że nie podważa arystotelesowskiego przekazu, to jeszcze go odpowiednio uzupełnia. Pozostając pod wyraźnym wpływem sensacyjnych skłonności ptaszyny, pisarz postanawia raz jeszcze nawiązać do występnej natury stworzenia w 22 rozdziale księgi 16 swojego dzieła. Pisze tam o przedstawicielach pewnego żyjącego w Indiach plemienia charakteryzujących się zadartym nosem, który być może stąd się u nich bierze, że we wczesnym niemowlęctwie jest wgniatany. Zaraz potem, zapewne z kronikarskiego obowiązku z ujmującą skrupulatnością dodaje:

„(…) a w ich kraju występują węże ogromnego rozmiaru, a niektóre chwytają i pożerają trzodę, podczas gdy inne ich krew wysysają, tak jak czynią to kozodoje w Grecji: o tych ostatnich wspomniałem w miejscu stosowniejszym.”

 

Potwór wielu imion

 

Jeśli wydaje się Wam, że opisane wyżej dyrdymały, to jakaś prehistoria i dawno zapomniana pieśń przeszłości, to pragnę nadmienić, że niesława tajemnicą owianej latającej dojarki kóz przypieczętowana zostaje (przynajmniej w warstwie terminologicznej) jeszcze w XVIII stuleciu przez, zwanego niekiedy ojcem współczesnej taksonomii, Karola Linneusza. Ów wybitny przyrodnik ze Szwecji w swym systematyzującym gatunki zwierząt i roślin dziele pt.: Systema Naturae przyklepuje niejako starożytną łacińską nazwę lelka – caprimulgus – używając jej do określenia jego taksonomicznego rodzaju.

Głos rozsądku w sferze publicznej w tym szaleństwie dostrzec można (kto może ten może — takim drobnym maczkiem nabazgrane jakby kolonia mrówek z gatunku Carebara atoma twarożku albo kwaśnego mleka ugułem się najadła) dopiero w 16 tomie The Penny Cyclopædia ­ — wydawanej sumptem londyńskiego Towarzystwa Krzewienia Wiedzy Przydatnej — cyklicznej encyklopedii dodawanej w latach 1833 – 1843 do tygodnika The Penny Magazine. Pod hasłem nightjar przeczytać m. in. możemy taki oto fragment:

„(…) potocznie zwane Kozodojami, stąd nazwa Caprimulgidæ, pod którą rodzina ta jest ogólnie ornitologom znana. Pan Rennie zmienia nazwę europejskiego lelka na Nyctichelidon (nocna jaskółka), sprzeciw swój zgłaszając jakoby miano kozodój, które ptak otrzymał we wszystkich językach było terminem Caprimulgus w sposób absurdalny w systematyce przez przyrodników podtrzymywane, co ukazuje jedynie pogląd o ptaku przez gmin żywiony. Jakkolwiek uznać w tym wielkiej niedorzeczności nie możemy, całkowicie z Panem Rennie  w tym się zgadzamy, «że wymion kozich przez lelki ssanie (choć większość ptaków za mlekiem przepada) równie niepodobnym jest, co tchu ze śpiących niemowląt przez koty wysysanie, o co zwykło się zwierzęta te posądzać». Przeto gdyby każda zoologiczna nazwa o niepewnej podstawie zmienioną być miała, zaszłaby nie lada w nomenklaturze przebudowa a zamęt niemały; toteż nieustanna zmiana terminów dostatecznie kłopotliwą się jawi. Pewnymi w zupełności takowoż być nie możemy, czy nazwy takie jak Caprimulgus swego rodzaju wartości w tym wszelako względzie nie przedstawiają, że, pozostając w odniesieniu do prawdziwych ptaka zwyczajów, ukazują jak omyłki i zabobon czasów dawnych w teraźniejszych badań świetle zniknęły. Tedy wybaczenia za zachowanie nazwy rodziny Caprimulgidæ upraszamy.” (tłum. własne)

 

Bąble i bąbelki

 

Stworzenia nocne w ludzkiej świadomości niejako z definicji nabierają złowróżbnych cech. Człowiek jako istota przystosowana do aktywności dziennej od zawsze musiał żywić instynktowny strach przed tym, co pod osłoną ciemności nie dawało się rozpoznać, wydawało nieznane dźwięki, pochodzenia których nie można było ustalić. Natury z reguły nie postrzegano okiem urzeczonego estety czy dociekliwego naukowca. Dzika przyroda rozpatrywana była przede wszystkim w oparciu o kryterium ludzkiego przetrwania. Mogła się mu przysłużyć lub mu zagrozić. Gdy obserwowane zwierzę nie mogło ludziom się przydać, a w dodatku zachowaniem swym nie przypominało mu żadnej ze znanych mu istot, zaczynało pełnić zgoła niepragmatyczną, mistyczną rolę w systemie wierzeń danej społeczności. Stworzone legendy pozwalały uciszyć niepokój, wypełnić luki w rozumieniu świata dookoła, a czasem kontrolować innych – jeszcze mniej skłonnych do zgłębiania tego co tajemnicze – członków wspólnoty. Im mniej coś rozpoznane, tym większą ma nad nami moc. Coś czym człowiek nie mógł się pożywić, stawało się pożywką dla ludzkiego przesądu.

A lelek kozodój za niejadalnego uważany był już w czasach biblijnych. W Starym Testamencie w Księdze Kapłańskiej oraz Księdze Powtórzonego Prawa znajdują się listy ptaków nieczystych, których wyznawcom spożywać nie wolno, bo winni je mieć w obrzydzeniu. Pojawia się tam m. in. enigmatyczne słowo tachmas (Kpł 11, 16; Pwt 14,15), co do znaczenia którego wśród tłumaczy toczy się dyskusja, jednak wielu badaczy skłania się do poglądu, że chodzi tu o lelka, który często bywa zamiennie nazywany nocnym jastrzębiem[iv].

Zła sława ptaka budzącego wstręt ciągnie się za lelkiem przez stulecia. Jak donosił w swoim dzienniku angielski duchowny i przyrodnik Gilbert White, ludność miejscowa w Hampshire uważała lelka za nosiciela śmiertelnej dla cieląt choroby. We wpisie z 9 sierpnia 1798 r. pisze:

„Wiejska ludność żywi pogląd jakoby lelek, którego zwie także puckeridge, był bardzo szkodliwy dla odsadzonych cieląt zakażając je, poprzez ataki na nie, śmiertelnym dla krowy schorzeniem znanym jako puckeridge. Tym samym ten nieszkodliwy, nieszczęsny ptak podwójnie jest obwiniany, na co w żadnym z przypadków nie zasługuje; w Italii o wysysanie kozich wymion, skąd miano Caprimulgus bierze, a u nas o przenoszenie zabójczej dla trzody choroby. Prawda jest jednak taka, że wspomnianą przypadłość wywołuje Oestrus bovis, owad dwuskrzydły, który jaja swe na krowim grzbiecie składa, skąd czerwie, gdy się wyklują, przez skórę bydlęcia wżerają się w ciało jego, gdzie do wielkich rozmiarów wzrastają.”[v]

Dalej w tekście zamieszczona jest relacja farmera (której Wam oszczędzę) opowiadającego o tym, jak niejednego martwego cielaka oskórował ujawniając spuchnięte i napęczniałe od ropy mięso. Wielebny dodaje też parę słów na temat osobistych doświadczeń z wyciskania tłustej larwy z krowiego grzbietu. Następnie wraca do kwestii samego lelka:

„Minimum poświęconej uwagi i obserwacji przekonałoby ludzi, że ptaki te nie tylko nie zranią pasterzy czy innych hodowców bydła, ale są całkowicie nieszkodliwe i, nocnymi stworzeniami będąc, żywią się nocnymi insektami takimi jak scarabaei i phalaneae; zaś w miesiącu lipcu głównie scarabaeus solstitialis, w które okoliczne tereny w tym sezonie obfitują. Te z osobników, które otworzyliśmy, swe żołądki pełne miały zawsze dużych motyli nocnych, i fragmentów chrząszczy z rodziny żukowatych. Podobnie nie do pojęcia wydaje się pogląd jakoby ptaki te mogły, będąc równie słabymi i nieuzbrojonymi, wyrządzić jakąkolwiek krzywdę bydlęciu, chyba że moc zwierzęcego magnetyzmu posiadłszy, potrafią nań wpłynąć skrzydłami swymi nad nim trzepocząc.” ibid

 

Przyrodnik miał rację: dziób lelka jest za słaby, by móc przebić skórę na krowim grzbiecie, zaś za śmiertelną chorobę w rzeczywistości odpowiada giez bydlęcy (Hypoderma bovis), a konkretniej składane przez niego pod skórą zwierzęcia jaja. Wykluwają się z nich larwy, które następnie przez tkanki zwierzęcia torują sobie drogę na zewnątrz, zostawiając za sobą infekcję, w efekcie czego na skórze powstają charakterystyczne bąble. Przekonanie wiążące lelka z tą dolegliwością było wśród ludu jednak na tyle silne, że do ptaka przylgnęła potocznie utożsamiana z chorobą nazwa puckeridge .

 

Kto wierzy w legendy, łeb będzie miał ścięty

 

Na tym jednak legenda się nie kończy. Jak gdyby nasza pierzasta biedaczyna nie miała już dość złej prasy, ludność Nidderdale w hrabstwie Yorkshire wierzyła, że niosące się po okolicy po zmroku przeciągłe, świdrujące odgłosy, to tak naprawdę zawodzenie dusz nieochrzczonych niemowląt, które po śmierci, pozbawione wstępu do królestwa niebieskiego i tym samym skazane na wieczną ziemską tułaczkę, przyjmują postać lelków.[vi] W tamtych stronach wołano na nie gabble ratchets, co było lokalną odmianą tzw. Gabriel’s Hounds  i oznaczało trupie ogary, których ujadanie według legendy słychać było nocami. Stąd też pochodząca z tego obszaru alternatywna nazwy dla lelka to trupi ptak.

Kozodój w istocie w wielu regionach zyskał wiele różnych przydomków jednak, jak wskazuje Anne O’Connor, we wszystkich tych przypadkach przewija się motyw nocy oraz śmierci. Autorka przytacza ponadto teorie, według której lelek to nocny kruk utożsamiany w mitologii nordyckiej z Odynem, przez co ptak bywa kojarzony z tradycją Dzikiego Gonu.[vii]  Cytuje przy tym Williama Hendersona, który w odniesieniu do tej legendy pisze następująco:

„Lecz wracając do kwestii Ogarów Gabriela. W okolicach Leeds zjawisko to przyjmuje inną nazwę i formę. Tam zwą je Gabble retchet i twierdzą, że to dusze nieochrzczonych dzieci skazane na niespokojny lot wokół domów swych rodziców. Wiadomo powszechnie, że takie dzieci nie mogą zaznać spokoju po śmierci (…) Jest też wielce niezwykłym, że niemiecki folklor łączy nieochrzczone niemowlęta z Wściekłą Jazdą czy Dzikim Gonem, co ewidentnie jest tym samym co Ogary Gabriela w północnej i Ogary Wisht w zachodniej Anglii. Tajemnicza dama Frau Bertha występuje zawsze w towarzystwie gromady nieochrzczonych dzieci, które zabiera ze sobą, gdy dołącza do dzikiego łowcy, by wraz nim i jego bandą przetaczać się po zimowym niebie. W North Devon miejscowa nazwa to Ogary Yeth (…) a według przekonania jakie tam panuje, duchy nieochrzczonych dzieci, nie mogąc dostać się do Raju, przyłączają się do Ogarów Yeth i polują na Złego, którego obwiniają za swoją niedolę. Pan Baring-Gould słyszał o tej nagonce pod nazwą Zastępy Yule na Islandii od swego przewodnika, Jona,.” Ibid

A kto wierzy w gusła, to wiadomo co

Przesądów na całym świecie dotyczących ptaków z rzędu lelkowych (Caprimulgiformes) nie brakuje. Pozostając w zgodzie z diabelską konwencją należy wspomnieć, że na indonezyjskiej wyspie Sulawesi, występuje gatunek lelka (Eurostopodus diabolicus). Ten całkiem niepozorny ptaszek za sprawą miejscowego folkloru zowie się lelkiem szatańskim. Tamtejsza ludność dawniej wierzyła, że ptak zjada oczy śpiącym osobom, zaś jego nocny krzyk miał tak naprawdę być wydawany przez jego nieszczęsne ofiary.[viii]

Członkowie plemienia Makushi z obszaru dzisiejszej Gujany lelkowe wołanie nocą interpretowali jako głosy zmarłych i traktowano ich jak złe duchy.[ix] Wśród rdzennego dla obszaru Ameryki Środkowej ludu Chorti panuje przesąd, że jeśli lelek krzykliwy (Caprimulgus vociferus) wyląduje przed kimś na drodze, to wróży to nieszczęście, zazwyczaj śmierć tej osoby lub kogoś z jej rodziny w przeciągu następnych czterech czy pięciu dni. Aby zabójczy los odwrócić, należy na siedzącego ptaka zarzucić kapelusz. Gdy jednak się to nie powiedzie i zwierzęciu uda się uniknąć schwytania, po czym przeleci ono napotkanej osobie drogę, potworny wyrok ziści się niechybnie.[x]

Pierwsze wiosenne wołanie lelka krzykliwego posłyszane dawniej przez amerykańską pannę, mogło spowodować u niej szybsze bicie serca. Jeśli bowiem po pierwszym dźwięku następowała cisza, znaczyło to, że kobieta nie wyjdzie za mąż przez następny rok. Dwukrotny okrzyk ptaka wróżył jej rychłe zamążpójście. Jeśli zaś ptak darł dzioba trzy lub więcej razy, dziewczynę czekało staropanieństwo. Przemyślna babeczka mogła uniknąć losu starej panny, o ile, słysząc pierwszy wiosenny trel ptaka, pomyślała sobie życzenie, które następnie musiała zachować w zupełnym sekrecie. Jeśli nie zdradziła go nikomu, życzenie zamążpójścia miało się ziścić.[xi]

Żeby nie było, że lelki stanowiły wyłącznie zły omen, wspomnę, że ich śpiew miał też właściwości terapeutyczne. Człowiek mógł pozbyć się bólu pleców, jeśli podczas krzyku ptaka wywinął koziołka. By natomiast odsunąć od siebie takie przypadłości w przyszłości, mógł zastosować działanie profilaktyczne. Jedyne co musiał w tym celu zrobić to nakurwiać salta do rytmu nawoływań lelka krzykliwego. ibid (Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.)

Biorąc pod uwagę ilość uprzedzeń i zabobonów związanych z tym gatunkiem nie ma się co dziwić, że samotnik z Providence, Howard Phillips Lovecraft, w swoim opowiadaniu pt. „Koszmar w Dunwich” uczynił z lelka motyw przewodni. Poniższy fragment pochodzi z przekładu autorstwa Ryszardy Grzybowskiej i idealnie wpisuje się w aurę grozy, jaką przez wieki, a zapewne jeszcze gdzieniegdzie do dziś, ptak ten jest owiany:

„Panuje przekonanie, że te ptaki oczekują na dusze umierających ludzi i że dopasowują rytm swoich pełnych grozy krzyków do ostatnich oddechów cierpiącego. Jeżeli pochwycą ulatującą duszę w momencie opuszczania ciała, natychmiast odlatują trzepocząc skrzydłami pośród demonicznego chichotu; a jeśli nie uda się im pochwycić, stopniowo zapadają w pełną rozczarowania ciszę.”

 

Więcej niż tysiąc słów

 

Jeśli za sprawą powyższego nagłówka pomyśleliście o otulonym płatkami kokosa kruchym migdałowym sercu w aksamitnym kremie to: po pierwsze primo — twórcom kampanii reklamowej pewnego kreowanego na wykwinty deser wyrobu cukierniczego należą się gratulacje; po drugie primo — warto chyba zastanowić się, czym macie wypełnioną głowę i ile z tego stanowi telewizyjny marketing; po trzecie primo — o ile poprzedni wniosek chociaż trochę Was zasmucił, to idealnym remedium na powyższe strapienie będzie zastąpienie walających się w Waszej (pod)świadomości haseł reklamowych bardziej wartościowymi treściami (możecie odetchnąć, gdyż jesteście we właściwym miejscu — ♥Gusełka♥ autopromocja); i wreszcie po czwarte primo ultimo — nie idźcie w tej chwili do kuchni po coś słodkiego, bo ten pociąg zatrzymuje się na stacji wymiotów i defekacji (rym zamierzony)… No, chyba że lubicie.

 

Przywracając narrację w niniejszym tekście na przynależne jego bohaterowi tory warto wspomnieć o występowaniu motywu lelka w malarstwie. Idealna do tego celu wydaje się  obfitująca w nieprzebraną liczbę interpretacji twórczość Hieronima Boscha. Studiowanie obrazów artysty przypomina trochę zabawę znaną najpierw z serii książek dla dzieci, a potem z serialu animowanego pt.: „Gdzie jest Wally?”. Tym którzy drapią się w tej chwili po głowie, pragnę powiedzieć, że może pora ją umyć i jednocześnie spieszę wyjaśnić, że celem zabawy było odnalezienie tytułowego Wally’ego na usianej mrowiem innych postaci, i niekiedy powodującej u patrzącego oczopląs, planszy. Podobnie jest z pracami Boscha, z tym że jego świat roi się od przerażających, czasem zabawnych, lecz niemal zawsze hipnotyzujących w swej niedocieczonej symbolice i artystycznym wyrazie postaci/kreatur.

 

Nie inaczej sprawa się ma ze słynnym na cały świat dziełem malarza znanym współcześnie pt.: „Ogród rozkoszy ziemskich”. Udziału w niekończącym się sporze na temat tego, czy przesłaniem tego malarsko kunsztownego tryptyku jest eschatologicznej natury przestroga przed nieumiarkowaniem w korzystaniu z tytułowych doczesnych przyjemności, czy heretycka fantasmagoria upodobania w porubstwie i zepsuciu[xii], brać nie zamierzam. To co mnie w tej sytuacji interesuje, to przedstawione przez Boscha ptaki, a jest ich na tym obrazie mnogość. Zadziwia dokładność odwzorowania poszczególnych ich gatunków. Albo malarz był wyśmienitym obserwatorem tych zwierząt (bez lornetki czy innych instrumentów optycznego wsparcia – te wynaleziono później), albo, co bardziej prawdopodobne, miał dostęp do ich bogatej wypchanej kolekcji. Tych którzy pragną podjąć się wyzwania samodzielnego odszukania na obrazie naszego osobliwego dziobatego Wally’ego zachęcam do skorzystania z wersji dzieła w wysokiej rozdzielczości. Potraficie zgadnąć, gdzie jest Lelly? Poniższe linki prowadzą do wysokiej jakości zdjęć wszystkich trzech wewnętrznych paneli tryptyku:

https://is.gd/panel_lewy

https://is.gd/panel_srodkowy

https://is.gd/panel_prawy

Mniej cierpliwych lub do zabawy nieskorych czytelników odsyłam do stosownego fragmentu obrazu kryjącego się za następującym linkiem: (UWAGA SPOILER!) https://is.gd/gdziejestlelly .

 

Poznawszy nieco lepiej otaczający lelka przesąd nietrudno domyślić się, że szukać należy go na prawym – ukazującym piekło – skrzydle obrazu. Nasz gagatek znajduje się nieco powyżej dolnego, prawego rogu trzeciej fotografii. Występuje tam jednak w dość nietypowej – choć dla samego malarza całkiem znamiennej – postaci. Oto na honorowym miejscu, na czymś co przypomina złoty tron z wbudowaną funkcją latryny, zasiada największy ze stworów zasiedlających tę część tryptyku. Czyżby władca tej krainy? Niektórzy tę dziwaczną niebieską postać z głową kozodoja interpretują właśnie jako samego szatana. Istnieje teoria, według której do stworzenia tej przedziwnej hybrydy zainspirowała Boscha holenderska nazwa ptaka czyli nachtzwaluw, którą bezpośrednio można także przetłumaczyć jako “nocny połykacz”[xiii]. Na obrazie widzimy, jak kreatura pożera duszę jakiegoś nieszczęśnika. Trudno przy tym nie zauważyć, że spomiędzy pośladków pechowca w sposób tyleż pośpieszny, co wystrzałowy (dobry kebab piecze dwa razy) ewakuuje się stado jaskółek. Ptak ten przez zwiastowanie swoim przylotem wiosny symbolizuje nadzieję, zaś w chrześcijaństwie stanowi przede wszystkim symbol wcielenia oraz zmartwychwstania Chrystusa[xiv]. Taką interpretację zresztą zdaje się sugerować analogiczny łańcuch tych ptaków wylatujących z, budzącej skojarzenia z grobem Jezusa, groty w lewym górnym rogu lewego skrzydła tryptyku. Czyżby połykany grzesznik miał ów naczelny dogmat wiary chrześcijańskiej w dupie?

Poniżej tronu – rozumianego zarówno dosłownie, jak i żartobliwie – podziwiać możemy rzadki akt defekacji (także rzadkiej). Wydalane niebożęta spadają do jakiegoś kloacznego dołu, w którym widać unoszące się pod powierzchnią brunatnej cieczy potępieńcze twarze wcześniejszych uczestników wątpliwej atrakcji. W tle widać też jak jakiś dżentelmen, którego najwyraźniej przycisnęło wali (w sumie to szanuję, bo przecież mógł gdzie popadnie #sprzatajcie_po_swoich_pupilach) do tego samego dołu milionem monet (a może to są te wszystkie grosiki, które pani z kasy była nam winna?). Istny miliard w r̶o̶z̶u̶m̶i̶e̶ … Być może artysta mówi nam, że mniej więcej tyle warty jest po drugiej stronie zgromadzony za życia majątek. Pod obutymi w zielone dzbanki (aha) stopami diabła widzimy Ewę (kto ma wątpliwości, czy to ona, niech porówna sobie jej wizerunek z kobiecą postacią z lewego – rajskiego skrzydła tryptyku), która skuszona przez szatana, generalnie zdaje się mieć cały ten koszmarny spektakl w dupie (ona też?), bo ogarnięta grzechem próżności podziwia swoje oblicze w zwierciadle zawieszonym na czyjejś wypiętej … (oj, Hieronim). Z pewnością nie interesuje jej, że za jej plecami do wspomnianego dołu właśnie wymiotuje Adam, który zwyczajnie rzyga już tym wszystkim.

 

Faktów kilka na temat ćwirka

 

Lelki nie są złodziejami mleka (nie kupują go nawet w kartonie). Kozodoje zostały niesłusznie pomówione! Jesteście wszyscy u pani oraz spotkamy się w sądzie! (ostatecznym) Jeśli już jakiś ptasi gatunek miałby zasługiwać na miano mlecznego złodzieja, to byłaby to sikorka, która na początku ubiegłego wieku nauczyła się spijać śmietankę gromadzącą się u wylotu butelek z mlekiem dostarczanych pod drzwi brytyjskich domów. Nie powstrzymały jej nawet wprowadzone po I wojnie światowej zamknięcia z folii aluminiowej. Złodziejski proceder ukróciło dopiero wprowadzenie na rynek odtłuszczonego mleka (wychodzi na to, że natura nie jest fit) i spadek popytu na jego dostawy pod drzwi[xv].

 

Wyjaśnijmy kwestię fundamentalną: lelki żywią się owadami. Jedzą ćmy i inne nocne insekty, które chwytają w locie w hurtowych ilościach. Zresztą same swym upierzeniem przypominają nocne motyle (#jestestymcojesz).  Mit jakoby ptaki te miały napadać kozy, wziął się najpewniej stąd, że w poszukiwaniu jak najobfitszego posiłku, lelki zbliżały się do miejsc wypasu bydła, wokół którego, jak wiadomo, owadów letnią porą nie brakuje. Mogło nawet dojść do przypadku, w którym jakiś osobnik ściągnął insekta bezpośrednio z kozy, a pasterz ledwie tę scenę dojrzawszy w zapadającej ciemności wieczoru, dopowiedział sobie resztę. Materiał na przesąd gotowy.

 

W zdobywaniu pożywienia kozodojom pomaga ich niezwykły otwór gębowy. Z pozoru mają mały dziób, lecz gdy go otworzą, ukaże się nam paszcza olbrzymia i głęboko rozcięta[xvi]. Niewykluczone, że ktoś w przeszłości uznał, iż jest na tyle wielka, że zdolna jest pochłonąć ludzką duszę (albo pomieścić kozi cycek). Byli nawet tacy pośród obserwatorów, którzy twierdzili, że osobniki z tego gatunku w obliczu zagrożenia są w stanie przenieść w bezpieczne miejsce jaja we własnym dziobie. Jednak na potwierdzenie tej tezy brak jest dostatecznych dowodów, a odnotowane w literaturze przypadki takich zachowań mają charakter anegdotycznych i opartych na powtarzaniu jakichś starych, niesprawdzonych historii przekazów. Udowodniono natomiast, że ptaszyna potrafi przenosić swoje jaja na krótkim dystansie tocząc je po ziemi przy użyciu dzioba lub nóg[xvii]. Wiadomo ponadto, że lelki są w stanie przemieszczać swoje pisklęta oddalając się od nich, by następnie je do siebie przyzwać. Młode do poruszania się zdolne są już w parę godzin od wyklucia i błyskawicznie reagują na wołania rodziców podbiegając do nich ibid. Na uwagę zasługują również występujące przy dziobie ptaka niezwykle charakterystyczne długie wibryssy, które w trakcie łowów przypuszczalnie mają chronić jego oczy lub, działając na zasadzie lejka, ułatwiać nakierowanie w locie ofiary do dzioba[xviii].

Lelka z pewnością łatwiej jest usłyszeć niż dostrzec, gdyż nie dość że uaktywnia się po zmroku, to jeszcze jest mistrzem kamuflażu. Dzięki swemu upierzeniu idealnie zlewa się z otoczeniem. Na ziemi, gdzie z reguły za dnia odpoczywa, wygląda łudząco podobnie do fragmentu pokrytej porostami, spróchniałej kory lub kupki zeschłych liści. Sami spróbujcie odszukać tego pierzastego kameleona na tym nagraniu: https://is.gd/odnajdzlelka .

Zoczywszy w swoim pobliżu intruza ptak zazwyczaj pozostaje bez ruchu i tylko w ostatniej chwili, gdy ten jest już bardzo blisko, zrywa się do lotu, by usiąść zaraz nieopodal. Potrafi wówczas zaprezentować niezwykły kunszt aktorski symulując zranienie. Samice mogą np. przez dłuższy czas nieruchomo leżeć na boku. Robią tak, by odciągnąć zagrożenie od gniazda. W niektórych przypadkach spektakl polega na energicznym drżeniu uniesionych skrzydeł i ogona przy jednoczesnym syczeniu wydobywającym się z szeroko otwartego dzioba, co być może ma za zadanie upodobnienie się ptaka do węża i odstraszenie nieproszonego gościa[xix].  

Inną cechą wyróżniającą lelka jest sposób w jaki siada na gałęzi, na której ustawia się wzdłuż, a nie tak jak inne ptaki w poprzek, skutkiem czego jeszcze bardziej upodabnia się do drzewa, na którym spoczywa. Co ciekawe ptaki te zdają się wykazywać świadomość swojego maskującego wyglądu, bo dostrzegłszy zagrożenie przymykają swoje duże, rzucające się w oczy oczy (:P). Żyjący w wieku XIX (i trochę XX) irlandzki pastor, pedagog oraz badacz i entuzjasta ptaków Charles William Benson w swoich zapiskach umieścił taki oto opis spotkania z tym gniazdującym na ziemi przedstawicielem tego fascynującego gatunku:

„(…) gdy Pan Norgate się do niego zbliżył, ptak trwał w bezruchu i ani drgnął, za wyjątkiem oczu, które był zamknął – lub niemalże zamknął – a w każdym razie to z oczu, które intruz mógł widzieć, jakby świadom, że oczy były częścią jego najwięcej zwracającą uwagę.[xx]” (tłum. własne)

Wydaje się to mieć sens o tyle, że lelki, jak przystało na prowadzące nocny tryb życia zwierzęta, posiadają na dnie oka poprawiającą skuteczność ich wzroku warstwę odbijającą światło, która przy nadaje ich spojrzeniu charakterystyczny i całkiem upiorny efekt żarzących się w ciemności ślepi.

 

Z reguły, o ile nie natkniemy się na śpiącego za dnia osobnika przypadkiem, jedynym świadectwem tego, że kozodój znajduje się w pobliżu, jest jego nadzwyczajna pieśń, którą rozpoczyna po zapadnięciu zmroku. Wrażenie jakie wywołuje ona u słuchacza, rodzi szczególnego rodzaju doznanie, niemal odczute bardziej, niż zmysłowo odebrane – jak gdyby powietrze wokół wibrowało i przeszywało słuchającą osobę na wskroś. Ludzie czasami wskazują również na trudność w określeniu źródła tego dźwięku. W tej mierze można powiedzieć, że słyszalność stworzonka dorównuje jego niewidzialności.  Znane są relacje, w których słuchasz donosił o wrażeniu dużej bliskości ptaka, który ten osobliwy dźwięk produkował, podczas gdy faktycznie zwierzę znajdowało się w powietrzu na wysokości tak dużej, że z trudem można je było dostrzec[xxi].  Cytowany już wcześniej Gilbert White, w liście do swojego przyjaciela, tak pisał o tym przejmującym lelkowym brzmieniu:

„Wydaje się mi ponad wszelką wątpliwość, że śpiew jego powstaje wskutek organicznego impulsu przez jego tchawicę przepływającego, tak jak u kotów mruczenie. Dasz mi wiarę, mam nadzieję, gdy zapewnię Cię, że w czasie gdy moi sąsiedzi zgromadzeni byli w pustelni na zboczu stromego wzgórza, gdzie raczyliśmy się herbatą, jeden z tych ptaków przyleciał i usiadłszy na tej słomianej chatce swój trajkot rozpoczął, pieśń swą przez wiele minut kontynuując; a my wszyscy zdumieniem ogarnięci przekonać mogliśmy się, jak narządy tego małego zwierzątka, gdy wzbudzone, w wyraźne drżenie cały budynek wprawiały!”[xxii] (tłum. własne)

 

Śpiew kozodoja bywał porównywany do wielu, dalekich od ptasiego trelu, odgłosów takich jak np.: dźwięk wydobywającego się na powierzchnię wody sprężonego gazu, odgłos pracy obłąkanego dzięcioła lub kołowrotka, żabi rechot, terkot maszyny czy śmiech welociraptora (boki zrywać). Przekonajcie się zresztą na własne uszy: https://is.gd/lelkowapiesn . Samce ponadto potrafią poprzez trzepotanie skrzydeł nad grzbietem wydawać dźwięk podobny do odgłosu trzaskającego bicza. W domyśle robią tak chcąc zainteresować sobą potencjalną partnerkę, ale znane są także relacje, z których wynika, że to samo zachowanie lelki stosowały wobec wkraczających na ich tereny lęgowe ludzi.

 

Daj, ać ja pobruszę, a ty skocz do piwnicy po piwo

 

No dobrze. Wiemy już, dlaczego kozodój, ale skąd się wziął pierwszy człon nazwy ptaka? Jako źródłosłów nazwy lelek Aleksander Brückner podaje frazę lelum polelum. Według legendarnego polskiego slawisty miała ona w XVI w. w formie „leli poleli” stanowić rodzaj toastu czy pijackiego okrzyku używanego w stosunku do osób, co na nogach jeszcze (jak niemowlęta), albo już (jak opilcy) stać nie mogli, chwiali się i kołysali, bo lelejać znaczy ‘chwiać’. Przytacza również przykład kazań śląskiego księdza Gdacjusza z 1640 r.,w których zastosowanie ma czasownik „lelkować, a kufle wstrząsać”. W wieku XVII zdaniem uczonego lelum polelum miało znaczyć tyle, co „powoli” i „opieszale”[xxiii]. Nie jest całkowicie wykluczone, że lekki lot lelka z jego gwałtownymi zwrotami w pogoni za owadzią ofiarą mógł być uznany za chwiejny, co stało się przyczynkiem do nadania mu tej nazwy, choć są to jedynie przypuszczenia.

 

Brückner jednocześnie w tym samym miejscu dyskredytuje teorię o istnieniu w wierzeniach Słowian kultu bóstw Lela i Polela – mitycznych bliźniaków, synów bogini Łady, identyfikowanych przez Macieja z Miechowa w jego pochodzącej z 1519 r. Chronica Polonorum z bóstwami z panteonu greckiego, a mianowicie z bliźniakami Kastorem (Lel) i Polukusem (Polel). Tezę tę jednak zdają się uprawdopodabniać ślady tego mitu w występujące w folklorze np. litewskim czy łotewskim.

Ponadto w 1969 r. na meklemburskiej wyspie Fischerinsel, gdzie przed wiekami znajdować się miał ośrodek kultu słowiańskich Wieletów, odkopano pochodzący z XI w. drewniany posąg dwóch mężczyzn zrośniętych ze sobą niczym syjamskie bliźnięta, co wskazywałoby na faktyczne występowanie kultu dwóch nierozłącznych braci na tamtym obszarze[xxiv], a nie, jak twierdził Brückner, było jedynie pijacką przyśpiewką bez głębszego znaczenia. Kwestia pochodzenia imion mitycznych braci bliźniaków do dziś nie została ostatecznie przesądzona, jednak pewien potencjalny trop w tym kontekście stanowi funkcjonujące w rosyjskim języku słowo – uwaga – lelek, które oznacza dzielnego, zdrowego, energicznego i sprytnego młodzieńca.[xxv]

 

W całej tej, niczym nocny lot kozodoja, mętnej i meandrów pełnej etymologicznej dedukcji wartym wspomnienia jest fakt, że słowo lélek w języku węgierskim oznacza duszę, co właściwie każe zadać pytanie: jaką rolę ptaki te odgrywały w wierzeniach naszych przodków? Lelkowate z racji swoich migracyjnych obyczajów zawrotną karierę zrobiły w folklorze wielu kultur na świecie. Na niwie wierzeń słowiańskich lelek również nie zawiódł zyskując status „ptaka dusz”, gdyż duszę wśród naszych przodków wyobrażano często pod postacią ptaka. Po śmierci dusze przypuszczalnie właśnie jako ptaki ulatywać miały do ojczystej krainy wszystkich ptaków zwanej Wyrajem – mitycznego miejsca, dokąd zwierzęta te odlatują na zimę, a dusze wędrują po śmierci. Wyraj przedstawiano jako ogród umiejscowiony na koronie Drzewa Kosmicznego, do którego wstępu broni potężna nieprzekraczalna dla żywych brama. Oprócz Wyraju niebiańskiego – ptasiego, istniał jeszcze Wyraj wężowy czyli podziemna kraina zmarłych zwana także Nawią.

 

Po jakimś czasie dusze mogły powrócić na ziemię wkraczając w kobiece łona – rodzaj słowiańskiej reinkarnacji. Wędrówkę tę umożliwiały im powracające z Wyraju wiosenną porą ptaki, takie jak lelki czy bociany (stąd w naszej tradycji przesąd o bocianie przynoszącym dzieci[xxvi]), zaś zimą tę rolę przejmowały kukułki, jaskółki, skowronki, a zwłaszcza ptaki z rodziny krukowatych.  

 

Inną nazwą dla krainy zmarłych była Lala. Andrzej Szyjewski dodaje, że stosowano ją tak w odniesieniu do krainy zmarłych, jak i do zamieszkujących ją istot, nierzadko odznaczających się demonicznym charakterem. Ich wyobrażenia w postaci rzeźbionych figurek zwano lalkami albo lelkami. Według Włodzimierza Szafrańskiego umieszczane w przydrożnych kapliczkach figurki Chrystusa Frasobliwego stanowią pozostałość tej formy kultu.[xxvii]

 

Przyznam, że gdy w latach młodzieńczych z wypiekami na twarzy Sagę o wiedźminie chłonęłam, natrafiając za każdym niemal razem na przewijający się w powieści wątek lelka, zastanawiało mnie, dlaczego akurat ten gatunek autor wybrał na złowróżbny symbol nadchodzącej katastrofy. W mojej głowie rodziły się pytania: to już nie było do tej roli lepszych, bardziej godnych tajemniczej aury ptasich kandydatów? I co to w ogóle jest ten lelek kozodój? Mam nadzieję, że po lekturze niniejszego tekstu, łatwiej będzie Wam zrozumieć, że wybór Sapkowskiego wcale nie był przypadkowy. Poniższy cytat pochodzi z tomu „Wieża jaskółki”, w którym ptaszek stanowi powracający motyw:

 „Wieja nie cichła przez dobrą godzinę, a w nagłej ciszy, jaka po niej nastąpiła, noc ożyła trylem i furkotem skrzydeł setek lelków kozodojów, owych tajemniczych ptaków, które według ludowych wierzeń grupują się, by nad kimś, kto dogorywa, odśpiewać demoniczną konajączkę. Tym razem chór lelków był tak wielki i głośny, jak gdyby skonać miał cały świat.”

 

Nie wiem, czy to już faktycznie ten czas i słowa naszego obecnie chyba najpopularniejszego na świecie pisarza należałoby uznać za profetyczne, bo na dobrą sprawę każdego, kto dziś wieszczy koniec świata, można wziąć za proroka. Taka już chyba nasza efemeryczna natura, że nie potrafimy nie wypatrywać kresu, a ten przecież niechybnie nadejść musi. Niewątpliwie rację miał Miłosz, gdy zaintonował, że innego końca świata nie będzie. Tę piosenkę każdemu z nas przyjdzie zanucić solo. Obserwując jednak nasilające się od jakiegoś czasu zmiany klimatu, czasem trudno pozbyć się wrażenia, że mimo wszystko coś jest na rzeczy, a świat, jaki do niedawna znaliśmy, dogorywa. Tym którzy w swej zarozumiałości, ignorancji czy obronie interesów nadal chce się owe zmiany i ludzki w nich udział kwestionować, pozostaje mi jedynie, w duchu bodaj chrześcijańskiego miłosierdzia, życzyć, by ich osobisty koniec nadszedł szybciej niż moment, w którym zrozumieją, jak bardzo się mylili. Jasne, że przetrwamy i do zachodzących zmian się zaadaptujemy (przynajmniej ci, którzy będą mieli na to wystarczające środki). W końcu gatunek ludzki dlatego zdominował planetę, że był w stanie do każdych niemal warunków się przystosować. Warto tylko pamiętać, że nie wszyscy będą w stanie zaciągnięty przez nas rachunek spłacić.

Lelek zwyczajny w Europie został uznany za gatunek zagrożony z racji zmniejszania się liczebności jego populacji i jako taki objęty jest w Polsce ścisłą ochroną.[xxviii] Degradacja obszarów lęgowych ptaka, a także obniżenie liczebności dużych owadów, stanowiących źródło jego pożywienia, na skutek stosowania chemicznych środków ochrony roślin, może spowodować, że usłyszeć jego złowieszczy trel z czasem będzie można jedynie na nagraniu, a dla przyszłych pokoleń czytających wiedźmińskie przygody znaczyć będzie tyle samo co mityczna strzyga. Nie wiem jak Wy, ale ja mojego końca świata wolę czekać przy organicznym akompaniamencie lelkowej zapowiedzi jego nadejścia.

 

* Ona sama nie mówi: nie. Tylko żeby chociaż kwiatka dał, na kawę wpierw zaprosił, za kopytko pochodził. Już nawet niechby bez pierścionka… Wystarczy, że obieca, że wręczy, jak w końcu stanie na nogi i wyprowadzi się od matki. Przecież ona nie jest taka. Nie leci na kasę. Zrozumiałaby. To nie! Od razu za cycki szarpie i zadowolony! I żeby przynajmniej po wszystkim przytulił i powiedział, że jest dla niego najważniejsza. A nie – ani be, ani me i leci. Pewnie do tej zdziry Konfaceli. Leć, leć do niej, ty ch*u złamany!

[i] J. Jobling, Helm dictionary of scientific bird names, Christopher Helm, London, 2010

[ii] 1911 Encyclopædia Britannica, https://en.wikisource.org/wiki/1911_Encyclop%C3%A6dia_Britannica/Goatsucker, 15.02.2020

[iii] B. Russell, The Impact of Science on Society, Simon & Schuster Inc, 1968, s. 7.

[iv] J. G. Wood, Story of the Bible Animals, Outlook Verlag GmbH, Germany 2018, s. 419-420

[v] G. White,  The Natural History and Antiquities of Selborne in the County of Southampton, Chiswick Press, London 1837, s. 450-451

[vi] P. Tate, Flights of Fancy, Birds in Myth, Legend and Supersition, Random House, London, 2007

[vii] A. O’Connor, The Blessed and the Damned: Sinful Women and Unbaptised Children in Irish Folklore, Peter Lang, Bern, 2005, s.87-89

[viii] Dawn Chorus: Weird and Wonderful Nightjares,  https://www.dailykos.com/stories/2019/8/18/1878567/-Dawn-Chorus-Weird-and-Wonderful-Nightjars, 19.02.2020

[ix] L. D Arnett, The Soul: A Study of Past and Present Beliefs The American Journal of Psychology, Vol. 15, No. 2 (Apr., 1904), s. 145

[x] K. Hull i R. Fergus, Birds as Seers: an Ethno-Ornithological Approach to Omens and Prognostication Among the Ch’Orti’ Maya of Guatemala Journal of Ethnobiology, 37(4), s. 614

[xi] A. Stefferud, Birds in Our Lives, The United States Department of the Interior, 1966, s. 53-54

[xii] J. Jones, Bosch’s Garden of Earthly Delights shows a world waking up to the future,  https://www.theguardian.com/artanddesign/jonathanjonesblog/2017/jan/10/bosch-garden-of-earthly-delights-shows-a-world-waking-up-to-the-future, 16.02.2020

[xiii] T. González, El mochuelo y la zumaya en El Bosco, s. 8

[xiv] G. Ferguson, Signs & Symbols in Christian Art, Oxford University Press, New York, s. 25-26

[xv] Blue Tits And Milk Bottle Tops, https://www.birdspot.co.uk/articles/blue-tits-and-milk-bottle-tops, 16.02.2020

[xvi] W. Siwek, Ptaki polski, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1992, s. 182

[xvii] H. D. Jackson (2007): A review of the evidence for the translocation of eggs and young by nightjars(Caprimulgidae), Ostrich: Journal of African Ornithology, 78:3, 561-572

[xviii] D. T Holyoak, Nightjars and Their Allies: The Caprimulgiformes, Oxford University Press, Oxford, s. 6

[xix] N. Cleere, Nightjars: A Guide to the Nightjars, Nighthawks, and Their Relatives, Yale University Press, Hong Kong, 1998

[xx] C. W. Benson, Our Irish Song Birds, C. W. Gibbs & Son, Printers, Dublin, s. 175

[xxi] Society for the Diffusion of Useful Knowledge (Great Britain). Penny Cyclopaedia of the Society for the Diffusion of Useful Knowledge, vol. XVI London: C. Knight, 183343, s. 228

[xxii] Society for the Diffusion of Useful Knowledge (Great Britain). Penny Cyclopaedia of the Society for the Diffusion of Useful Knowledge, vol. XVI London: C. Knight, 183343, s. 226

[xxiii] A. Brückner: Słownik etymologiczny języka polskiego. Wiedza Powszechna, 1970, s. 274.

[xxiv] K. Gołdowski, Lel i Polel – słowiańscy bliźniacy, https://www.slawoslaw.pl/lel-i-polel-slowianscy-blizniacy/, 19.02.2020

[xxv] A. Kempiński, Encyklopedia mitologii ludów indoeuropejskich, ISKRY, Warszawa 2001, s. 255

[xxvi] A.Szyjewski: Religia Słowian, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003, s. 200

[xxvii] W. Szafrański, Prahistoria religii na ziemiach polskich, Ossolineum, s. 356-357

[xxviii] M. Gromadzki (red.), Poradniki ochrony siedlisk i gatunków Natura 2000 – podręcznik metodyczny. T. 8: Ptaki (część II). Warszawa: Ministerstwo Środowiska, 2004, s. 242–244

CategoriesBez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *