B

Bez napitku, chędożenia i zabawy przez 40 dni. Zapusty i ostatnia szansa na…

40 dni bez seksu, picia i mięska…

Okres karnawału (z łac. carne – mięso i avaler – połykać lub levare – znosić, usuwać; ewent. wg. etymologii ludowej vale – żegnaj) poprzedzający Wielki Post nazywano u nas swojsko zapustami. Początek jego wyznaczało święto Trzech Króli (niektórzy ten czas rozciągają od Nowego Roku lub Świąt Bożego Narodzenia). Do współczesności przede wszystkim uchowała się tradycja tłustego czwartku, jednak dawniej najhuczniej świętowano w „ostatki” zwane także mięsopustem, tj. trzy ostatnie dni zapustne (mięsopustną niedzielę, poniedziałek i wtorek do północy) poprzedzające bezpośrednio Środę Popielcową.

Początków karnawałowej tradycji upatrywać należy w obchodzonych w starożytności Bachanaliach i Saturnaliach (o tych ostatnich nieco obszerniej pisałam tutaj: (http://babskiegusla.pl/2018/12/18/wszystko-o-choince-poganska-jak-cala-reszta-tak-naprawde-to-chodzilo-o-seks/) – zimowych i wczesnowiosennych obchodach organizowanych na cześć bogów urodzaju, pomyślności, dobrobytu, życia i słońca. Karnawał zatem historycznie stanowi najprawdopodobniej konsekwencję obrządku chrześcijańskich Rzymian, którzy nie byli w stanie porzucić swoich pogańskich świąt[i]. Niewykluczone jednak, że tradycje karnawałowe w poszczególnych europejskich krajach zawierają też elementy zwyczajów praktykowanych lokalnie w czasach przedchrześcijańskich.

Znane na ziemiach polskich od wieków zapusty były porą wyjątkowej wesołości, najróżniejszych zabaw, wygłupów, psot, maskarad, obżarstwa i pijaństwa oraz zniesienia obowiązujących przez resztę roku konwenansów i norm społecznych. Następująca w ostatnich dniach przed Popielcem (zwanych m.in. dniami kusymi, szalonymi lub diabelskimi czy po prostu ostatkami) kulminacja zapustnego okresu nosiła niekiedy znamiona zbiorowego szaleństwa, o czym, powróciwszy do Stambułu, donosił jeden z ambasadorów sułtana tureckiego Solimana II Wspaniałego (1520 – 1566) mówiąc, że „w pewnej porze roku chrześcijanie dostają warjacyi i że dopiero jakiś proch sypany im potem w kościołach na głowy leczy takową.

Wolno WSZYSTKO

Świętowano nader hałaśliwie i hulaszczo, gdyż lada dzień rozpocząć się miał czterdziestodniowy post. Należało zatem, folgując sobie w opór, zażyć ziemskich uciech na zapas. Karnawałowe swawole były dla przedstawicieli duchowieństwa, którzy zapusty „rozpustami” czasem zwali, okazją do złorzeczeń w kazaniach. Ksiądz Jakub Wujek (1541-1587), który do historii przeszedł jako tłumacz Biblii na renesansową polszczyznę, mięsopustnych hulaków ganił słowami: „Post odrzucają, ale mięsopusty od czarta wymyślone bardzo pilnie zachowują.” Kalwiński kaznodzieja Grzegorz z Żarnowca (1528-1601) dodaje: „Większy zysk czynimy diabłu, trzy dni rozpustnie mięsopustując, niźli Bogu czterdzieści dni nieochotnie poszcząc”. Płomienny XVII-wieczny pastor ewangelicki Adam Gdacjusz pomstuje, że powszechnym zwyczajem jest „w te szalone dni mięsopustne lekkomyślne słowa z ust wyrzucać, one nieprzystojne piosenki frantowskie przy dobrej myśli śpiewać, a gdy sobie nosa podlejecie, klnąć, łajać, sakramentać.”

Zapusty były również czasem przebieranek i balów maskowych zwanych też maszkarami (z wł. mascara maska, od mascherone ‘morda, pysk’) i maskaradami. Maski mogły przybierać kształty groteskowe i straszne, stąd zapewne współczesne znaczenie maszkary, jako osoby budzącej wstręt. Do tego zwyczaju drwiąco odnosi się Mikołaj Rej pisząc:  „W niedzielę mięsopustną kto zasię nie oszaleje, (…) twarzy nie odmieni, maszkar, ubiorów, ku diabłu podobnych, sobie nie wymyśli, już jakoby nie uczynił krześcijańskiej powinności dosyć”. Klerowi z pewnością nie mógł też przypaść do gustu praktykowany po domach w ostatni wtorek zwyczaj przebierania się za księdza. Polegał on na tym, że ktoś z towarzystwa wygłaszał do współbiesiadników kazania o charakterze prześmiewczym. Tak obraz tej zabawy uwiecznił historyk, pamiętnikarz (nawiasem pisząc ksiądz) Jędrzej Kitowicz: „jeden z między kompanii ubrał się za księdza, włożywszy na suknie zamiast komży koszulę, a zamiast stuły pas na szyi zawiesiwszy, stanął w kącie pokoju na stołku, kobiercem do ściany przybitym w pół pasa zasłoniony, wydając się jak w ambonie; miał kazanie z jakiej śmiesznej materii; i to było już po skończonych tańcach na kształt pożegnania zapustnego.”

Warto nadmienić, że aby zapobiec nadmiernemu rozochoceniu wiernych, instytucja kościelna ustanowiła w porze zapustnej specjalne czterdziestogodzinne nabożeństwo pokutne stanowiące przebłaganie za popełnione w karnawale grzeszne ekscesy. Po kazaniu następowała suta wieczerza mięsna, a gdy wybiła północ podawano śledzie, jaja i mleko. Posiłek ten nazywany podkurkiem wyznaczał niejako przejście na postną dietę.

Ale ze mną się nie napijesz?

Obżarstwo było nieodzownym elementem świętowania szczególnie wśród szlachty. Sute biesiady na okoliczność godów (czyli Świąt Bożego Narodzenia) swoją ustępowały chyba tylko ucztom mięsopustnym wydawanym w przewidywaniu mającego nastać postu. Jak sama nazwa sugeruje, stoły uginały się od potraw mięsnych. Ostatni czwartek zapustny właśnie od tłustych uczt nazywano tłustym. Jadano również pączki, lecz te w środku zamiast konfitury miały słoninę, boczek lub mięso. W wersji słodkiej na nasze stoły trafiły dopiero w drugiej połowie XVI w. Nadal jednak początkowo nie przypominały tych znanych współcześnie, bo przyrządzane były bez drożdży, które zaczęto stosować dopiero w wieku XVIII. W stanowiącej dzisiaj skarbnicę wiedzy na temat staropolskiej kuchni i obyczajów księdze zatytułowanej „Opis obyczajów za panowania Augusta III” wspomniany już ksiądz Kitowicz nie omieszkał również wspomnieć o pączkach. Duchowny odnotowuje transformację jaką ten przysmak przeszedł na przestrzeni czasu. Początkowo był twardy na tyle, że, jak przekonywał duszpasterz: „Staroświeckim pączkiem trafiwszy w oko, mógłby go był podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, tak lekki, że ścisnąwszy go w ręku, znowu się rozciąga i pęcznieje jak gąbka do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska.”

Brückner wspomina, że protestanci, wyszydzając katolickie nieumiarkowanie, opowiadali, że w Kościele Rzymskim celebruje się w tym czasie dni św. Żarłoka, św. Połoka (Łykusa) oraz św. Stękawy (nawiązując do kaca i popielcowego bólu głowy).[ii]

Są powody do kompleksów, inni umieli w zabawy

Jak się okazuje, współczesne zabawy karnawałowe nie mają raczej startu do hulanek naszych przodków. Tłusta uczta rzecz jasna nie mogła obyć się bez napitku. Obyczaj – rzecz święta. W domach gdzie jeszcze gospodarz był dyskretny, szło się jakoś uchylić od obowiązku spełniania kielichów. Lecz jeśli w gości zawitało się do zagorzałego amatora procentowo-płynnej celebracji, który nie tylko sam lubił wypić, ale i innych poić, los przybysza o słabej głowie był przypieczętowany. Poza formą usilnej perswazji werbalnej serdeczny gospodarz uciekał się do przemyślnych sposobów pokątnego upojenia opornych gości. Niezawodny ks. Kitowicz nie omieszkał z przynależną sobie swadą opisać tych osobliwych forteli.

„U niektórych panów lokaje, hajducy, węgrzynkowie, chłopcy mieli rozkaz raz na zawsze podczas uczty pilnować, kto nie wypił, aby mu dolano; na ten koniec służebni domowi jedni się porozsadzali z flaszami dokoła stołu, drudzy z tymiż pod stół powłazili. Jeżeli nie wypijający kielicha swego, broniąc się od dolewki sąsiada, wyniósł go w górę albo za siebie uchylił, pachołek na to czatujący sprawnie mu go dolał; jeżeli skrył go pod stół, toż samo zrobił mu siedzący pod stołem służka. I tak ów niedołężny pijak, który nie mógł duszkiem wygarnąć kielicha, kręcił się jak wąż tam i sam, w górę i na dół z kielichem, a wszędzie mu go dolewano, aż póki do dna trunku przybywającego nie wymęczył albo póki nie postrzeżono, że się ma do odwrotu tego, co wypił, albo póki się ta komedia, najbardziej biesiadujących bawiąca, do innego nie przeniosła, kiedy się kielichy dwa i trzy rączego za sobą goniły.”

Kto sieje wiatr, ten sprząta podłogę… W obliczu tak bezkompromisowej gościnności kwestią czasu jedynie był czynny bunt trzewi któregoś z biesiadników. Ks. Kitowicz i tym w tym przypadku nie szczędzi nam plastycznego opisu.

„Trafiało się i to, że komu trunku aż po dziurki (jak mówią) pełnemu nagle gardło puściło i postrzelił jak z sikawki naprzeciw siebie znajdującą się osobę, czasem damę po twarzy i gorsie oblał tym pachnącym spirytusem, co bynajmniej nie psuło dobrej kompanii. Niezdrowy z resztką ekshalacji uciekł co prędzej za drzwi albo gdzie w kąt, dama także, ustąpiwszy na bok, jako tako się naprędce ochędożyła, a resztę w śmiech obrócono i wszystko znowu do pierwszego ładu powróciło.”

Wygląda na to, że drzewiej obowiązywały nieco inne zasady savoir-vivre’u. Ktoś cię obrzygał? Nic nie szkodzi! Śmiech to zdrowie, prawda? Niezupełnie, bo jak przekonywał nasz kronikarz-gawędziarz – ten z gości, który w równie efektowny sposób skapitulował przed „wylewną” szczodrością gospodarza, tracił mir wśród towarzystwa i zmuszony był bawić się osobno. Presja towarzyska musiała być znaczna, bo zdarzali się też tacy biesiadnicy, którzy czując w sobie zbytek trunku, wychodzili za dom, gdzie sprawiali sobie dobrowolnie wymiot, po czym wracali do ziomeczków, by pić od nowa.

Z kopyta kulig rwie

Tańce, hulanki, ucztowanie to elementy, które były wspólne dla karnawałów w całej Europie. Chcąc zaś wskazać zwyczaj, w którym uzewnętrzniał się oryginalny duch staropolskich obchodów karnawałowych, bez wątpienia należy pomyśleć o kuligu. Surowy klimat naszej szerokości geograficznej nie sprzyjał gromadnym zabawom pod gołym niebem, co nie znaczy, że świętowano jedynie po domach i karczmach. W swej formie kulig niejako zastępował paradę karnawałową, na którą w przeciwieństwie do takiej Wenecji, w Polsce było po prostu za zimno oraz zbyt śnieżnie. Kulig stanowił swego rodzaju hulaszczą zabawę przenoszącą się od dworu do dworu w sposób zgoła lawinowy. Jak przekonuje Zygmunt Gloger, była to rozrywka typowa dla szlachty niższej fortuny. Cytowany już Jędrzej Kętowicz przebieg kuligu kreśli w sposób następujący:

„Dwóch albo trzech sąsiadów zmówili się z sobą, zabrali z sobą żony, córki, synów, czeladź służącą i co tylko mieli w domu dorosłego, nie zostawując w nim, tylko małe dzieci pod dozorem jakich dwojga osób, mężczyzny i niewiasty. Sami zaś wpakowawszy się na sanki albo gdy sanny nie było, na kolaski, karety, wózki, na konie wierszchowe, jak kto mógł, jachali do sąsiada pobliższego ani proszeni od niego, ani przestrzegłszy go, żeby się im nie skrył albo nie ujechał z domu. Tam go zaskoczywszy, rozkazywali sobie dawać jeść, pić, koniom i ludziom, bez wszelkiej ceremonii, właśnie jak żołnierze na egzekucji, póty u niego deboszując, póki do szczętu nie wypróżnili mu piwnicy, szpiżarni i szpichlerza; gdy już wyżarli i wypili wszystko, co było, brali owego nieboraka z sobą, z całą jego familią i ciągnęli do innego sąsiada, któremu podobneż pustki zrobiwszy, ciągnęli dalej, aż póki w kolej do tych, którzy zaczęli kulig, nie doszli. (…) Poczynały się też kuligi zwyczajnie w przedostatni tydzień zapustny i trwały do Wstępnej Środy (tak zwano dawniej Środę Popielcową). Że takowe kuligi najwięcej bawiły się pijatyką i obżarstwem, przeto mniej dbając o tańce, przestawali na jakim takim skrzypku, czasem z karczmy porwanym albo między służącą czeladzią wynalezionym; chyba że gospodarz miał swoją domową kapelę albo też rozochocony posłał po nią gdzie do miasta.

Wiadoma sprawa, że wśród rozochoconej i odpowiednio podlanej szlachty mogło dochodzić do incydentów wliczając w to przypadki rozlewu krwi. W opisie ks. Kętowicza dalej przeczytać możemy, że: „Najsławniejsze co do pijatyki i brawury te kuligi były w województwie rawskim, gdzie się nieraz krwią oblewały, a jeżeli się kto obcy przez niewiadomość wmięszał do tego kuligu, a nie podobał się mu albo nie mógł wystarczyć zdrowiem pijaństwu, zbili jak leśne jabłko, suknie w płatki na nim podrapali i wypędzili, jakoby dla słabego zdrowia niegodnego tak dzielnej kompanii.”

Matrymonialny terror

Karnawał był okresem zawierania małżeństw i narzeczeństw. Współcześnie to lato stanowi najpopularniejszy sezon ślubno-weselny, jednak dawniej zwłaszcza na wsi ten czas zarezerwowany był dla intensywnych prac polowych. Preferowanym sezonem na złożenie małżeńskiej przysięgi były właśnie zapusty. Wierzono, że małżeństwo zawarte w tym okresie będzie szczęśliwe. Wesele samo w sobie jest koronnym przykładem obrzędu przejścia, w którego trakcie wyraźnie kończy się jeden okres, by dać początek zupełnie nowemu etapowi w życiu. Nie inaczej sprawa się miała z wyjątkowym i silnie zrytualizowanym okresem karnawału. Zapusty w swej różnorakiej formie składały się z całej serii obrzędów przejścia na wielu płaszczyznach. Znajdujemy w nich symbolikę przejścia od zimy do wiosny, od hulaszczego, grzesznego profanum do postnej i ascetycznej powagi sacrum, przejścia od codzienności do niezwykłości, gdy świat staje na głowie, a także między poszczególnymi grupami wiekowymi, rolami i statusami społecznymi. Nim człowiek wkroczy w nową fazę życia musi przekroczyć próg. Wreszcie – z wiadomych względów unikano planowania ślubów w okresie postu, gdyż wiadomo, że w tym czasie „zabaw hucznych się nie urządza”. Jak pisze Brückner w swojej „Encyklopedii staropolskiej”: „Z mięsopustem ustawał czas kanoniczny zawierania małżeństw, więc co się nie pobrało, pokutowało za to we Wstępną Środę, tj. w Popielec.”

Nie mogło być gorzej…

Panna pozostająca na wydaniu u schyłku karnawału miała się z pyszna. Nawet jeśli sama nie przejmowała się swoim panieństwem, otoczenie z pewnością w tym okresie, w miarę zbliżania się granicznej daty Popielca, skutecznie i w sposób niekoniecznie miły jej o tym przypominało. Te które zamążpójściu nie chciały się podporządkować czekały kary. Żeby nie było – niefrasobliwi kawalerowie także bywali piętnowani. Jak pisze Gloger: „Młodzież męska i żeńska wzajemnie wytyka sobie swój stan bezżenny i niezamężny.” Pół biedy, gdyby na samym wyszydzaniu miało się skończyć. Stygmatyzacja singli przybierała jednak także formy bardziej doraźne.

Np. w ostatni dzień karnawału tj. wtorek zapustny panny brały udział w tzw. podkoziołku. Kawalerowie obchodzili wieś i odwiedzali domy, w których mieszkały niezamężne dziewczęta, by zaprosić je na wieczorną imprezę w karczmie. Tam figurka koziołka stawiana była na beczce, a panny miały mu płacić pieniężne ofiary za tańce. W Środę Popielcową zaś w widowiskowy sposób panny wprzęgano łańcuchami do ciężkiej kłody, którą musiały następnie ciągnąć w drodze do karczmy, gdzie, aby się uwolnić, musiały się wykupić. W gospodzie także przez ów kloc panny skakały, bowiem wysokość ich skoków wiązano z wysokością upraw lnu w danym roku (chłopcy to samo czynili dla owsa. Brückner dodaje, że „ciągnienie kłody bywało skromne i nie straszyły się nim zbyt dziewczęta; czasem jednak, szczególnie przy starszej ofierze, przybierało formy gwałtu: przebrani przywiązywali ofierze ciężkiego kloca i zacinali ją batem. Do czasów współczesnych zachowała się w księgach grodzkich miasta Biecza skarga przekupki z 1642 r. która w Środę Popielcową zasiadłszy przy kramie pod kościołem padła ofiarą zapustnej tradycji:

„…oto ci wśród strasznego krzyku i wrzasku całymi zastępami do protestującej przypadli. Jedni z nich udający niedźwiedzi, drudzy przebrani za Niemców, inni za kobiety i dziewczęta, a reszta, w liczbie około dwudziestu, z pomalowanymi twarzami, z rogami u głowy, odziana w skóry koźle tak, że im tylko świeciły zęby i oczy na kształt diabłów, ogromny pniak dębowy, długości sześciu, grubości czterech łokci, obwiedziony żelaznymi łańcuchami, a na ten cel umyślnie przygotowany, przywlókłszy, protestującą…ubrawszy naprzód w powrósła słomiane, nie uproszeni jej uprzejmymi prośbami, siłą i przemocą ją porwali, przywiązawszy łańcuchem do pnia, i włóczyli do ratusza z najwyższą obrazą i straszną boleścią, tak że omdlała na siłach, biegnącą zaś bez żadnego względu popychając, do dźwigania ciężaru twardymi biczami zmusili.”

Figle robione osobom stanu wolnego miały na celu ich publiczne ośmieszenie. W Obyczajach Kitowicza przeczytać możemy opis następującego dowcipu:

„Przy kościołach w wstępną środę po miastach — pisze Kitowicz — chłopcy, studencikowie, czatowali na wchodzącą do kościoła białą płeć, której przypinali na plecach kurze nogi, skorupy od jajec, indycze szyje, rury wołowe i inne tym podobne materklasy (rupiecie); tak zaś to sprawnie robili, że tego osoba dostająca nie czuła, bo to plugastwo było uwiązane na sznurku lub nici, do końca której była przyprawiona szpilka, zakrzywiona jak wędka, więc chłopiec, do takich tryków wyćwiczony, byle się dotknął ową szpilką sukni, wraz i figla na osobie zawiesił. (…) Niewiasta lub dziewica, nie wiedząc o tem, pięknie przybrana, postępowała przez kościół z dobrą miną i wiszącym na plecach kawalcem, pustego śmiechu stawała się przyczyną i sama na koniec od kogo roztropnego przestrzeżona i od wisielca uwolniona zarumienić się musiała.”

W mieście aby uniknąć okrutnego losu starej panny należało „bywać”. Służyły do tego organizowane w zapusty liczne bale zwane redutami. W przypadku gdy w domu było kilka córek, karnawał mógł poważnie nadszarpnąć domowy budżet, gdyż, jak głosiła pewna anegdota, zalecano wyprawienie jednego balu rocznie dla piętnastolatki, trzech dla dwudziestolatki, a sześciu dla dwudziestopięciolatki. Czasami jednak nawet karnawał nie był w stanie odmienić nieszczęsnego losu damy, który zabawnie podsumował poeta Kazimierz Laskowski pisząc: „chodziła na reduty, chodziła na bale, sto dwadzieścia razy tańcząc w karnawale. Aż wreszcie panieńskim skończywszy ostatki, po białym mazurze została… u matki.”

Encyclopædia Americana: A Popular Dictionary of Arts, Sciences

  1. Gloger, Rok polski w zyciu, tradycyi i pieśni
  2. Kitowicz, Opis obyczajów w Polsce za panowania Augusta III
  3. Gloger, Encyklopedia staropolska ilustrowana, Warszawa 1903
  4. Brückner, Encyklopedia staropolska, t. 1–2, Warszawa 1939
  5. Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce, t. 1: Wiek XVI–XVIII, Kraków 1933
  6. Dudzik, Karnawały w kulturze, Warszawa 2005, Wydawnictwo Sic!
  7. i J. Łozińscy, Życie codzienne arystokracji, Warszawa 2013, Dom Wydawniczy PWN
KategorieBez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *