O tym dlaczego Wigilia jest Wigilią piszą lepiej lub gorzej wszystkie portale od Onetu począwszy, więc pozwolę sobie pominąć tę kwestię, tym bardziej, że było o tym już w zeszłym roku. Przyjmijmy więc na potrzeby tego tekstu, że już jest TEN DZIEŃ i zaczyna się wielkie szykowanie oraz malowanie trawy na zielono. I jak już przy trawie jesteśmy – SIANO – kto wie, czy nie najważniejszy element świątecznego wystroju stołu – musiało znaleźć się pod talerzem (albo pod obrusem) – tradycji tej przestrzegano niezależnie od statusu majątkowego gospodarzy. Podręczniki i ksiądz na religii tłumaczą, że to na pamiątkę narodzin Jezusa w stajence, z czym niekoniecznie należy się zgodzić, choćby ze względu na inne, liczne obecne w „bożonarodzeniowej” tradycji elementy kultu agrarnego. Powołując się na Powieść minionych lat prof. Strzelczyk twierdził (zgadzając się z Brücknerem), że wśród bóstw słowiańskich czczonych na Rusi (Kijowskiej) był sobie Si(e)margł, którego imię w zależności od interpretacji badacza rozdzielano bądź nie – jednak wszyscy w sumie doszli do tego samego wniosku, że czy był jeden, czy więcej, to sprawowali funkcje dla człowieka dość istotne, bo opiekowali się rodziną, obejściem i urodzajem – w sensie Siem (Od siemja – rodzina po rusku, jakby kto nie wiedział) i Rgieł (którego od rdzenia „reż” połączono z żytem, i w ogóle z darami pól). Świadectwem kultu Siema i Rgła miałyby być nazwy miejscowe takie jak Rgielsko i Siemianowo, a także imiona Siemowit i Siemomysł (Jerzy Strzelczyk: Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian. Poznań: Rebis, 2007, s. 182-183, Aleksander Gieysztor: Mitologia Słowian. Warszawa: Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, 2006, s. 186-188).

Teoria z imionami wydaje się trochę naciągana, bo to, że Ruś Kijowska, to nie znaczy, że na całej Słowiańszczyźnie coś takiego funkcjonowało, ale mówią to autorytety, których się nie godzi podważać nawet w myślach, więc ten. W każdym razie z tą suchą trawką i dzieciątkiem to może być nie do końca prawda (albo inna prawda, bo są tacy, co twierdzą, że istnieją jej różne rodzaje). Wracając do zastosowania tradycji w życiu codziennym, co jak wiadomo nie zawsze jest łatwe, bo co innego wiedzieć, a co innego zrealizować, podobno na śląsku używano słomy zamiast sianka, złośliwi dodają, że po to, by na nierównym podłożu nie przewracały się kieliszki:D. Takie postępowanie spotykało się z potępieniem ze strony kleru (jak większość logicznych działań), bo tą słomą później owijano drzewa w sadach (Ziółkowska podaje za jakimś śląskim kaznodzieją, który wypowiada się w takim kontekście jakby to było coś złego, nie tłumaczy jednak dlaczego. Mieli ją zjadać potem czy co?).

Jeśli macie dużą rodzinę, to lepiej jeszcze raz policzcie ilość gości i od wypadku przygotujcie dodatkowy stół – dawniej bardzo pilnowano, by do wieczerzy nie zasiadało 13 osób (wiadomo, królowa pechowych liczb), bo to wróżyło śmierć jednej z nich w nadchodzącym roku, trochę taka rosyjska ruletka, nigdy nie wiadomo na kogo wypadnie. Jeśli tak się zdarzyło, że jak w pysk strzelił wychodziło, że przyjdzie akurat tylu, to albo kogoś „dopraszano”, albo najmłodszego sadzano gdzie indziej (zaebiście, ja bym tam przesadziła 99% swojej rodziny).

Dalej jest bajka o talerzu dla zbłąkanego wędrowca, piękne brzmi, swoją drogą, ciekawe ilu naprawdę by przyjęło jakiegoś zabiedzonego dziadka do swojego wysprzątanego domu, która tak naprawdę jest adaptacją wierzenia o duszach przodków, które ściągają na wieczerzę do swoich rodzin, które pozostały na tym świecie (bo Yule i Szczodre Gody były świętami bardziej dla nieżywych niż żywych). Stąd wziął się przecież szereg dziwnych wigilijnych zakazów, które ani z chrześcijańskim bogiem ani jego domniemanymi narodzinami nie mają wspólnych mianowników.

Opłatek (Późniejsze pisma i powtarzane wśród ludu bajania każą wierzyć, że opłatek wigilijny (a taki dany w kościele podczas komunii to już w ogóle) stanowił wstydliwy obiekt pożądania wszystkich, którzy w życiu codziennym zamiast tylko wymadlać, woleli działać jeszcze na drugim froncie, i wspierać się magią. Miał być niezawodnym lekiem na kurcze, szczęśliwym talizmanem dla myśliwych (kawałek włożony w lufę strzelby zapewniał udane polowanie), czarownice podobno wykorzystywały go do wszelkich szkód i bluźnierstw czynionych przeciw Bogu i człowiekowi, jak to one. 😉) za to był i jest, ale dopiero od końca średniowiecza (XV wiek), wcześniej to tylko w Rzymie i jego prowincjach takie rzeczy, Panie kochany, nie u nas na wsi we wsi u ciemnoty biedoty. Później, we dworach i bogatych gospodarstwach chłopskich cieniutki chlebek nasycano miodem, na znak czy może na przywołanie (zatrzymanie) dobrobytu w rodzinie. Dzielono się nie tylko z dwu, ale i czworonożnymi mieszkańcami obejścia, specjalne kolorowe opłatki wypiekano dla trzody, której również należała się tego wieczoru uwaga, szacunek i życzenia. Podobno dzięki nim zyskiwały zdolność mówienia i dyskutowały między sobą. W Rosji wierzą (nie wiem jak tutaj), że kto ich głos posłyszy, umrze jeszcze przed końcem roku. Jedynym zwierzęciem, któremu opłatka nie dawano był pies, bo ponoć wyjąc w niebo w bezsenne noce widział przeszłość i przyszłość, która odbijała się w gwiazdach jak w zwierciadle, dlatego zakazane było umożliwianie podzielenia się tą wiedzą. No i nie wiadomo czy to byłby dobry pomysł… Jako że obżarstwo zawsze można jakoś wytłumaczyć, wszem i wobec powtarzano, że kto nie spróbuje każdej potrawy znajdującej się na wigilijnym stole, tyle przyjemności ominie go w nadchodzącym roku (kogo kto ma jakieś pojęcie i pomyślunek nie dziwi to, że akurat wtedy były jakieś czary i dziwy, cuda, wróżby na nowy rok, skoro odejście starego niby świętowano dopiero tydzień później? 22 czy 24 dzień miesiąca liczbowo nie jest żadną graniczną datą, nie następuje mediacja, dlaczego akurat wtedy coś miało magiczną moc? Och, przecież nie dlatego, że to był prawdziwy pogański Nowy Rok, bo narodziło się Nowe Słońce, Bóg Słońce powrócił królować na niebo, skończyło się ciemne, zaczynało jasne. A nie, sorry, poniosło mnie).

W innych regionach wierzono, że należy jeść wszystkie płody ziemi, które dała człowiekowi natura przez cały miniony sezon, by w przyszłym nie zaznać głodu i aby spichrze nie były puste. Na długo przed pojawieniem się chrześcijaństwa, ludy zamieszkujące półkulę północną używały zimozielonych roślin do przystrajania swoich domostw, a szczególnie wejść do nich, celem uczczenia zjawiska przesilenia zimowego. Najkrótszy dzień w roku zgodnie z obecnie przyjętym sposobem liczenia czasu wypada 21 lub 22 grudnia i nie ma się co dziwić, że od dawien dawna doba ta była w kalendarzu wyróżniana. Okres ten tradycyjnie uznawano za wyczekiwany powrót/odrodzenie się boga Słońca (żarliwych zwolenników parytetu pragnę w tym miejscu uspokoić – Słońce także bywało kobietą), który na zimę zaczynał wyglądać coś niewyraźnie, słabował, bo się pochorował – pewno czapki nie nosił – zaś gatunki wiecznie zielonej flory były niejako przypomnieniem w tym ponurym czasie, że dobry bóg-Słońce, pomimo okrutnie długich nocy i ponurej aury, zajaśnieje ponownie w pełnej krasie i nadejście lata w roku następnym, a co za tym idzie owocnych plonów, jest z grubsza niezagrożone. Podsumowując: szama będzie i może w dupę przestanie być zimno, czyli jest co świętować!

Na obszarach północnej Europy, ludy celtyckie ozdabiały swoje druidyczne miejsca kultu gałęziami roślin zimozielonych, co zapewne miało podkreślać nieprzemijalność życia nawet w obliczu niesprzyjającego klimatu. „Wikingowie” z kolei florę, której listowie pomimo mrozów zachowywało swą zieloność, uważali za roślinność przynależną Baldurowi, bogu światła – lubianemu przez wszystkich przystojniakowi. Egipcjanie dekorowali swoje domy zielonym sitowiem na cześć boga Ra (może pamiętacie z lekcji historii w podstawówce – to ten z głową jastrzębia, czy sokoła i niedorzecznie wielkim dyskiem nad nią, symbolizującym słoneczko właśnie, bo to wgl bóstwo solarne jest jakby co). Starożytni Rzymianie zimowe przesilenie mieli w zwyczaju uświetniać radosnym świętem połączonym z ucztowaniem zwanym Saturnaliami, wydawanym na cześć Saturna, boga rolnictwa. Podobnie do Celtów, świątynie oraz domostwa w tym czasie przystrajali gałązkami wiecznie zielonych roślin takich jak wawrzyn. W tym miejscu warto zatrzymać się na chwilę przy samych obchodach Saturnaliów, które stanowiły najważniejsze święta w kalendarzu starożytnych Rzymian. To obchodzone 17 grudnia i początkowo trwające jeden dzień święto z czasem rozszerzono do siedmiodniowego cyklu grubego melanżu. Dość powiedzieć, że wszelka praca i biznesy były w Saturnalia wstrzymane (może poza branżami niezbędnymi dla podtrzymania baletów takimi jak gastronomia czy piekarnictwo). Był to czas obowiązkowej (no co jest smutasy?!) zabawy, hazardu, szalonych przebieranek, maskarad i pomieszania ustalonych norm społecznych. Niewolnicy zyskiwali tymczasowo wolność, by robić i mówić, co im się podobało. Mogli np. zamienić się rolami ze swoimi panami. Wybierano też króla całej tej swawoli zwanego Saturnalicius princeps. Miał on z mocy swego urzędu pilnować, coby impreza była sroga i nikt z poddanych nie ośmielił się zamulać. (Uwaga dla dobrych ludzi: niezawisłe sądy oraz służby także miały wolne, zatem na ulicach hulaj dusza, antyczne HWDP i śmierć konfidentom! Istne szaleństwo! Źle śpisz widzę to z Twych źrenic, kodeina zamiast protein) Znajdowali się oczywiście obywatele korzystający ze zniesienia tak moralnych, jak i prawnych ograniczeń, co musiało skutkować wzmożoną przestępczością. I choć wielu z pewnością używało sobie w te dni w sposób skrajnie pozaprzepisowy, Saturnalia były również okresem dobroci, zawieszenia sporów i obdarowywania się prezentami. Brzmi znajomo? Niemało z tych pogańskich zwyczajów okazało się trudnych do wykorzenienia nawet po nadejściu chrześcijaństwa. W konsekwencji wiele bałwochwalczych praktyk w mniej lub bardziej zmienionej formie przylgnęło do zimowych świąt, w tym naturalnie do Świąt Bożego Narodzenia.

Wigilia była czasem wróżb – szczególnie, że nie było zakazu picia alkoholu (blot dla duchów musi być), więc im bliżej było końca kolacji, tym więcej chęci żeby się dowiedzieć co to będzie, jak przestanie być ciemno wszędzie i czy jaki chłopak wreszcie przydzie po Jadźkę bo skaranie boskie już z tą dziewuchą a i kolejna gęba do wykarmienia, zara będzie staro panno, zęby jej wypadną i nawet staremu wdowcowi się jej nie wciśnie. No to ten, jak wspomniałam, starzy nie zabraniali młodym takich mało chrześcijańskich zabaw. Jedną z najpopularniejszych było wyciąganie sianka spod obrusa (kto dawał słomę ten raczej nie mógł się niczego w te sposób dowiedzieć): która panna lub kawaler wyjęła ładne zielone ździebełko, ślub miał się odbyć już w najbliższym karnawale, komu przypadł jakiś zwiędły flak, mógł się szykować na marznięcie samemu pod pierzyną przez kolejny okrągły rok albo i dłużej, najgorzej miał taki co wylosował żółte – pisana mu była bowiem samotność aż po grób (ja wiem czy to takie złe? Niejeden by się z nim zamienił).

Ten któremu w wigilijną noc w kartach się poszczęściło, mógł grać bez obaw przez kolejne 12 miesięcy bez obaw, że przepieprzy cały majątek i zostanie w samych gaciach, a sąsiad przyjdzie na jego i skończy się bal. I tak dalej, i tak dalej… Generalnie wygląda to tak, że to co zdarzy się wtedy, ma powtarzać się później jak cholerny Dzień Świstaka. Ogromna analogia do obrzędów i wróżb „noworocznych” przeniesionych na 31grudnia/1 stycznia.

Write A Comment