Jako wstęp do serii dziadowskiej, czyli lekko, łatwo i przyjemnie

Wraz z chrystianizacją ludów słowiańskich rytuały te zostały ponownie przemyślane i utożsamiane z szabatami rodzicielskimi i w tej formie nadal istnieją. Z tego powodu trudno jest ustalić pochodzenie niektórych działań rytualnych na podstawie tradycji chrześcijańskiej lub pogańskiej. Nasi zapobiegliwi przodkowie wychodzili z założenia, że w życiu równie bywa i nigdy nie wiadomo kiedy przyda się łaska Bogów „z góry” a kiedy „z dołu”. Ustanowili więc dwa osobne święta, jedno dla Peruna i reszty dworu, drugie dla Welesa i jego  załogi. Na przełomie kwietnia i maja oddawano cześć „niebiańskim”, a na początku listopada, 3 dni po nowiu (siłą rzeczy data musiała być ruchoma, ponieważ Słowianie posługiwali się kalendarzem solarno – lunarnym), odbywały się obchody poświęcone władcom „podziemnym”. Podobnie rzecz miała się u Celtów, W badaniach nad pochodzeniem i sensem święta Samhain bardzo istotne jest, by wziąć pod uwagę ten wyraźny podział roku na Jasną i Ciemną część, które rozpoczynane odpowiednio przez dwa najważniejsze święta: majowe Bealtaine i październikowe/listopadowe Samhain.

Rytuały właściwe dla obu tych świąt wskazują na ich ścisłe połączenie ze sobą i coś na zasadzie ying-yang, symbolizują dwie przeciwstawne energię, lato i zimę, światło i ciemność. To, co jest wyraźne i aktywne w jednym jest niejawne, a nieaktywne w drugim, i na odwrót. Często jest to wyrażane jako wyobrażenie, że to, co znika w naszym świecie, natychmiast staje się obecne w Innym Świecie, a nawet zasugerowało na tej podstawie, że nazwa “letnia” Samhain miała początkowo oznaczać początek innego letniego świata! Niezależnie od tego, czy jest to wiarygodne, czy nie, pewne jest, że podczas gdy Samhain rozpoczynał jeden rodzaj rocznego cyklu, a Bealtaine dawało początek drugiemu, oba mogły być interpretowane jako rodzaj “Nowego Roku”, jednak można przypuszczać, że to Samhain – “skupione” wokół ciemności jest ważniejsze od jasnego i świetlistego Beiltane.

  1. Przez wieki (i akurat w tym przypadku to stwierdzenie nie jest przesadą), wśród ludu pokutowało przekonanie, że dusza wcale nie opuszcza ciała wraz z ostatnim tchnieniem konającego – przeciwnie, miało jej się wcale nie spieszyć w zaświaty (a przecież tam taki hajlajf podobno). W zależności od regionu i okoliczności śmierci nieszczęśnika wierzono, że jego duch podczas pogrzebu siedzi zadowolony na trumnie albo drepcze (a może unosi się, trudno stwierdzić, chyba nikt nie widział, a jeśli widział, to przekaz się nie zachował). Wcale nie było tak, że jak już dopełniono wszelkich ceremoniałów, to biały gołąbek w słupie światła odlatywał ku niebu: niematerialna część truposza pozostawała w świecie żywych od kilku dni do nawet kilku miesięcy[1]. Jedni mówili, że cyklicznie powraca w okolice mogiły, inni, że kręci się po okolicy. Szczególnie matki, które umarły pozostawiając niemowlęta, pozostawały przy nich jeszcze przez 6 tygodni po śmierci, nie potrafiąc się rozstać z pozostawionymi na pastwę sieroctwa dziatkami. Dlatego na grobach stawiano imitacje domów, w postaci namiotów z jedzeniem i strawą, aby straszydło przypadkiem nie pofatygowało się do wsi z przyjacielską wizytą. Na Pomorzu mieszkali widać mniej strachliwi, bo tam zostawiano posłanie zmarłego, żeby noc po pogrzebie mógł przespać w swoim łóżku i dopiero wtedy odejść w zaświaty.
  2. Zanim ciało przeniesiono na cmentarz – wiadomo, trzymano je w izbie, płaczki, świece i tak dalej. Przy prowizorycznym katafalku stawiano krzesło, pozostając w przekonaniu, że dusza przed pogrzebem pozostaje przy „właścicielu”, dlatego dbano, by miała gdzie przycupnąć. Na Ukrainie wierzono, że dusza przez kolejne 40 dni od pogrzebu zachodzi do domu, bo tyle trwa nad nią sąd (widać tam są prawie tak szybcy jak w polskich instytucjach). Na Podolu starzy ludzie też gadali o tych 40 dniach, ale wtedy duszek zamiast siedzieć na chacie grasował po okolicy, straszył przechodniów a przyjezdnych wiódł na manowce (ponoć szczególnie młode i ładne panny). Dopiero gdy już wszyscy mieli dosyć odmawiano „panichidę”, żeby odesłać gagatka tam gdzie jego miejsce. W Chorwacji wierzono, że dusza pozostaje w domu póki nie zabrzmi śmiertelny dzwonek.
  3. Zanim powiecie o kimś, że był upierdliwym grzybem weźcie pod uwagę, że jeszcze nie tak dawno wierzono, że nieboszczyk słyszy wszystko co się wokół niego dzieje, traci tę zdolność dopiero gdy wynoszą go z kościoła na cmentarz: na dźwięk dzwonów „zasypia” na zawsze, stając się coraz cięższym wraz ze zbliżaniem się konduktu do mogiły, w której miał spocząć. Żydzi mawiali, że trup dopiero po przysypaniu trzecią łopatą ziemi uświadamia sobie, że jest martwy.
  4. W wielu rejonach wyściela się rozdroża i granice wsi (znów ta mediacja) słomą, żeby duch w razie powrotu miał na czym spocząć. Każdy kondukt sypał swoją, więc powstaje z tego pewnie całkiem pokaźna warstwa. Gdyby codziennie ktoś umierał, przez tę barykadę wóz by nie przejechał.
  5. W Serbii i Rumunii na grobach składano owoce, aby „świeżo zmarły” przekazał je w zaświatach innym znajomym i krewnym, którzy już tam są, proszono także by przesłał od rodziny pozdrowienia konkretnym osobom – kolejny dowód na to, że duszę uważano za świadomą tego co dzieje się wśród żywych i przyjmującą do wiadomości ich komunikaty.
  6. Kiedy nie było jeszcze fikuśnych marmurowych lśniących płyt nagrobnych, powszechne było sadzenie na usypanych z ziemi mogiłach drzew i krzewów: jak się pewnie domyślacie, nie mogły to być jakieś tam przypadkowe haberdzie. Taką niewdzięczną rolę pełnił podobno wyglądający posępnie (niby czemu?) cis. W taki sam sposób wykorzystywano bez (no chyba akurat przez przypadek bardzo lubię), z czego wzięła się cała masa przesądów na temat tej urokliwej przecież rośliny. W Niemczech miarę na trumnę pobierano z trupa prętem bzowym, żadnym innym! W Polsce tu i ówdzie (autor nie podaje regionu) podobno uważano, że gdy bez po raz drugi zakwitnie jesienią, to w domu przy którym rośnie rychło ktoś umrze.
  7. Jeśli rodzina nie życzyła sobie ewentualnego powrotu pochowanego dziada, babki lub kogokolwiek, sadziła na grobie ciernie, żeby odgrodzić go i niejako odciąć mu drogę. Druga wersja mówi, że ciernie miały chronić przed atakiem złych duchów…ale na co? Na trupa, na mogiłę czy na żałobników? Tutaj nawet ja nie ogarniam.

 

 

Write A Comment