Każdy kto czyta od jakiegoś czasu Babskie Gusła wie, że stoję daleko od wszelkich czarów, sabatów, współczesnego pogaństwa, ołtarzy, wróżb, wypędzania demonów i tak dalej: mam podejście wolnościowe, a więc w milczeniu pomijam takie aspekty działalności ludzkiej, które mnie nie przekonują, co nie znaczy, że nie są przekonujące w ogóle albo nie przekonują kogoś innego i podejmujący ją mieliby takowej poniechać. Mam nawet sporo podziwu dla takich, którzy znaleźli w tym pomysł na siebie i profesjonalnie go realizują, skupiając wokół tego czym się zajmują jakąś społeczność. O tym, że działanie czarów, świec, okadzanie, zamawianie i tak dalej jest kwestią bardzo umowną, osobistą i zależącą w dodatku od wielu czynników wie każdy rozsądny człowiek, bo znajdują się tacy, którzy uważają, że im to w czymś pomogło, jest całkiem szerokie grono takich co twierdzą na odwrót: dokładnie tak samo jak w przypadku leków syntetycznych. Temu że „wszystko jest energią” nikt już dziś nie zaprzeczy, zależy od niej każda żywa istota a „przekazywanie jej” i w ogóle zachowanie, nazewnictwo dotyczące tej sfery jest nadal tak mało rozpoznane, że pozwala na szereg domysłów, uproszczeń, te z kolei do nadużyć i tak dalej, i tak dalej… Ale nie o tym dziś, bo ma być o wymyślonym święcie Mabon, którego obchodzenie różne ezoteryczne strony i „akademie rozwoju ducha” przypisują „naszym przodkom” (czyli komu?), to znaczy Celtom. 😉 Żeby była jasność, zatrzymam się jeszcze na moment przy nowoczesnym neopogaństwie w ogóle, bo ktoś gotowy mi przypisać, że je neguję lub wyśmiewam, co jest całkowitą nieprawdą: nie ma w nim nic złego, kto sobie życzy, szuka żercy, kto ma taką potrzebę idzie do księdza, a rodzimowiercy nie są gorsi od innych związków wyznaniowych dopóki nie opowiadają oczywistych bzdur przekonując, że TAK BYŁO, kiedy nie mogą tego wiedzieć. Niech powiedzą, że takie a takie założenia przyjmuje ich wiara, oni na to przystają i załatwione, nie ma realnych możliwości odwoływania się do religii i porządku rzeczy takiego, jakim on był dla tych osławionych „przodków”, ponieważ wiadomo o nich tak niewiele, że trudno byłoby sklecić z tego jakiś sensowny system bez „dorabiania” czegoś.

 Ostatnio ktoś (bardzo przy tym rozbawiony) opowiadał mi, że to takie śmieszne, bo co i rusz widzi gdzieś posty, że ktoś szuka żercy na słowiański ślub (hehe). Zapytałam co w tym dziwnego i czy był ostatnio w kościele i reagował podobnie na to, co tam się odbywa, bo ja na przykład nie zauważam różnicy i nie rozumiem dlaczego sakrament w kościele jest normalny, a taka forma zawarcia związku jest nienormalna, ale jak to w takich sytuacjach bywa nie doczekałam się satysfakcjonującej ani logicznej odpowiedzi. „No w kościele też mnie niby śmieszy ALE…”. Z tym „ale” Was zostawiam.

No ale…co mówią losowe stronki o rozwoju osobistym/neopogańskie organizacje? A że jakieś zloty, a że jesienne spotkania czarownic, święto STAROŻYTNYCH CELTÓW…serio?

Równonoc jesienna nie należała do czterech głównych świąt w starożytnej  tradycji celtyckiej które były najbogatszymi w obrzędy elementami kalendarza rocznego: Samhain, Imbolc, Beltaine i Lúghnasadh. Chociaż sama równonoc nie była obchodzona, istnieją dowody na to, że niektóre wspólnoty organizowały uroczystości z okazji zakończenia żniw, ale nie ma powodu by sądzić, że u ich podstaw leżał fakt nastania tego konkretnego dnia – to raczej finał pracy, po prostu ichniejsze Dożynki, tylko trochę później (bo mieli przecież chłodniej).  Stanowiły zakończenie zabiegów i rytuałów rozpoczętych w lipcu/sierpniu, a więc dosłowne domknięcie koła natury/koła życia, wąż czasu gryzł sobie ogon i wszystko się dopełniało, by po sennym odpoczynku mogło zacząć się od nowa. Jedyny nasuwający się po lekturze wniosek jest taki, że ważnym jesiennym świętem POŚWIADCZONYM i opisanym było znane wszem i wobec Samhain, o którym obszernie pisałam w zeszłym roku, a wszelkie zabiegi łączone błędnie z domniemanym Mabon są dalszym ciągiem, finałem rozpoczętego 1 sierpnia Lúghnasadh (tego które Walijczycy nazywali Gŵyl Awst, choć najbardziej znane jest chyba używane przez Brytyjczyków Lammas). Co było charakterystyczne? No w sumie to samo co u nas dziś „rozbito na kilka dni”, tylko że oni zanim zabrali się do rzeczy wyłazili najpierw na święte góry i tam dopiero zaczynali: Jagodnej, Zielnej i Dożynki. Tak zwani Celtowie (przyjmujemy na potrzeby tego zwięzłego tekstu, że o nich mowa, choć nie ma dowodów, że wszyscy których pod egida tej nazwy można pomieścić obchodzili żniwne święto) składali ofiary z pierwszych owoców, jagód, poświęcano Bogu Lugh pierwsze wypieki i ogólnie jedzenie z nowo zebranych plonów ziemi, po wszystkim natomiast odbywała się impreza, tańce, śpiewy i swawole[1].

Jeśli przyjąć, że podobnie jak inne społeczności zamieszkujące tereny dzisiejszej Wielkiej Brytanii (i jak postSłowianie np.) te również rytualnie wycinały ostatni snopek zboża, to możemy stwierdzić jakąś ciągłość i analogię, jednak żaden z autorów nie podaje informacji by istniały wczesnośredniowieczne źródła opisujące ten zwyczaj na terytorium Celtów. Są natomiast późniejsze, jednak wiadomo, że to już okres gdy ludność się mocno wymieszała, przyszła nowa wiara i nie wiadomo co jest pozostałością po „starym” a co napływem. Niby tak samo robiono kukłę ze zboża (tego najświeższego, zżętego jako ostatnie), w zależności od przekazu przedstawiała kobietę lub zwierzę. Wybrany gospodarz miał przechowywać ją aż do następnego siewu, kiedy to była rytualnie palona. Czy taka gościna się chłopu opłaciła trudno ocenić, podobno „opiekun” kukły miał się cieszyć specjalnymi względami z Zaświatów i opieką przodków: czyli komu składali te ofiary z jedzenia, Bogu czy odwracamy się ku wczesnemu Samhain i znów mamy trochę owsa dla dziadka?)

Niemniej jednak niewiele jest dowodów na to, że jakakolwiek religia indoeuropejska lub w ogóle pogańska formalnie przestrzegała jesiennej równonocy jako czasu wymagającego szczególnego kultu, jeśli pominąć grecki kult Demeter i Persefony, który mnie średnio interere na potrzeby tego tekstu, więc wspominam tylko dla porządku. Nawet we wczesnych latach ruchu neogańskiego niewiele uwagi poświęcono równonocy. Margaret Murray czyli wielki autorytet od czarownic, sabatów i wszelkich manifestacji magicznych w kontekście historycznym, nie praktycznym, wielokrotnie w swoich pracach podkreślała, że ​​zloty pań na miotłach, nietopyrzach, czarnych kotach, brzydkich chłopach,  odbywały się w przesilenia, nie równonoce.  W najwcześniejszych opracowaniach Geralda Gardinera na temat Wicca również propsowano tylko przesilenia, równonoce weszły do łask na początku lat siedemdziesiątych XX wieku, wraz z  „dziełem” Aidana Kelly’ego. Według Ronalda Huttona, Kelly zbudował rytuał oparty na historii Persefony i jej powrotu do Zaświatów. Następnie postanowił nazwać święto „Mabon” bo coś wyczytał i doszukał się analogii do  Persefony[2]. Równonoc jesienna to czas, w którym dzień i noc mają jednakową długość[3].

Chociaż jak on to czytał…skąd się wzięła ta nazwa?

Mabon to był taki sobie walijski bohater, o którym wiadomo niewiele, prominencji mógł być szemranej, pojawia się jako boski chłopaczyna we wczesnej arturiańskiej historii KULHWCHA I OLWENA jako Mabon vab MODRON, „Syn, syn Matki”; nie wspomina się o żadnym ojcu, choć nie jest jasne, czy ma to podkreślić jego „macierzyńskie” pochodzenie, czy dlatego, że ojciec jest nieistotny. Inna postać o tej samej nazwie jest znana jako Mabon vab Mellt. Niektórzy wywodzą nazwę wielkiego zbioru walijskich mitów, Mabinogion, od imienia Mabona. Inni łączą go z bogiem MAPONUSEM, o którym widomo jak zwane całe gówno, czyli i jak więcej niż o słowiańskim panteonie razem wziętym 😉. Chociaż kiedyś uważano go za znaczącą postać, obecnie stanowi w sumie zagadkę dla badaczy (na jakiej podstawie tak uważano, a potem przestano, to już nie wiadomo). W Walii znajdujemy MABON vab MODRON, „Syn, syn Matki”. W Walii znajdujemy także króla MATH, którego tron odziedziczył syn jego siostry (GWYDION, czyli syn kobiety imieniem DÔN), a jego następcą został syn jego siostry LLEU LAW GYFFES. Wszystkie te przypadki sugerują macierzyńskie dziedzictwo. Śledzenie pochodzenia przez linię mateczną, a nie sukcesję ojcowską, nie jest wyraźnym argumentem na rzecz większych praw lub uprawnień dla kobiet, ale sugeruje różne relacje między płciami w danych okresach. Ponieważ wiele z tych postaci pochodzi z wczesnych warstw mitologicznych, zaproponowano, że matrylinearny system dziedziczenia był pozostałością po schemacie społeczno-kulturowym narodów przedceltyckich zwanych PIKTAMI[4].

Chrześcijańskim odpowiednikiem domniemanych jesiennych świąt związanych z Równonocą, święto Świętego Michała Archanioła, który pokonał Lucyfera i jest postrzegany jako obrońca przed ciemnością nocy. Celtowie nie zaznaczyli punktów RÓWNONOCY, kiedy światło dzienne i ciemność są równej długości, ani PRZESILEŃ w zimie i lecie, jak robi to większość ludzi na świecie. Celtowie nie świętowali dwóch równonocek w roku kiedy światło dzienne i ciemność są równej długości, ani przesilonek w zimie i lecie, widać doszli do wniosku, że nie trzeba (pojebani jacyś); raczej upamiętniali w kalendarzu punkty pomiędzy tymi przełomowymi momentami w roku, w postaci swoich wielkich świąt SAMHAIN (zima), IMBOLC (wiosna), BELTANE (lato) i LUGHNASA (jesień). Jednak na ziemiach celtyckich są szczątki, które sugerują, że wcześniejsi mieszkańcy wyznaczyli czas w bardziej konwencjonalny sposób; orientacje KAMIENNYCH KRĘGÓW i megalitycznych budowli takich jak BRÚ NA BÓINNE w Irlandii pokazują, że równonoce i przesilenia były ważne dla wcześniejszych mieszkańców tych ziem. Świadczy o tym zorientowanie tych kamiennych konstrukcji na wschody oraz zachody słońca w tamtej epoce. Wraz z nadejściem jedynej słusznej wiary przesilenie zimowe stało się szczególnie ważne, ponieważ była to data narodzin Jezusa Chrystusa (coś im się pory roku deko pokićkały), więc musieli jakoś pokombinować, wiadomo. Te rzekome urodziny Zbawiciela zostały w rzeczywistości przyjęte przez Kościół jako sposób na adaptację istniejących obchodów przesilenia zimowego, których nowi nawróceni nie chcieli porzucić[5]. Ale w Irlandii, po przybyciu Normanów a wraz z nimi chrześcijaństwa, uroczystość równonocna odbywała się w dniu 29 września lub okolicach tej daty. Święto Michała Archanioła było w wielu regionach określone jako data spłaty czynszów i pożyczek oraz rozliczenia umów. W Anglii okres równonocy jesiennej był poświęcony targom zbóż.

[1]Maire MacNeill, The Festival of Lughnasa: A Study of the Survival of the Celtic Festival of the Beginning of Harvest, Londyn 2008

[2] Tytuł Mabinogion nadała zbiorowi sag jego pierwsza tłumaczka na język angielski, lady Charlotte Guest, która, natknąwszy się w jednej z opowieści na słowo mabynogyon, założyła, że stanowi ono formę liczby mnogiej od walijskiego mabinogi. O pochodzenie i znaczenie samego słowa mabinogi badacze spierają się do dziś. Niektórzy łączą je z walijskim mab, czyli „młodzieniec, chłopiec; syn”, więc mabinogi oznaczałoby „młodzieńczą opowieść” – opis młodzieńczych czynów bogów i ich potomków. Inni, jak Eric P. Hamp i P. Mac Cana, wywodzą je od imienia celtyckiego bóstwa Mabona (Maponosa, Maponusa), utożsamianego przez Gallorzymian z Apollonem i pojawiającego się w niektórych utworach ze zbioru; mabinogi oznaczałoby więc „opowieść o Mabonie”. Nazwa mabinogi pierwotnie odnosiła się głównie do pierwszych czterech opowieści, tzw. „Czterech gałęzi Mabinogi” (patrz niżej), najstarszych i związanych z najdawniejszą tradycją. (za Wiki)

[3]http://stoa.usp.br/briannaloch/files/2564/1383/The+Encyclopedia+of+Celtic+Mythology+and+Folklore.pdf

[4] Patricia Monagan, Celtic Mythology and Folklore, NYC 2004, s. 337

[5] Patricia Monagan, Celtic Mythology and Folklore, NYC 2004, s. 442

Write A Comment