Często ostatnio wywoływany do tablicy przy innych okazjach Ibn Fadlan pisał o Rusach (nie mylić z dzisiejszymi Rosjanami) w sposób sugerujący, że zamiłowanie do czystości według norm dzisiejszych było im raczej obce, natomiast zwyczaje mieli cokolwiek dziwaczne: Mieli nie podcierać się i nie myć po wypróżnieniu. Pochodzili z północy swojego kraju, kotwiczyli statki u wybrzeży rzeki Wołgi i budowali duże, drewniane domy na jej brzegach. W każdym domu mieszkało dziesięć do dwudziestu osób. Każdy mężczyzna miał kozetkę, na której siedział w towarzystwie pięknych niewolnic na sprzedaż. Często używał wdzięków jednej z dziewcząt na oczach swoich pobratymców. Niekiedy wielu z nich odbywało stosunek seksualny z niewolnicami na oczach wszystkich zebranych. Zdarzało się, że kupiec przychodził, by zakupić dziewczynę i znajdował ją w objęciach swojego pana, który nie sprzedał jej zanim zaspokoił żądzę. (Dodam tylko dla porządku, że kronikarz tak się gorszył, bo zwykle nie widzi się belki we własnym oku, a drzazgę w cudzym jak najbardziej, jego krajanie nie byli jakoś moralnie ponad tym, jeśli zmierzyć. Należy brać lekką poprawkę na jego relację w tym sensie, że nałożona została na nią „soczewka” zupełnie innej wiary i innej kultury, pamiętajcie, że wszystko zależy od perspektywy).

Każdego ranka dziewczyna przynosiła miednicę z wodą i ustawiała ją przed swoim panem. Mężczyzna mył twarz, ręce i włosy, czesząc je nad miednicą. Następnie wydmuchiwał nos i spluwał do naczynia. Kiedy skończył, dziewczyna podawała miednicę następnemu mężczyźnie, który wykonywał podobne czynności, nie zmieniając przy tym wody[1]. (Ludzie, w tym do czego nasmarkał mył się następny? Ciekawe czy to się odbywało jakoś hierarchicznie, jeśli tak, to zazdro temu co był ostatni w kolejce).

Dla relacjonującego większym szokiem było, że w tym dzikim kraju wszyscy myją się w stojącej wodzie (Muzułmanie mogli tylko w płynącej), no a jak w dodatku w bani czy innej łaźni robili to zbiorowo, no to w ogóle zawał na miejscu. Zerkając sobie jednak na tę relację można dojść do wniosku, że „później” było gorzej niż wtedy, o czym przekonacie się za chwilę przy okazji o wiele nowszych relacji z podróży do Czarnogóry, ale zanim do tego przejdziemy chcę zaznaczyć, że podane poniżej informacje dotyczą czasów innych niż nam się kojarzy, kiedy słyszymy „Słowianie”. To że było tak jak napisał Moszyński nie zmienia faktu, że 900 lat wcześniej rzecz mogła i wyglądała zupełnie inaczej. Zmieniły się realia, zmieniła się wiara…:D No i cóż, nastał brud. (Dobra, sorry, to nie było naukowe, ale nie wymyśliłam sobie tego, przypomnę tylko, że niejaki Odo z Cluny, który to był opatem uważał obejmowanie kobiet za tożsame z obejmowaniem worka z gnojem, a mycie się za grzech).

Księga dróg i krajów z 1066 roku autorstwa arabskiego pisarza Abu Obaida Abdallaha al Bekri z Kordoby, tak opisuje drewnianą łaźnię słowiańską z IX-XI wieku: „Budują piec z kamienia w jednym rogu i wycinają w górze na wprost niego okienko dla ujścia dymu. A gdy się rozgrzeje, zatykają owe okienko i zamykają drzwi domku. Wewnątrz znajdują się zbiorniki na wodę. Leją ją na rozpalony piec i podnoszą się kłęby pary.(.) Wówczas otwierają pory i wychodzą zbędne substancje z ich ciał. Płyną z nich strugi [potu] i nie zostaje na żądnym z nich ani śladu świerzbu czy strupa. Domek ten nazywają al-i[s]tba [izba]”

i to samo u Labudy:

„Nie mają oni łaźni, lecz posługują się domkami z drzewa. Zatykają szpary w nich czymś, co bywa na ich drzewach, podobnym do wodorostów, a co oni nazywają: meh. Służy to zamiast smoły do ich statków. Budują piece z kamienia w jednym rogu i wycinają w górze na wprost niego okienko dla ujścia dymu. A gdy się piec rozgrzeje, zatykają owo okienko i zamykają drzwi domku. Wewnątrz znajdują się zbiorniki na wodę. Wodę tę leją na rozpalony piec i podnoszą się kłęby pary. Każdy z nich ma wiecheć z trawy, którym porusza powietrze i przyciąga je ku siebie. Wówczas otwierają się im pory i wychodzą zbędne substancje z ich ciał. Płyną z nich strugi [potu] i nie zostaje na żadnym z nich śladu świerzbu czy strupa. Domek ten nazywają oni: al-istba.”[1]

Ale po raz kolejny to nie takie proste, bo to, że łaźnie istniały nie wyjaśnia jak często z nich korzystano i czy były w każdej wsi. Niektórzy kronikarze twierdzili, że Słowianie nie pachną zbyt ładnie i generalnie są brudaskami – takie uwagi zawiera „Żywot św. Sturmy” z IX wieku, jego zdanie podzielał Prokopiusz z Cezarei, tyle że o jakieś 300 lat wcześniej (dotyczyło Sklawinów i Antów).

W Prusach już w XVI wieku istniał zwyczaj zapisywania w testamencie określonej kwoty „na kąpiele dla biednych”, czasem ze wskazaniem konkretnej łaźni i czasu trwania, nazywano to „Selbäder” (balnea anima-rum). Fundacje te nie ograniczały się tylko do pokrycia kosztów wstępu do łaźni dla biednych, lecz także były połączone z opłaceniem dla nich poczęstunku. Istotą tego typu zapisów była stojąca za nimi motywacja, nieograniczona tylko do uczynku miłosiernego, ale również religijnego-memoratywnego. Wynikało to z faktu, że testatorzy pokrywali koszty kąpieli i posiłku z intencją starań o zbawienia swej duszy, co nieraz wyraźnie zaznaczano w treści zapisów. Element religijno-memoratywny polegał zaś na tym, że kąpiele miały się odbywać zazwyczaj niedługo po śmierci testatora, a uczestniczący w nich biedni mieli się modlić w intencji zbawienia jego duszy. Czasem opłacano dłuższy okres, w którym miały się odbywać fundowane kąpiele i modlitwy, ponawiane zazwyczaj w rocznicę śmierci dawcy. W ten sposób akcenty religijne splatały się ze świeckimi. Niejako symbolicznie oczyszczenie ciała z brudu łączyło się również z odnową duchową. Postawa Kościoła wobec korzystania z łaźni i ich funkcjonowania była złożona. Z jednej strony skrajni asceci zalecali ograniczenie uczęszczania do niej, co uważali za formę ćwiczenia duchowego i poczytywali za zasługę, z drugiej strony korzystanie z łaźni uwzględniał twórca zakonu benedyktynów, a sprawę kąpieli omawiano w regułach zakonnych. – Rafał Kubicki, SEELBAD (BALNEA ANIMARUM)– UWAGI NA TEMAT PRAKTYKI STOSOWANIA POBOŻNEJ FUNDACJI W PRUSACH KRZYŻACKICHI PRUSACH KRÓLEWSKICH DO POCZĄTKU XVI WIEKU. Generalnie…można znaleźć sporo śladów wskazujących na to, że dość niewielu było takich, którzy nigdy w życiu nie myli głowy, a jednak Moszyński z uporem powołuje się na różnych takich, co „byli i widzieli”, ale nie dodaje gdzie byli, jak długo ani ilu…

Czy częste występowanie chorób skóry w niektórych regionach mogło być spowodowane poważnymi zaniedbaniami higienicznymi? W przypadku pielęgnacji i zapobiegania zmianom dermatologicznym zachowanie czystości wokół zmian jest bardzo istotne w procesie leczenia. Zaniedbanie podstaw powstaw PODSTAW w postaci choćby opłukiwania ciała może leżeć u podstaw tego rodzaju dolegliwości, a jeśli nie to, stać się katalizatorem ich powstawania. W. Sieroszewski pisał, że Jakuci (wiem, że to nie Słowianie , ale taki podał przykład) z powodu swojego niechlujstwa i niechęci do kąpieli (w końcu częste mycie skraca życie) bardzo często borykali się z problemami skórnymi: liszaje, świerzby, wrzody, skiny (cokolwiek to jest, sprawdzam), miały być ich niechlubnym znakiem rozpoznawczym. Szachmatow wspominając o Mordwinach (czyli sąsiadami Wielkorusinów) krzywił się, że mieszkania ich w skutek fatalnych warunków higienicznych i sanitarnych są siedliskiem wszelkiego syfu, który potem ima się ciał domowników[2]. Z tego powodu mieli często zapadać na „choroby skórne i oczne”, podobnie jak nieszczęśni Czarnogórcy, chociaż ich skłonność do takich dolegliwości próbowano tłumaczyć wpływem specyficznego klimatu. Rowiński widząc u nich „mnóstwo skórnych chorób, różnego rodzaju pryszczów i puchlizn” winił za ich pojawianie się właśnie południowe słońce.

Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że znany wszem i wobec od najmłodszych lat „parch” ma pochodzenie słowiańskie, podobnie jak sborb, krosta, lisaj, pryscb, verd – wrzód. Wniosek? Skoro powstało tyle różnych określeń dla mian skórnych, można przypuszczać, że ich występowanie było wśród ludu szeroko rozpowszechnione, bez podziału na nacje, bo w większości dialektów powyższe słowa różnią się tylko szczegółami zapisu i wymową (akcent, akcent).

Zatem czy ze Słowianami (a raczej narodami zamieszkującymi „słowiańskie” ziemie, bo i przy tej okazji należałoby na wstępie zadać pytanie: kto to jest Słowianin?), było w kwestii higieny aż tak fatalnie? Jak zawsze ocena jest kwestią perspektywy, jeśli porównywać do zachodu, to rzeczywiście szału nie było, ale gdy spojrzeć na wschód…zaraz się stwierdzi, że przy takich Ostjakach których dzieci załatwiały potrzeby fizjologiczne w domach (czyli psy były lepiej wychowane, nie dość, że nikomu to nie przeszkadzało, to w ogóle tego nie sprzątali, bo po co, jak zaraz pojawią się następne, w końcu „dzieciuf jak mrufkuf”).

Głównym zarzutem, który zwykle się przy okazji tematu podnosi to z perspektywy Obywatela Pierwszego Świata niebywała wręcz rzecz: mieszkanie ze zwierzętami w jednej izbie. No nie bądźmy już tacy fąfąfą, bo to miało przede wszystkim podłoże praktyczne: po pierwsze i najważniejsze, była bida z nędzą, po drugie w zimie pizgało wszystkim jednakowo, więc pieczono dwie pieczenie na jednym ogniu: grzał się człek od gadziny, gadzina od ludzkiego paleniska, po trzecie dzięki temu oszczędzano cenny przecież opał (kto by hajcował w pomieszczeniach gospodarczych, nawet jeśli by były, a nie było, bo jak wyżej, bida z nędzą). Podaję na wszelki wypadek do publicznej wiadomości: WTEDY W ZIMIE BYWAŁO NAPRAWDĘ ZIMNO, nie tak jak teraz, że jest -5, i media ramię w ramię z rozpieszczonymi do granic możliwości mieszkańcami tak zwanych Krajów Wysoko Rozwiniętych ogłaszają pieprzoną klęskę żywiołową, a jak jeszcze do tego trochę śniegiem przyprószy, że trzeba z rana szybę w aucie omieść, to już w ogóle Armageddon. Co następuje? Facebook zalewa fala wpisów: JA CHCĘ CIEPEŁKO, KIEDY LATO?, MAM DEPRESJĘ BO NIE MA SŁOŃCA. Krótka i tylko częściowa przerwa w narzekaniu ma miejsce w okresie okołoświątecznym, kiedy wszyscy są zajęci wrzucaniem zdjęć choinek, parujących kubków (okazja do zaprezentowania „sweterkowego” lub reniferowego/innego wzoru na pazurkach), i dziewczyn wylegujących się na przystrojonych lampkami łóżkach (obowiązkowe są cienkie wełniane pończochy). Dobra, już, to nie jest wpis o mediach społecznościowych, wracam do tematu…

Moszyński notował – rozumiem, że w odniesieniu do czasów sobie współczesnych – że warunki mieszkaniowe w porównaniu z dawnymi opisami „bardzo się poprawiły” – niczego jednak nie uściśla, ani jakie opisy ma na myśli, kiedy to jest według niego „dawno”, sto czy tysiąc lat temu, ani co konkretnie uległo zmianie, na koniec konstatuje jednak ze smutkiem, że „wciąż najgorzej jest z myciem”.

Co prawda w dialektach słowiańskich zachowały się ślady nazewnictwa dla kawałków tkaniny które służyły obcieraniu: ręcznik i obrus – jednak nie należy się cieszyć za wcześnie, bo wbrew naszemu dzisiejszemu rozumieniu wciąż ma to niewiele wspólnego z kąpielą – bo RĘCZNIK nie był wtedy narzędziem do OSUSZANIA ciała, ale do ścierania z niego brudu bez użycia wody – po prostu zostawiało się na nim syf, żeby nie trzeba było myć rąk.

No bo musicie wiedzieć, że było z tym „zamiłowaniem” i „niechęcią” do czystości bardzo różnie: w Czarnogórze myto się co prawda codziennie, ale za to czyniono to w tak zwanym pełnym rynsztunku, to jest gospodarz był odziany i przepasany, obowiązkowo w butach, dopiero wtedy opłukiwał dłonie i twarz. I wystarczy, koniec toalety. Podobnie rzecz miała się w Serbii, chociaż tam zahaczano jeszcze czasem o szyję, żeby nawodnić rosnącą na niej bujnie rzepę…(nie mówiły Wam matki albo babki, że tak się stanie, jak nie będziecie się porządnie szorować?).

Tak całościowo to włościanie mieli do czynienia z wodą raczej od wielkiego dzwonu, żeby się rozdziać i myć (dla samego mycia, nie w celach religijnych, przebłagalnych, rytualnych, cokolwiek) raczej nikt się nie kwapił. Mydła nie używano (ługu, jeśli już, dodawano go na przykład do dziecięcych wanienek). Obmywano to co było na wierzchu i tyle, powszechne było opryskiwanie się (czy też oparskiwanie) wodą uprzednio nabraną w usta.

Jeśli chodzi o nogi (chodzi i nogi, czaicie, hehe), które z racji bezpośredniego obcowania ze środowiskiem, że tak powiem glebowym, były szczególnie narażone na pobrudzenie się…no cóż, myto je częściej, ale występował też wyraźny podział na płeć: kobiety szorowały stopy codziennie, bo pracowały w większym syfie, przecież to one zajmowały się zwierzętami, więc normą było babranie się w łajnie. Panowie natomiast, jako że wykonywali obowiązki „czystsze”, rzadziej oddawali się tej przykrej widać czynności – za misę służyły im kałuże albo rosa na trawie. Wyjątkiem okazują się odsądzeni już kilka razy od czci i wiary Czarnogórcy, o których Pavlović poświadcza, że nogi myją, owszem, i to nawet do kolan! Niektórzy nawet w gorącej wodzie[3].

Z włosami był raczej dramat, i to w kilku aktach, mężczyźni mieli w ogóle nie przywiązywać wagi do higieny głowy i nigdy jej nie myć (chyba że pasożyty za bardzo dawały się we znaki, wtedy uciekano się do różnych sposobów, o których ten wpis na pewno nie jest). Jednak jeśli było tak jak powyżej, to czemu w wielu dobrze zachowanych pochówkach tak często znajduje się grzebienie (piszą o nich też kronikarze, choćby ten biedny Ibn Fadlan)? Czesali takie brudne kłaki? Wyczesywali syf? Czy Moszyński podaje z perspektywy swojej „uczoności” i „cywilizowania” z odgórnym przekonaniem, że ogólnie to smród i ciemnota? Czy nie-miłość do mycia pojawiła się wraz ze wzrostem ludności, osiadłym trybem życia, większą ilością skupisk człowieków?

Autor powołuje się na Rowińskiego, który twierdził, że natknął się w Czarnogórze na takich, którzy przez całe życie nawet nie zwilżyli włosów, a gdy z jakiegoś powodu zostali do tego przymuszeni lub doszło do tej niesłychanej tragedii przypadkiem, obawiali się, że im to zaszkodzi (bali się, że dusza im się przeziębi, skoro mieszkała we włosach?) No dobra, śmiech śmiechem, ale argument raczej z tych słabszych, bo mogę powiedzieć i dzisiaj, że natknęłam się na takich, którzy wyglądali jakby nigdy nie mieli do czynienia z wodą, i to na bałkańskiej wsi tylko w centrum wielkiego miasta, na początku XX wieku a nie dalej jak wczoraj, więc ten tego…[4]

A co wcześniej, a co w Skandynawii, mości Pany? Może na początek kilka relacji…

Prawdopodobnie pierwszą rzucającą się w oczy cechą odzieży Skandynawów jest to, że była stosunkowo czysta. Większość ówczesnych Europejczyków rzadko kąpała się lub zmieniała odzienie. Skandynawowie jednak myli się (czasami w „parowej” bani lub saunie) i przebierali się raz w tygodniu. Bardzo dbali o swoje włosy: grzebienie były uniwersalnym i niezbędnym elementem gospodarstwa domowego. Daleko im było do wizerunku zaniedbanych barbarzyńców. W epoce Wikingów Skandynawowie byli najbardziej zadbanymi ludźmi w średniowiecznej Europie[5].

Mieszkańcy miasta mają szczęście w bliskości tego zbiornika wodnego, bo mogą wykorzystać go podwójnie i w różnych celach: do kąpieli i pobierania wody w celu oczyszczenia odzieży. Dla wygody tych, którzy myją się w tym miejscu, zbudowano drewnianą chatę w celu ochrony przed wiatrem i deszczem. W dawnych czasach chata miała solidne drzwi i szklane okna, a klucz, przechowywany w pewnym miejscu w mieście, mógł uzyskać każdy, kto zadał sobie trud, by w wyznaczone miejsce się udać[6].

Archeologiczne znaleziska przyborów toaletowych potwierdzają przekazy słowne, z których wyziera wizerunek ludzi raczej jak na współczesne im normy czystych i dbających o wygląd zewnętrzny. Piękne wzorzyste grzebienie są bardzo powszechne, najwyraźniej były używane przez ogół społeczeństwa, a nie tylko przedstawicieli wyższych sfer, którzy zostali ujęci na większości przedstawień i których groby zwykle są odnajdywane. Wśród przedmiotów znalezionych pojawiają się także pilniki, przedmioty, które służyły prawdopodobnie do czyszczenia stóp (co? Pumeksy? Nie podano – przyp. Aut.) pęsety, piękne tazy do prania, a ślady otarć zębów wskazują, że używano nawet wykałaczek do czyszczenia szczelin między zębami. Około roku 900 arabski kupiec Ahmed At-Tartuchi podróżował po krajach nordyckich i odnotował, że tamtejsi mieszkańcy bez względu na płeć „przyciemniali sobie oczy”.

Autor kroniki, która niewątpliwie powstała po epoce Wikingów (której kroniki? Jaki autor?) i spisano ją ze starożytnych źródeł, donosi, że sukces Wikingów wśród angielskich dam był spowodowany tym, że myli się w soboty, utrzymywali włosy w porządku i byli dobrze ubrani. Anonimowy angielski list, zawierający nauki pewnej osoby, adresowany do jego brata Edwarda, sprawia wrażenie, jakby Skandynawowie tamtych czasów byli dandysami i twórcami trendów. Autor listu upomina brata, by przylgnął do zwyczajów przodków anglosaskich i nie przestrzegał „duńskiej mody”, nie golił szyi[7]. Jednocześnie nie ma wątpliwości, że ludzie należący do niższych warstw społecznych – niewolnicy i rolnicy – wyglądali inaczej. Zgodnie z opisem znajdującym się w Rigstul, byli wyczerpani ciężką pracą i prawdopodobnie byli słabo odżywieni – czyli tak samo jak „u nas na wsi”. Podczas wędrówek i dalekich podróży handlowych Wikingowie nie zawsze wyglądali schludnie i czysto. Ibn Fadlan, który spotkał się z grupą Wikingów w pobliżu Wołgi około roku 920, uznał ich za „plemię” niezwykle brudne. Napisał: „To są najbardziej nieczyści ludzie ze wszystkich stworzeń Allaha. Nie kąpią się, radząc sobie z wielką lub małą potrzebą i po parzeniu się z kobietą, i nie myją rąk po jedzeniu. Zaprawdę, to są zagubione osły …” Jak wiecie, wszystko zależy od punktu widzenia, a wierny muzułmanin, który zgodnie ze swoją religią musiał kąpać się przed każdą z pięciu codziennych modlitw…no cóż, twierdziłby, że są ohydni nawet gdyby myli się dwa razy dziennie, bo wciąż o trzy za mało. Nadmienia co prawda, że wszyscy myją się rano, ale to również powoduje jego dezaprobatę, ponieważ odbywa się to w tej samej wodzie.

[1] Ibn Fadlān, Kitāb (Księga), z serii: „Źródła arabskie do dziejów Słowiańszczyzny”, t. III, oprac. Anna Kmietowicz, Franciszek Kmietowicz, Tadeusz Lewicki, Ossolineum 1985

[1]a Fragment według edycji G. Labudy z 1999 r. Ibrahima ibn Jakuba opis Słowian zachodnich, którego fragmenty zachowały się u al-Bekriego

[2] A.  A. Szachmatow, wybitny językoznawca  rosyjski;  por. jego Razyskanija o driewniejszich letojiisnych svodach, Petersburg 1908, ten sam który miał rację, w przeciwieństwie do Brucknera, że przy pewnym ważnym źródle coś kombinowano i redagowano jakieś 3 razy

[3]

[4] Nie doszukałam się o którego Rowińskiego chodzi, brak indeksu nazwisk, żaden ze znanych mi nie pasuje datą urodzenia do bycia tym, na którego powołuje się Moszyński, ten który by pasował urodził się po tym jak powstała książka, więc jak ktoś wie, niechże powie

[5] Kathryn Hinds. The Vikings. 1998

[6] Ida Pfeiffer. Journey to Iceland and travels in Sweden and Norway. London, 1852. From the German, by Charlotte Fenimore Cooper. – s. 113

[7] Nie pada ani o jaką kronikę chodzi, ani jaki list, podaję więc jako ciekawostkę, traktować z przymrużeniem oka. Эльсе Роэсдаль, Мир викингов, 1998

Write A Comment