Symbolika konia na wiele sposobów zależy od jego koloru. Biały koń jest wspaniałym symbolem życia dziennego (to znaczy „jasnych” słonecznych mocy), ducha oświecenia, zwycięstwa i triumfu; kasztanowaty jest uosobieniem szalejącego płomienia („koń-ogień”); kary (czarne) to złowrogie ucieleśnienie ciemności nocy, złych duchów i samej śmierci. W hinduizmie siwek pojawia się jako ostatnie wcielenie Wisznu (?brak przypisu); a w buddyzmie symbol Buddy, rzekomo opuszczającego świat na białym koniu. W  ikonografii chrześcijańskiej mityczne centaury, w połowie ludzie, w połowie konie, uosabiają tu grzeszne lęki, pożądanie, cudzołóstwo i herezję (wiadomo, oni zawsze mieli obsesję). Mongolskiej (tatarskiej) armii w kampanii zawsze towarzyszył święty biały koń, kłusujący na przedzie, na którego grzbiecie nikt pod żadnym pozorem nie mógł zasiadać, ponieważ powszechna wśród tamtejszego ludu była wiara, że to Sulde na nim jeździ, dając im zwycięstwo w bitwie i chwałę po jej zakończeniu. Większość narodów świata otaczała białe konie boską aureolą świętości.  Śnieżnobiały ogier, który był trzymany w świątyni Świętowita, był używany przez Słowian bałtyckich do uzyskiwania prognoz w szczególnie ważnych przypadkach. jeśli koń wyszedł ze świątyni z prawej strony, uważano go za szczęśliwy omen, a jeśli był z lewej strony, odwrotnie.

Kult koni jest praktyką duchową z archeologicznymi dowodami jego istnienia w epoce żelaza, a w niektórych miejscach już w epoce brązu. Był postrzegany jako posłaniec bogów, jako święte zwierzę związane z określonym bóstwem, lub jako zwierzę totemowe. Kulty koni i ofiary z nich były pierwotnie cechą kultur nomadów eurazjatyckich. Podczas gdy kult koni był prawie wyłącznie związany z kulturą indoeuropejską, we wczesnym średniowieczu został on również przyjęty przez ludy tureckie.

Hippomancja…brzmi dobrze, bo prawie jak nekromancja i atak zombie, nie? Kto nie wie co to takiego, niech przypomni sobie dzieciństwo: jeśli ktoś wpadł na genialny pomysł czytania mu wtedy makabrycznych baśni braci Grimm, ten niech będzie świadom, że to przez co ma traumę, czyli ucięta a nadal gadająca głowa biednej klaczy Fallady to właśnie był rodzaj hippomancji. Pomysł zaczerpnięty z mitologii germańskiej, czyli w przypadku tych baśni nic nowego – w tej akurat mamy wróżenie z koni bądź przypisywanie im zdolności wieszczych.

Wiadomo, wtedy to i z ptaków przepowiadali przyszłość, i z rozwleczonych po obejściu flaków, z kości (na Syberii sposób propsowany do dzisiaj), z wiatrów nawet, jeśli ktoś był zaprawiony w boju, więc dlaczego nie z siwków i gniadoszy? Ich rżenie, zachowania, sposób poruszania się po danym obszarze – ze wszystkiego można było coś wyczytać, jeśli się kto uparł.

Na wstępie należy zwrócić uwagę na pewną prawidłowość w występowaniu tych praktyk: przypisywanie rumakom cech wieszczych potwierdzają źródła dotyczące wszystkich ludów zamieszkujących tereny wokół morza Bałtyckiego, z wyjątkiem…Skandynawów, których uznaje się za najlepiej „opisanych” spośród wszystkich pogańskich obywateli tej części kontynentu. Logicznym więc byłoby założenie, że skoro Germanie już w starożytności używali koni zamiast szklanej kuli, a później ten sam zwyczaj przyjęli Słowianie i Bałtowie (chociaż niekoniecznie był to związek przyczynowo – skutkowy), do których tak zwani Wikingowie mieli przecież rzut kamieniem (na upartego mogli się nawet kłócić o miedzę), to i oni powinni znać ten sposób i małpować jedni od drugich, tak jak było  z szeregiem innych obrzędów.

A jednak coś nie zagrało (albo żaden ślad po tych końskich akcjach się nie zachował) bo w licznych przecież sagach i innych źródłach pisanych dotyczących Skandynawii próżno szukać o tym choćby wzmianki. Jedyne co pozostaje w tej sytuacji to studia porównawcze: hipotezy (w nich wszyscy zajmujący się tematyką Słowian powinni być mistrzami, ponieważ niewiele poza snuciem domysłów im pozostaje).

Wróżebność zwierząt to nie był żaden nowy pomysł ani nic zaskakującego, w kręgu wpływów indoeuropejskich szeroko rozpowszechnione było przekonanie, że mieszkańcy pól, lasów i mokradeł, dzicy i tajemniczy, silnie związani z siłami natury a oddaleni tym samym od świata ludzkich spraw, mieli być dzięki temu bliżej bogów (ja im nie zazdroszczę). Z powodu posiadania ogromnej głowy, przypisywano im [koniom] również nadludzką mądrość: mówi się do dziś, że ktoś ma „łeb jak koń”. Miały posiadać zdolność mówienia, choć do zwierzeń trudno było je namówić i czyniły to tylko w wyjątkowych sytuacjach[1].

Wielu badaczy (Mayer, Hofler – za nimi dalej podaje Słupecki) wiąże konie z płodnością i śmiercią, a więc dwiema dość istotnymi kwestiami, można powiedzieć, że kluczowymi dla istnienia społeczności (chociaż wtedy bardziej niż dziś było to widać z oczywistych przyczyn, to już temat na inny tekst, dobrze jest pamiętać, że wtedy ciągłość rodu i w ogóle potomstwo było koniecznym warunkiem przetrwania), więc konotacje z wymienionymi poniżej bogami na Północy, a u Słowian z Trzygłowem (czy jak kto woli Welesem) i Świętowitem wydają się naturalną koleją rzeczy.

Ludy germańskie otaczały konia wielką a szczerą czcią; mógł być przecież bliskim kumplem boga Wodana i dzięki temu (według Tacyta) jego powiernikiem czy też czymś na kształt medium przekazującemu ciemnym włościanom jego wolę. Literatura skandynawska od VIII do XI wieku podkreśla znaczenie koni w społeczeństwie Wikingów, jednak nigdzie nie jest wprost powiedziane, że czyniono przy ich pomocy jakieś wróżby, były ściśle związane z bogami, zwłaszcza Odynem (a więc niby pierwszym od magii i wszelkich wieszczb) i Freyrem, odgrywały główną rolę w praktykach pogrzebowych, a także w innych rytuałach, ale NIE TAKICH. Były ważnym i oczywistym symbolem płodności i wiele działań magicznych z tym związanych opierało się na ich grzbietach. Oprócz tego organizowano w celach obrzędowych walki koni, spożywano rytualnie mięso tych, z których wcześniej złożono ofiarę. Na Islandii pochówków wojowników z wierzchowcami jest więcej niż u nas kościołów (ale to tylko tak dodaję).[2] Indyjska Aśvamedha jest najwyraźniejszym zachowanym dowodem na powiązania koni z seksem, zapłodnieniem, urodzajem i władzą królewską.

Pierwszym [obszernym, z tych terenów] przekazem pisanym który dokładnie opisuje używanie świętych koni do celów wróżebnych jest „Germania” Tacyta, chociaż w przytoczonym fragmencie lekko minął się prawdą czy też pozwolił sobie na nieścisłość. Pisał, że „wyłączną właściwością tego ludu jest badać także przeczucia i ostrzeżenia koni”. Sprawa rozbija się o tę „wyłączną”, co nie było przecież prawdą, bo i Grecy i Rzymianie przypisywali czterokopytnym towarzyszom nadludzkie zdolności mentalne[3]: W Iliadzie Ksantos, wierny rumak Achillesa przepowiada mu nadchodzącą śmierć, a konie Patroklosa z daleka wyczuły jego ostatnie chwile i gorzko zapłakały nad jego losem. W Eneidzie cztery białe konie pojawiające się u brzegu są zapowiedzią rychłej wojny[4]. Herodot przytaczał historię o okolicznościach objęcia tronu przez Dariusza, który zawdzięczał go poniekąd koniom i ich opiekunowi, Ojbaresowi. Ogólnie możni i ważni panowie w Persji słynęli chyba z fantazji i nieszablonowych pomysłów skoro wymyślili, że ten zostanie królem, którego koń pierwszy zarży o świcie, beka prawie jak w polskim Sejmie. No ale jak powiedzieli jak zrobili: bogowie mieli zdjąć z ludzi odpowiedzialność i sami wskazać pomazańca. Wyszło na to, że wygrał ten, który miał najrozumniejszego koniuszego: ten Dariusza w przeddzień wyborów przyprowadził ogiera swego Pana we wskazane przez dostojników miejsce…a razem z nim nadobną klaczkę, i pozwolił im na małe tête-à-tête. Dama postarała się na tyle, że rankiem gdy przyprowadzono dariuszowego rumaka na miejsce tej gorącej schadzki, ten od razu skojarzył to z wiadomym i zarżał donośnie. Inna wersja[5] (czy też przekład) mówi, że Ojbares potarł ręką srom klaczy i gdy przyszła godzina próby, dał ją powąchać ogierowi, który poczuwszy zew odezwał się przed innymi, tym samym pakując właściciela na tron[6].

Więcej racji jest chyba u Tacyta, bo hippomancję jako taką w tamtym okresie zauważało się tylko u Germanów, powyższe przykłady Leszek Słupecki określa ordaliami, a nie wróżbami sensu stricto. Nieliczne, ale jednak, źródła średniowieczne potwierdzają przetrwanie tego zwyczaju aż do początków średniowiecza, czemu daje wyraz autor Indiculus superstitionum et paganiarum[7], w którym jak byk stoi o „czynieniu wróżb z ptaków i koni”[8], rzecz dotyczy zaś pogańskich i nieczystych praktyk u niegrzecznych Sasów. Żadne szczegóły niestety nie padają w dalszej części tekstu, w innych (późniejszych) pojawiają się co prawda konie jako istoty obdarzone darem wieszczym, jednak nie jako wyrocznie…

…których u Słowian były główną formą. Jak na nasze podwórko sporo źródeł poświadcza istnienie takich praktyk w średniowieczu[9].

Teraz ktoś mógłby zadać pytanie: po co się brało konia? Otóż śpieszę wyjaśnić, iż np. Germanie potwierdzali w ten sposób wolę Bogów, to znaczy, jak wódz powiedział A, to przyprowadzali wtedy szkapinę, żeby sprawdzić czy Wotan też wybrałby tę bramkę i wszystko klepnięte jak należy. U Tacyta tak został przedstawiony ten zwyczaj badania zwierzęcych przeczuć:

„Jak nikt inny przywiązują wagę do wróżb i wyroczni. Zasada wyroczni jest prosta: gałązkę odciętą z drzewa owocowego tną na kawałki, po czym, umieszczając na nich pewne znaki, rozrzucają je przypadkowo i byle jak na białej tkaninie. Następnie kapłan plemienia, jeśli rzecz jest publiczna, albo ojciec rodziny, jeśli prywatna, wzywa bogów i spoglądając w niebo podnosi jeden po drugim trzy z nich, interpretując je stosownie do wyrytych uprzednio znaków. Jeśli są nieprzychylne, nie zasięga się ponownie rady w tej sprawie aż do końca dnia, jeśli zaś dają pozwolenie, szuka się jeszcze potwierdzenia we wróżbach. Znają i tu wróżby z głosów oraz z lotu ptaków; co zaś osobliwe – słuchają również przepowiedni i ostrzeżeń koni. Żywi się je na koszt publiczny w owych lasach i gajach, białe, nieskalane żadną pracą dla człowieka; zaprzężonym do świętego wozu towarzyszy kapłan z królem albo naczelnikiem plemienia, wsłuchując się w ich parskanie i rżenie. A żadna wróżba nie jest od tej bardziej wiarygodna, nie tylko wśród ludu, lecz także wśród możnych i kapłanów. Ci bowiem uważają siebie za sługi bogów, konie – za ich powierników. Istnieje jeszcze inna praktyka wróżb, które przepowiadają im wynik ciężkich wojen. Jeńca z tego ludu, z którym toczy się wojna, jakimś sposobem pochwyconego, stawiają do walki z wybranym spośród swoich współplemieńców. Każdy walczy ojczystą bronią, a zwycięstwo jednego lub drugiego przyjmują za przepowiednie”.

Wynika z tego, że te konie były wtedy w takim charakterze jak u nas kościół, instytucja, na którą wszyscy musieli się zrzucać, z tą tylko różnicą, że były mniej szkodliwe i nie przepieprzały hajsu, jest też szansa, że częściej miały rację. No bo to nie były jakieś tam zwykłe pierwsze lepsze konie, tylko takie specjalne, nieskalane ręką ludzką, nie mogły pracować, być siodłane ani kiełznane, żadnego zaprzęgania, roboty w polu, tulenia, miziania ani w ogóle, czyli im mniej kontaktu ze światem ludzkim tym lepiej – wiadomo, że wtedy nie traciły łączności z najwyższymi, więc mogły poniekąd przemawiać ich głosem. To co było przynależne do świata człowieka, w świadomości pogan automatycznie nabywało wszelkich jego naleciałości, więc…no albo rybka albo pipka, trochę tu trochę tam mogą być tylko koty (jak ktoś Constantine oglądał).

Skoro zwierzęta nie były z pierwszej łapanki, to ani miejsce, ani czas, ani obserwatorzy nie mogły być przypadkowe, przyjmuje się, że takie obrzędy odbywały się tylko przy okazji ważnych świąt. Interpretowaniem zachowania koni zajmowali się najwyżsi kapłani nadzorowani przez króla (władcę). Łatwo więc można sobie wyobrazić, że taka fauniarska wyrocznia była super hiper wow, skoro pieczę nad nią sprawowali stojący na szczycie hierarchii społecznej: w końcu dwóch najwyższych suwerenów, jeden od spraw ziemskich, drugi od duchowych, a więc akcja nie w kij pierdział. Germanie w przeciwieństwie do Słowian uprawiali te praktyki w sposób bardziej archaiczny – konie ciągnęły bowiem specjalny wóz, w domyśle przeznaczony dla Bogów, żaden człowiek nie mógł nigdy w nim zasiadać (koń wróżebny u Słowian był siodłany).

W tym momencie pomijam całe ogromne rozdziały o świętych wozach, praktykach agrarnych, Olegu, bo musiałoby to mieć 50 stron i skupiam się na Słowianach/Bałtach. Na terenach dzisiejszej Polski konie wróżebne hodowano przy trzech ważnych ośrodkach kultu, a więc w świątyniach: Radogoszczy, Szczecinie i w Arkonie, które pełniły rolę głównych sanktuariów Związku Lucickiego, Pomorzan i Rugian[10]. Najwięcej na temat tego, co oni tam odjaniepawlali dowiadujemy się od Thietmara i Adama z Bremy, chociaż bywa, że jeden drugiemu zaprzecza, to co jak co, ale do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, więc wszystko spoko.

Dla starannej opieki nad tym wszystkim [świątynią Swarożyca w Radogoszczy] ustanowili tubylcy specjalnych kapłanów. Kiedy [Lucicy] zbierają się tu, aby składać ofiary bałwanom lub uśmierzyć ich gniew, wszyscy stoją, tylko kapłani siedzą i mrucząc o siebie nawzajem tajemne wyrazy, rozkopują z drżeniem ziemię, z której wydobywają losy i na ich podstawie poszukują rozstrzygnięcia wątpliwych spraw. Po zakończeniu wróżby przykrywają losy zieloną darnią i przez dwie włócznie wbite na krzyż grotami w ziemię przeprowadzają z pokorą konia, którego uważają za największego wśród innych i czczą jak świętość. Tedy po uprzednim losowaniu, przez które przedtem już to badali, podejmują w tej samej sprawie ponowną wróżbę przez to jakoby boskie zwierzę. Jeżeli z obu tych czynności wypadnie jednakowa przepowiednia, wprowadzają zamiar w czyn. Jeżeli zaś nie, to zasmucony lud całkiem rezygnuje z zamiaru.

Z jakiego powodu się smucili i dlaczego nie powtarzali wróżby, co było gdy jedna wypadła sprzecznie wobec drugiej, czy ważniejszy był koń czy te tajemnicze „losy”? To nie miejsce i czas by o tym pisać, bo rzecz mało konia dotyczy, a bardziej podobieństw pomiędzy tym szeptaniem i zaklęciami a podobnymi rytuałami znanymi z Północy. W późniejszej Kronice Inflanckiej (a więc mamy o Bałtach) pojawiają się wzmianki i właściwie identycznych zwyczajach przezeń praktykowanych: Brata Teodoryka Liwowie z Torejdy zamierzali złożyć w ofierze swoim bogom, ponieważ jego plony były obfite, a na ich polach zboża zniszczały wskutek deszczów i powodzi. Zebrano więc lud, aby przez wyrocznię zbadać wolę bogów co do zamierzonej ofiary. Kładą włócznie, stąpa koń i za bożym zrządzeniem stawia najpierw tę nogę, która przeznacza do życia. Modli się brat ustami, błogosławi ręką. Kapłan wyroczni uznaje, że to bóg chrześcijan usiadł na końskim grzbiecie i tak prowadzi nogę konia, aby ją pierwszą postawił. Dlatego należy przetrzeć grzbiet konia, aby ten bóg spadł. Gdy to uczyniono, a koń znów jak poprzednio postawił najpierw nogę życia, brat Teodoryk został zachowany przy życiu[11]. Widzimy proszę wycieczki, że folklor mieli interesujący i nawet z dzisiejszej perspektywy wydaje się kuszący do próbnego wprowadzenia, taki wyrok będzie miał wagę podobną do większości wydawanych przez sędziów sądów wszystkich szczebli w nieszczęśliwym a drogim mi mimo wszystko Kraju Nad Wisłą. Proszę ja Was, jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że koń to wykaże złą wolę. 😉

Warto nadmienić, że z treści kroniki jasno wynika szczególne przeznaczenie grodu – typowo obrzędowe/świątynne, bo nie było w nim nic oprócz chramu danego bóstwa. Można więc rozumieć, że zbierano się tam tylko w istotnych i wyjątkowych okolicznościach (chociaż pole do domysłów Thietmar pozostawia duże, informując jedynie, że ‘Lucicy przychodzili tam by składać ofiary idolom, nie mówi jednak w tym miejscu wprost jakim, co kiedy ani dlaczego), stoi wszak, że wstęp mieli tylko kapłani, wierni przynoszący ofiarę lub chcący zasięgnąć opinii wyroczni (ale co, zwykli ludzie pytali tego konia?). Dopiero dalej, wracając do kwestii grodu w Radogoszczy pisze, że „ruszając na wojnę pozdrawiają [gród] i jeśli jej wynik jest dla nich pomyślny, zbierają się w świątyni i przy pomocy rzeczonego konia badają wolę Bogów jakiej wdzięczności oczekują za sprzyjanie im na polu walki, i co im wyjdzie, takie dary składają, bo wiadomo, że na krzywy ryj wojen wygrywać nie wypada.

Grzebanie ziemi w poszukiwaniu losów wydaje się na pierwszy rzut oka najmniej w tych przekazach interesujące, jeśli pominąć reakcję kapłanów na tę czynność, którą kronikarz chyba nie bez powodu wspomina, może rzeczywiście była jakaś dziwna: gdyby koleś raz na sto razy tylko się wzdrygnął, pewnie nikt nie zwróciłby uwagi, a jednak stało się inaczej. Dlaczego ma to związek z wykopywaniem płytkiego dołka? Z powodu bezpośredniego udziału najwyższych sił w tym rytualne, do tego stopnia, że (ziemia – chtoniczność) to trochę tak, jakby wyciągał im te losy prosto z ręki? Czy może przyczyna jest inna i dołek to nie był zwykły dołek i nie tylko kamyki czy gałązki były w nim zakopane, ale coś jeszcze, co powodowało taką mimowolną reakcję organizmu (to nie jest ani jedyny ani najstarszy przekaz o rozpadlinach, dziurach, dołkach, parowach, które na zwyczajne tylko wyglądały, Pytia piła wodę ze świętego źródła Kassotis, potem siadała na trójnogu ustawionym nad rozpadliną i wdychając odurzające wyziewy udzielała odpowiedzi. Kapłanka wypowiadała się w formie heksametrycznej. Może oni też zostawiali sobie tam jakąś niespodziankę? 😀

Ottona –od głupiego ludu pogańskiego doznawał czci bożek Trzygłów. Warto przytoczyć opis jego  kultu: Prócz tego obywatele chowali zwykle także konia pięknego kształtu, którego nazywano    koniem    boga    Trzygłowa.    Również    jego    siodło    złotem i srebrem, jak na boga przystało, przyozdobione przechowywał w jednej z kontyn kapłan  pogański.  Osiodłany  nim  koń  boski  w  oznaczonym  miejscu  i  czasie występował, kiedy ów lud pogański różnym błędem uwiedziony gromadził się dla zasięgnięcia wróżby. Był zaś następujący zwyczaj zasięgania wróżb. Ustawiwszy tu i tam szereg włóczni kazali koniowi Trzygłowa przez nie przechodzić. Kiedy ten krocząc nie dotknął żadnej z nich, uważano przepowiednię za pomyślną, by siedząc na koniach wyruszali w celach grabieży.

Jeżeli natomiast którejś z nich dotknął swoim kopytem, to uważali, że bóstwo nie pozwala im dosiadać koni; zwracali się wtedy zaraz do rzucenia losów, na podstawie których mogliby poznać, czy okrętem czy też raczej pieszo powinni udać się na rozbój. Z każdego zaś łupu, jaki zdobyli,  zwykli  składać  dziesięcinę  i  w  każdej  okoliczności  udawali  się  zawsze  do wymienionych kontyn, aby boga Trzygłowa zapytać o przyszły wynik. Należy dodać, że biskup bamberski  Otto w czasie akcji misyjnej rozbił posąg Trzygłowa, ale  trzy  posrebrzane  jego głowy,  od  których  to  właśnie  nazwano  go  Trzygłowem. – Tak było w Szczecinie i jeśli wierzyć w treść Żywotu z Prufening, mieszkańcy tamtych terenów ze wszystkim udawali się do kąciny by Trzygłów rozsądził co mają dalej czynić, to znaczy przy pomocy konia dowiadywali się, czy mają iść na wojnę. Jeśli coś poszło źle, to szczwane lisy drążyły dalej, czy może Bóg życzy sobie, by szli na piechotę albo popłynęli, skoro na wierzchowcach średnio. 😀 Uznawano, że skoro Trzygłów bierze z każdego łupu swoją dolę to i w jego interesie jest powodzenie wyprawy, jak hajs miał się zgadzać, to raczej musiał dobrze wybierać gdzie, kiedy i jak mają okraść swoich sąsiadów z życia i dobytku. Można to jakoś szanować, przyznaję.

Według Herborda w szczecińskiej świątyni rezydował koń naprawdę niezwykły, ogromnej wielkości, postawny, calutki czarny jak smoła i dziki do tego stopnia, że nijak człowiek żadnej władzy sprawować nad nim nie mógł (pytanie co to w jego rozumieniu znaczyło, że był wysoki, przecież to kwestia perspektywy, oni byli od nas jednak sporo niżsi). Oczywiście przez cały rok nikt go nie dosiadał (może by tego nie przeżył), a zajmował się nim specjalnie tylko do tego wyznaczony kapłan.

Rozkładano na ziemi dziewięć włóczni w pewnych odstępach od siebie, siodłano konia i zakładano mu uzdę, a następnie wspomniany wyżej kapłan-opiekun prowadził konia poprzez włócznie tam i z powrotem. Jeśli włócznie pozostały nienaruszone, a koń przeszedł krokiem pewnym bez jakichkolwiek potknięć, wróżba była pomyślna i można było ruszać na wyprawę, jeśli rumak akurat nie miał humoru, spłoszył się, potknął, dotknął kopytem drzewca albo w ogóle nie chciał iść, ze smutkiem stwierdzano, że Trzygłów nie ma woli by rozpoczęli wojnę, więc na chwilę dawali sobie spokój.

[1] Bardzo częsty motyw w bajkach. Mayer, A. (1950) ‚Das mantische Pferd in lateinischen Texten des Mittelalters, s. 130

[2] Jennbert, Kristina (2006). The Horse and its role in Icelandic burial practices, mythology, and society. pp. 130–133

[3] W religii galijsko-rzymskiej Epona była obrońcą koni, kucyków, osłów i mułów. Była szczególnie boginią płodności, o czym świadczą jej atrybuty patery, róg obfitości, kłosy zboża i obecność źrebiąt w niektórych rzeźbach. Ona i jej konie również mogły być przywódcami duszy w jeździe po życiu, z podobieństwami w Rhiannon z Mabinogionu

[4] „Pierwszą tu wróżbę, cztery konie widzę,
Swobodnie trawę szczypiące na błoniu
A jak śnieg białe. Rzekł ojciec Anchizes:
„Wojnę, o ziemio gościny, nam niesiesz.
Wojnie się zbroi konie, takie stada
Wojnę zwiastują. Lecz te czworonogi
Można też nagiąć do ciągnięcia wozu,
By w jarzmie zgodne poddały się uzdom.
Jest i pokoju nadzieja”

[5] Taką podaje Herodot

[6] Podobno siła wyższa mimo wszystko dała znać, że propsuje wybór, bo nagle z jasnego nieba błysnęło i zagrzmiało.

[7] Jest zbiorem identyfikującym i potępiającym przesądne i pogańskie wierzenia wciąż żywe na północy Galii oraz wśród Sasów w czasie ich ujarzmienia i nawrócenia przez Karola Wielkiego. Z oryginalnego manuskryptu pozostaje tylko okładka, która zawiera trzydzieści rozdziałów.

[8] „de auguriis vel avium vel equorum”

[9] Kroniki mówiące o świątyniach i obrzędach, dalej o tym jest

[10] L.P. Słupecki, Slavonic Pagan Sanctuaries, Warszawa 1994, s. 24

[11] Heinrici Cronicon Lyvoniae. Autorem kroniki jest Henryk Łotysz (Henricus de Lettis). Według kronik, był księdzem katolickim i naocznym świadkiem opisywanych wydarzeń. Przypuszczalnie urodził się między 1180 a 1188 rokiem w Saksonii. Otrzymał staranne wykształcenie spędzając młodość na dworze biskupim Alberta von Buxhövden. Do Liwonii dotarł w 1205, a w 1208 przyjął święcenia kapłańskie. Pracował w Liwonii jako misjonarz, brał też udział w kilku kampaniach przeciwko poganom

Write A Comment