Co to w końcu są te Zielone Świątki i czemu świątki, a nie święta, skoro takie chrześcijańskie, kościelne i ważne, a jak wiadomo tam od lewa do prawa i od góry do dołu wszystko jest wielkie, boże i albowiem amen. Świątki kojarzą się bardziej z drewnianymi rzeźbami smutnych chłopków szemranej profesji, nie wiadomo, czy to włóczędzy, szamani, melancholijni zbóje (wszystkie dziewczyny w tej chwili dają lajka) niż z jakimiś poważnymi obchodami pełnymi cierpiętniczych uniesień i nakolanapadaństwa. Nasuwa się pytanie, a odpowiedź leży tuż obok: tradycyjnie zaadaptowano kilka pogańskich zwyczajów, połączono w jeden i dorobiono ideologię, żeby wilk był syty i owieczka cała: niech ludkowie na wsiach po wsiach i siołach sobie dalej robią swoje, ale niech się nazywa, że pod naszym szyldem, egidą i filozofią, więc grzechu nie ma, bo Bóg za próg kościoła przecież nie wychodzi, więc o co kaman, odpękamy co trzeba przed ołtarzem a dalej róbta co chceta. Podobno to święto było obchodzone już przez Hebrejów jakies trzynaście wieków przed Chrystusem, na pamiątkę objawienia Mojżeszowi dziesięciu przykazań, a właściwie tablic z nimi. Chrześcijanie ustanowili Zesłanie Ducha Świętego by upamiętnić zesłanie tegoż na apostołów, dokoptowano jeszcze do tego utworzenie pierwszej gminy wyznaniowej w Jezuruzalem. Przez długie wieki było dwudniowym świętem ruchomym, obchodzonym pięćdziesiąt dni po Wielkanocy. Tyle oficjalnie, a nieoficjalnie wiadomo, żadne zesłanie to nie było, a po prostu słowiańskie „nowe lato” – zieleń była wtedy najbujniejsza, wszystko kwitło, rosło, i „rodziło się aż miło”, okazja do imprezy dobra jak każda inna[1].

Gdy się ściemni w wieczór Zielonych Świątek, wychodzą wszyscy w pole. Parobczaki układają z chróstu stos ogromny, ale naprzód obchodzą z pochodniami miedze swych pół, a potem zapalają sobótkę, muzyka gra, strzelają, tańczą koło ognia i skaczą przezeń. Gdy się sobótka dopali czynią znak krzyża świętego nad ogniskiem.(…) Wiele bowiem starożytnych lechickich zwyczajów składających się niegdyś na uroczystości wiosenne rozpoczynające każde Nowe Lato przyłączył naród do święta kościelnego obchodzonego w tej samej porze roku. W ludowej tradycji w tym dniu miały miejsce obrzędy o wymowie mniej lub więcej magicznej[2]. W rzeszowskim rolnicy chodzili wokół pól z zapalonymi smolnymi pochodniami i krzyczeli:

„Świeć się świeć! Uciekaj śnieć!

Uciekaj śnieciu, bo cię będę świecił!

Uciekaj, kąkolu, bo cie będę smolił!”

Ewa Ferenc opisuje zwyczaj zielonoświątkowy z Podlasia. Pasterze oprowadzali po wsi wołu ze słomianą kukłą na grzbiecie. Odwiedzali zagrody i zbierali datki, które wieczorem przepijali w miejscowej karczmie. Nie tylko oni byli ucztującymi, cała wieś dołączała do nich. Każda okazja do zabawy jest dobra. Z opowieści dziadka pamiętam historie tak zwanego „odbierania krowom mleka”. Miejscowe czarownice mogły spowodować, że krowa przestawała dawać mleko. Można się było przeciw temu zabezpieczyć prze magiczne praktyki w dzień Zielonych Świąt. Wyżej wspomniana autorka przytacza jedną z taki praktyk z Sieradzkiego. Gospodynie gotowały całą noc poświęcone ziele. Z wywarem wybiegały na rozstaje dróg i zbierały rosę, mówiąc: „Cudzego nie chcę, a swojego nie dam”. Przed wschodem słońca wracały, mieszały wywar z rosą i mąką, mówiąc: „I mleko będzie, czarownica nie odbierze”. Następnie dawano tę polewkę do wypicia krowom. Nie zawsze to pomagało, bo mój dziadek, aby się zabezpieczyć przed czarownicą, która „zabrała mleko” udał się do tzw. „owczarza”, który cały ten harem ogarniał i miał nam nim władzę.

Z biegiem czasu jak kościołowi się okrzepło, to niby te pogańskie gusła tępił, niby zabraniał, wolno było tylko ozdabiać domy i obejścia świeżą zielenią, pierwotny zamysł był taki, że włościanie chcieli „sprowadzić” sobie dobre plony, później wyjaśniano, że takie przygotowania czyniono na „godne przyjęcie Ducha Świętego”, który to niniejszym wtedy zstępował.

Zesłanie Ducha Świętego czyli Zielone Święta, do których przyłączono szczątki różnych prastarych lechickich zwyczajów i obrzędów wiosennych, jak np. obchodzenie granic „z królewną”, na Kujawach wybieranie „króla pasterzy”, na Podlasiu „wołowe wesele”. Na Śląsku odbywały się wyścigi konne, a pierwszy młodzian, który przybył do oznaczonej mety, okrzykiwany był „królem”, ostatni zaś Rochwistem. Zwyczaj ten przypominał legendowe wyścigi o koronę polską za doby pierwszych Piastów. Odwieczny wpływ zwyczajów rolniczych starej Lechii na uczące się rolnictwa od Lechitów plemiona prusko-litewskie, pozostawił w spadku podobieństwo wielu zwyczajów a pomiędzy nimi i święto pasterzy, zwane po litewsku od siódmej niedzieli po Wielkiejnocy: Sekmine. O zwyczaju tym pisze Narbutt w „Historyi narodu litewskiego” (t. I, str. 303), Jucewicz we „Wspomnieniach Żmujdzi”, a najszczegółowiej opisał go Mścisław Kamiński w „Tygodniku Ilustrowanym” (r. 1864, t. IX, str. 144). W temże piśmie z r. 1862 znajdujemy „Obchód Zielonych Świątek w Krakowie” (t. V, str. 225) i „Uroczystość zesłania Ducha Świętego” (t. V, str. 233).

Średnio podobającym mi się zwyczajem było „wołowe wesele”, które miało miejsce w drugi dzień obchodów młodego latka: chłopcy wybierali najdorodniejszego byka ze stada, owijali płótnem (szyjąc w ten sposób garnitur), przyozdabiali ziołami, kwieciem i wszystkimi dostępnymi w tym okresie darami natury, obwieszali go wieńcami jak rapera szpejem, robili ze wstążek długie kolorowe lejce i tak prowadzali po wsi, przy wtórze wrzasków i strzelania batów (co świadczy o tym, że konotacje choćby były typom nieznane, były raczej błagalno – odstraszalne, hałas zawsze pełnił rolę młota na złe duchy, a bat „przecinający” powietrze miał mieć dla nich wyjątkowo szkodliwe działanie, jedna z teorii mówi wszak, że dusza ludzka ma formę gazową, to znaczy składa się z powietrza, oddechu, pary). Ćwoki wodzili biedne zwierzę po obejściach i chałupach, zarabiając na jego nieszczęściu hajsy i gromadząc otrzymaną żywność (która z definicji miała być prezentem dla ustrojonego wołu). Jak już pozbierali co mogli, nieszczęsny Pan Młody był uwalniany, a chłopaki z prowiantu który udało im się wycyganić urządzali srogą bibę, na który zapraszali laski, bimber i duchy lasu w niekoniecznie takiej kolejności[3].

Wśród Słowian święto Trójcy Świętej kończy wiosenny cykl świąt i rozpoczyna się nowy sezon letni. Uważa się, że święto Trójcy zostało wprowadzone do praktyki rytualnej Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej na początku XV wieku przez Sergiusza z Radoneża. Przez długi czas starożytne obrzędy tygodnia Semyt zostały stopniowo przeniesione do Trójcy. W wielu miejscach proces ten został w pełni zakończony w XIX wieku. W niektórych przypadkach obrzędy Zielonych Świątek Wniebowstąpienia („drzewo Majowe”, „spotkanie syren”) zostały włączone pod kościelne obrzędy. Kompleks rytualny jest w większości przypadków uznawany za granicę między wiosną i latem, ponieważ przypada na szczyt rozkwitu przyrody”. Głównymi składnikami uroczystości były rytuały związane z kultem roślinności, uroczystościami dla dziewcząt, inicjacjami, upamiętnieniem tych, którzy umarli dziwną śmiercią, w szczególności utopionych, z których wiadomo kto się mógł zrodzić, straszny topielec utopiec wodianoi, lub w ogóle wszystkich którzy mieli (nie)szczęście zejść z tego świata. Na Ukrainie wierzono, że zmarli przybywają w te dni na ziemię (podobnie jak w inne graniczne czy specjalne daty), by chodzić wśród żywych, co nie do końca chyba się wszem i wobec podobało, ale każdy się bał powiedzieć głośno. 😉

Ukraińcy wierzyli, że Trójca Święta jest obchodzona, ponieważ w tym dniu Pan stworzył Ziemię i zasiał ją roślinami, ale to już raczej późniejsze przekonanie. Tego dnia pieczono ciasta i bochenki, wyplatano wieńce i łuki z witek brzozy (na południu klonu) i i ozdabiano je kwiatami, zapraszano gości, bawiono się i ogólnie była sroga biba. Dodatkowo młodzi  organizowali spacer po lasach i łąkach, więc ten, czczone było wszelkie życie afirmowana płodność ziemi itepe. Dziewczyny zakładały najlepsze stroje, często szyte specjalnie na te święta. W rejonie Biełgorodu, na każdy dzień cyklu świątecznego, zakładano specjalną sukienkę: czerwone były noszone na Świętej Trójcy, w niedzielę – białe, w poniedziałek – lniane[4]. Głowy zdobiły wieńce z trawy i kwiatów; na północy zastąpiono je kapeluszami wyhaftowanymi złotymi nitkami i metalowymi płytkami, które nie były noszone w inne święta, korowody przemierzały wsie i lasy, śpiewając piosenkę „Trzcina – trawa, woda źródlana” (str. Rogovatoe), a melodię do niej chłopcy „dzwonili” (bijąc) w kosy i sierpy – co po raz kolejny dowodzi, że wiele elementów jest pozostałością archaicznych świąt agrarnych i mających zapewnić płodność ziemi, dobrą pogodę na czas zbliżających się wielkimi krokami żniw oraz obfite plony. Znamienne, że w zabawach uczestniczyli przeważnie młodzi ludzie stanu wolnego, ale mogli również brać udział narzeczeni lub małżeństwa, między którymi „nadal płonął ogień”. No kult stary jak świat.

Dziewczyny dają sobie nawzajem wstążki i wymieniają pierścienie oraz specjalnie na tę okazję plecione wieńce, które potem przechowuje się na znak „sojuszu” – wspominałam już, że to święto było również czasem kobiecej inicjacji, przyjęciem do „babskiego kręgu”. Na Białorusi jedna z najbardziej szanowanych kobiet w wiosce, która dobrze znała obrządek, gromadziła dziewczyny, które chciały dołączyć do towarzystwa i „przeprowadzała je” przez różne takie rytuały…😉 Zupę grzybową gotowały. Nie było szczególnego wieku, w którym można było wziąć udział w takiej sesji, ale opinia rodziców była koniecznie brana pod uwagę. W brzozowym zagajniku dziewczęta śpiewały zaklichki, zawijały wierzchołki lub gałęzie brzóz w formie łuków, tańczyły na planie koła i wykonywały ceremonię: dwie dziewczyny przechodziły trzymając się za ręce pod brzozowym łukiem, całowały się i obdarowywały prezentami (pierścionki, wstążki itp.), po wszystkim zajadano się…jajkami, no dziwne.

W niektórych lokalnych tradycjach uważano ten dzień za ostatni moment panowania syren, rusałek i różnych takich koleżanek, które od tej pory nie mogły już zagrażać ludziom i siedziały cicho do następnego roku, w innych zaś, że to ostatnia chwila spokoju od nich i jak teraz wylezą, to umarł w butach, trzeba będzie uważać przy każdym podejściu do byle zbiornika wodnego. Uosobieniem złych duchów, chodzących po ziemi, byli mumowie, zwani „Diedami” (spoko, tam wszyscy są did, died, diduszka, nigdy nie wiadomo o co kaman). Aby chronić swoje domy przed ich zgubnym wpływem, chłopi z niektórych guberni rysowali kredą symbole nad drzwiami i oknami, żeby włóczące się pomioty złego nie mogły przekroczyć progu ich chałup. Tam gdzie propsowano opcję gorszą, czyli taką, że demony rządzą niepodzielnie przez całe lato i dręczą kąpiących się i szukających ochłody w upalne dni, i dopiero zamróz wygna je na dobre na głębiny i niedostępne moczary, istniało przekonanie, że w zielonoświątkową noc wodne stwory wychodzą na pola… W szalonym korowodzie wbiegają w zaczynające się złocić zboże i harcują w nim przez 7 dni i nocy, a kto takich gagatków napotka, nie ujdzie żywy, załaskoczą go, zatańczą, zanęcą, zapodniecą na śmierć. Nie było odważnego, nikt na skróty nie śmiał chodzić, jeśli już trzeba było, to boczkiem, boczkiem, ścieżką, szybko…chyba że kto zguby szukał, wtedy wybierał taki los…

Na Białorusi chyba nie słyszeli o takim niebezpieczeństwie, za to byli bardziej pragmatyczni i woleli się bawić, był tam zwyczaj wśród młodzieży mianowicie taki, że w noc nowoletnią „gonili syreny” po polach, to znaczy chłopcy z dziewczętami do spółki, na bosaka, one w sukienkach takich, że bardziej jakby nagie były niż ubrane, z brzozowymi witkami w rękach, którymi to wodnice miały za karę dostać po łydkach. Czy kiedyś jakąś złapano, czy przepędzono z rodzącej plon ziemi, czy w ogóle trwało to dłużej niż do najbliższego zagonu…? Tego nie wiem nawet ja.

 

[1] Золотые правила народной культуры / О. В. Котович, И. И. Крук. — Мн.: Адукацыя i выхаванне, 2010. — 592 с

[2] „Obchód Zielonych Świątek w Krakowie” (t. V, str. 225) i „Uroczystość zesłania Ducha Świętego” (t. V, str. 233). Zygm. Gloger zebrał odnośne wiadomości w swoim „Roku polskim” (str. 225).

[3] Катовiч А., Крук Я. Летнiя святы. Книга 1. Навуковае выданне. — Мн.: Адукацыя i выхаванне, 2009. — s. 368

[4] Супруненко В. П. Ми українці. Енціклопедія українознавства. У 2-х кн. — Дніпропетровськ: Дніпрокнига, 1999. — s. 412

Write A Comment