Wczoraj sporą karierę zrobiło hasło, że albo się zostaje profesorem albo wie jak działa muchomor, jedno drugiemu może przeszkadzać i zwykle chyba tak właśnie się dzieje, dlatego też piszę w tej chwili te słowa na blogu, zamiast gromadzić punkty na uczelni.

Jak to w końcu było, ćpali czy nie ćpali, a skoro nie ćpali, to jak to wszystko wymyślili, na czym polegały rytuały, skąd brały się wieszcze zdolności, dziwne transy, przekonanie o „łączności” z Bogami? Mieli bardziej otwarte umysły i Matka Natura dzięki temu do nich przemawiała, czy mieli jakieś wejścia i „kabelki” jak w Avatarze? Jeśli chodzi o Słowian, to jak zwykle musimy opierać się na domysłach i działać na zasadzie analogii. Zażywanie grzybów i roślin halucynogennych znane było ludzkości od zarania dziejów.

Sugerowanie, że ludy nordyckie lub anglosaskie mogły wykorzystywać tak potężny grzyb jakim jest łysiczka, wcale nie jest  absurdalne: muchomory i wszelkie psylocyby rosną przecież prawie wszędzie, można je znaleźć w całej północnej Europie, nawet w niegościnnych ojczyznach wikingów, takich jak Islandia i Wyspy Owcze. Każdej jesieni pojawiają się na trawnikach, polach, w przydrożnych rowach i na pastwiskach całej Europy, gdyby dobrze poszukać, i pod blokiem się znajdą, ale to akurat nie jest najlepsze źródło ich pozyskiwania. W czasach średniowiecznych ludzie byli bardzo świadomi swojego naturalnego otoczenia i opracowywali wszelkiego rodzaju środki tak zwanej medycyny ludowej, aby leczyć pospolite dolegliwości za pomocą ziół, korzeni i grzybów. Czapki wolności są o wiele silniejsze i powszechniejsze niż magiczne grzyby używane przez Azteków, więc doskonale można sobie wyobrazić, że nasi przodkowie korzystali z tego dobrodziejstwa nie tylko w celach leczniczych… W starożytnych kulturach Persów i Hindusów odnajdujemy wzmianki o cudownych właściwościach odurzającego napoju podarowanego człowiekowi przez bogów. Znany jako Soma dla Hindusów i Haoma dla Irańczyków, nosi więcej niż tylko podobieństwo do świętego miodu opisanego w mitologii nordyckiej. Konopie były z pewnością obecne także w starożytnych Indiach i mogły być składnikiem Somy. Konopie znaleziono również w aryjskim pochówku na pustyni Gobi z najstarszą mumią, jaką kiedykolwiek odkryto. Muchomor jest uważany za kolejny składnik tej upragnionej cudowności. Istnieją dowody, że szamańskie ludy północnej Syberii piły mocz ludzi lub zwierząt, które zjadały grzyby halucynogenne, co dowodzi, że dobrze kumali czaczę i wiedzieli jak uniknąć przykrych skutków ubocznych związanych z przyjmowaniem zupy czy wywaru (dolegliwości ze strony układu pokarmowego), taki przefiltrowany przez wątrobę nie zawierał już toksyn, które powodują, że można rzygać dalej niż się widzi. Nauczyli się korzystać z dobrych stron przy niwelacji złych, idealnie.

Pewne podobieństwa kulturowe oraz relatywnie niewielka odległość dzieląca chwilami te dwie kultury kazała wielokrotnie powtarzać pytanie, czy hardzi wikingowie też lubili sobie przetrącić czerwonogłowego muchomorka ewentualnie dorzucić go do grzybowej, czy jednak zostawali tylko przy  czapkach wolności. Już w 1784 r. szwedzki profesor Samuel Ödmann twierdził, że dzielni nordyccy wojownicy Odyna wprawiali się w rodzaj transu czy też szału bitewnego właśnie dzięki właściwościom tego uroczego grzyba – berserkerzy przed bitwą posilali się wywarem niczym Asterix, i dzięki temu nie znali bólu ni strachu, stawali więc w polu jak ich Bogowie stworzyli, odziani tylko w skóry dzikich zwierząt (to najbardziej prawdopodobna teoria odnośnie do pochodzenia nazwy: może oni wcale nie byli niedźwiedziami metaforycznie, tylko naprawdę się za nie przebierali?) Jednak każdy kto próbował tego „miodu” wie, że musieliby mieć jakiś specjalny sposób na przygotowanie takiego specyfiku, w najprostszej formie stan jaki wywołuje daleki jest od furii i uniesienia, jak po tym unikać broni wroga i jeszcze celnie zadawać ciosy swoją, kiedy nie do końca wiadomo co się dzieje, że tak obrazowo to ujmę: głowa swoje, ciało swoje. 😀

W książce „The Food of GodsTerence Kemp McKenna twierdził, że bardziej prawdopodobne jest, że to Psilocybe cubensis a nie czerwony muchomor był używany w tworzeniu Somy, ponieważ psylocybina wywołuje mistyczne i religijne doświadczenia u badanych, to co opisują zdecydowanie bardziej pasuje do  olśnień po psylocybkach niż surrealistycznych podpowiedzi Pana w Kropki. To samo „połączenie z boskością” występuje, gdy rozważamy właściwości świętego napoju, który został podany Einheriarowi (i w ogóle poległym herosom) przez Walkirie i który nadaje im nieśmiertelność i pozwala na ciągłą regenerację. Julius Evola zidentyfikował duchową jakość boskich środków odurzających w starożytnych kulturach. Szamanizm został pięknie zdefiniowany przez Mirceę Eliade jako „archaiczne techniki ekstazy”. Używanie przez Eliade terminu „archaiczny” jest tutaj ważne, ponieważ ostrzega nas o roli, jaką szamanizm musi odgrywać w każdym autentycznym odrodzeniu żywotnych  form bycia, życia i zrozumienia. Szaman zyskuje wejście do świata, który jest ukryty przed tymi, którzy mieszkają na ziemi, a ich dusze nie są przeznaczone do mistycznych podróży i dotykania absolutu. W tym innym wymiarze czają się moce zarówno pomocne, jak i wrogie. Jego zasady nie są zasadami naszego świata; są bardziej jak reguły, które działają w micie i marzeniu. Szamańscy uzdrowiciele upierają się przy istnieniu inteligentnego Innego: bóstwa, demona, przodka, w każdym razie bytu posiadającego świadomość z którym przy użyciu odpowiednich środków można się kontaktować i uzyskać wiedzę normalnie dla śmiertelników niedostępną. Skandynawscy poganie używali miodu w rytuałach, a ich mitologia łączy miód pitny z boską sferą. Boski miód pitny nie jest tylko literalną substancją; jest to sama poezja i katalizator niezwykłych doświadczeń duchowych do tego stopnia, że stał się obiektem pożądania zarówno ludzi, jak i Bogów: piją go wszyscy, i na Ziemi i poza nią, więc coś musiało być na rzeczy. 😉

Oczywiście mamy do czynienia z czymś innym niż tylko zwykłym napojem alkoholowym, który daje przyjemne początkowo poczucie odurzenia i wyluzowania. Istnieją teorie, że zamieszkujący północ Europy poganie spożywali specjalną mieszankę ziołową (taką sobie robili herbatkę) którą łączyli z wywarem z grzybków i dosładzali miodkiem (a raczej całą łopatą miodu, bo chyba tyle musieli jej dodać żeby zabić ten ohydny smak, albo żeby przynajmniej dało się to jakoś wypić). Dopiero kilka lat temu naukowcy w końcu dowiedzieli się, jak psylocybina wpływa na ludzki mózg, w sensie, że są jakieś empiryczne dowody, bo jak działa, to niby z opisów wiadomo od wieków. Przeanalizowali dane obrazowania mózgu ludzi pod wpływem psylocybiny i odkryli wyraźną aktywność w obszarze, który w normalnym stanie świadomości wydaje się być uśpiony, przy czym inne części, takie jak hipokamp i kora obręczy przedniej, również były aktywne w tym samym czasie. Jest to ten sam wzór mózgu, który obserwuje się u ludzi śniących. Naukowcy zauważyli również nieskoordynowaną aktywność w sieci mózgu, która jest związana z samoświadomością. Pod wpływem grzybów psylocybinowych lub innych halucynogenów opartych na alkaloidach, takich jak LSD, meskalina lub ayahuasca, powraca się do „pierwotnego” stanu świadomości Jest to ten sam stan, który starożytne kultury osiągnęły poprzez śpiewanie, medytację lub przebywanie w „baniach” – takie sauny, jak się tam wysiedzieli, to potem mieli wizje z wyczerpania, choć teoria głosi, że to dzięki „oczyszczeniu”.

Głównym bogiem nordyckiego panteonu był Óðinn, którego imię może pochodzić od słowa„ōðr”, co oznacza „furię” lub „szał”. Wyznawcy jego kultu próbowali osiągnąć stan boskiego szaleństwa, a psylocybina była jedynym środkiem odurzającym dostępnym w ich środowisku, który mógłby im jakoś w tym pomóc – drugą, którą mogli znać byłaby konopia, ale czy ona daje takie efekty? Wydaje mi się, że są raczej odległe od szaleństwa. Wikingowie kupowali trawsko od muzułmanów, z którymi handlowali przecież na Wschodzie, no i w ogóle pływali sobie jedni do drugich i zbywali kto co dobrego miał, wiadomo, że u siebie mieli za zimno i za mało słońca, żeby wyhodować własne krzaczki, musieli więc bazować na wielusetletnim doświadczeniu kolegów i raczyli się black afgano na swoich drakkarach zanim to było modne😉, wiecie o co chodzi, po jak pomykali po krzuny to byli jeszcze berserkerami, a wracali z towarem już jako hippisi:D. Jedno z islamskich źródeł (czyli już wiadomo w takim momencie, że chodzi o zapiski Ibn Fadlana, który co prawda lubił ubarwić i dopowiedzieć sobie, ale mimo wszystko ich wartości nie można nie docenić), że Wikingowie wolą używać marihuany raczej w formie płynnej, robiąc z niej alkohol, nie jarali po arabsku.

Tak więc idea, że halucynogeny były używane przez starożytne ludy germańskie weszła do powszechnej świadomości i jest poparta kilkoma dowodami, nie tylko domysłami i „dopasowywaniem”, że skoro jedni znali X lat temu, to inni też musieli, bo przecież podróżowali, handlowali itd. Jednak fakt, że wyznawcy Óðina popadali w boski szał, nie oznacza, że zawsze potrzebowali do tego narkotyków, w końcu takie substancje nie zawsze sprzyjają pozytywnym doświadczeniom duchowym. Wiele zależy od temperamentu, jak odkrył filozof Colin Wilson. Biorąc jednak pod uwagę, że według mitów i sag miód pitny oferuje „odmłodzenie i zmartwychwstanie”, jest pewnego rodzaju kluczem do innego świata, wyzwoleniem dla ducha, często nazywany „veigr” co przekłady nordyckich źródeł tłumaczą jako „napój mocy”.

No a inni? Jasne, że ćpali. Druidzi jedli muchomorki ze względu na ich halucynogenne właściwości. Wierzono, że te halucynacje przyniosły im wielką wiedzę i oświecenie, bo nie wszyscy mieli na tyle jaj, żeby próbować podobnych przygód, nie bez powodu starożytni nazywali go „ciałem bogów”. Uważano, że ci którzy je spożyją mają bezpośredni kontakt z Wszechświatem i jakimś Absolutem, że to coś w rodzaju prywatnego numeru do Najwyższego, linia dla najbardziej zaufanych kumpli, wiecie. Już wtedy zdawano sobie sprawę, że część podziemna grzybni może rozprzestrzeniać się pod ogromnymi połaciami ziemi i i rozrastać się przez setki lat, dlatego uważano, że organizm tak stary, zgromadził mądrość, którą chce przekazać ludziom pod postacią owocników wystających ponad ziemię.

W systemie słowiańskiej kultury ludowej grzyby zajmują szczególną pozycję, jednak tradycyjnie jak na każdy inny temat, również o używaniu ich w celach nazwijmy to poznawczych wiemy niewiele, żeby nie powiedzieć…nic. Liczne wierzenia, znaki, zakazy związane z grzybami, a także obszerny rytuał zbierania grzybów przez Słowian – wszystko to wskazuje, że w powszechnej świadomości te dary natury pojawiają się nie tylko i nie tyle jako rodzaj żywności, co znaczący element kodu kulturowego. Niejednoznaczne podejście do grzybów zależy od tego, że w popularnych przekonaniach zajmują one pośrednią pozycję między roślinami a zwierzętami. Grzyby funkcjonowały w świadomości ludu jako pewne żywe stworzenia powiązane z różnymi demonologicznymi postaciami, a więc posiadające świadomość i tożsamość – to chyba musieli coś brać, no ale potwierdzenia brak. Grzyby są związane z nieczystymi i chtonicznymi zwierzętami, mają zdolność buntu i tajemniczą siłę, która wpływa na życie ludzi.

Ponadto w tradycji folklorystycznej grzyby okazały się ściśle związane ze sferą ludzkiego życia seksualnego. W ludowych ideach Słowian o grzybach wyraźnie widać ich erotyczną symbolikę; Grzyby są również czymś zakazanym, ukrytym, związanym z relacjami seksualnymi, a jednocześnie wizualno-ilustracyjnym, niezbędnym elementem do zaznajomienia się z zasadami zachowań damsko-męskich.

Grzyby dla naszych przodków były czymś więcej niż tylko smacznym dodatkiem do zupy. Trudno doszukać się źródła (cóż za nowość), które podawałoby, kiedy Słowianie zaczęli wykorzystywać właściwości grzybów, albo w ogóle kiedy człowiek zorientował się, że to coś nadaje się do zastosowania jako pożywienie i nie tylko. Być może spróbował obserwując zwierzęta i idąc za ich przykładem (skoro one zjadają, spróbuję i ja), a potem to już poszło. To nie przeszkadzało, by ogólnie uważać grzyby za organizmy nieprzyjazne ludziom, dziwne, magiczne, później diabelskie (ale to już za jaśnie oświeconego panowania KK). Podobnie jak ropuchy i nietoperze, grzyby uważane były za symbol zła. Biorąc pod uwagę, że w językach starosłowiańskich występuje wyraz „gaba” (w większości regionów w bardzo podobnej formie), oznaczający właśnie „grzyb”, możemy przyjąć, że nasi przodkowie zapoznawali się z właściwościami tych leśnych dziwaków od bardzo dawna. Pierwszym pisanym dokumentem dotyczącym obszarów dzisiejszej Polski, który zaświadczał o obecności grzybów w jadłospisie jest „Pasja Świętego Wojciecha Męczennika”, powstała prawdopodobnie w 1004 roku.

„A kiedy zakończyli nieszporne oficjum, on oddalił się nieco od nich i chodząc tu i tam po leśnych polanach tyle przyniósł smacznych grzybów i ziół [że dopiero wtedy rozpoczęła się prawdziwa impreza], że wszyscy mogli cieszyć się z obfitości urozmaiconego posiłku”. Usystematyzowana wiedza na temat grzybów musiała być bardzo skromna, prawdopodobnie przekazywano ją z ust do uszu, z pokolenia na pokolenie, a być może dostęp do niej mieli tylko „wiedzący” i parający się praktykami szamańskimi? Dopiero w „Dykcynarzu roślinnym” (a więc początki 1804) pojawiają się wzmianki na temat grzybów i ich występowania, gatunków.

Grzyby właściwie na całej kuli ziemskiej, tam gdzie pogoda pozwalała im rosnąć, były użytkowane przez ludzi do celów magicznych, szamańskich, zakazanych, uważano je za katalizatory, które pozwalały „zajrzeć” do innych światów, połączyć się z duchami przodków albo wsłuchać w głos Bogów. Na Syberii muchomor jest nawet czymś więcej, bo odgrywa rolę osi świata, w Ameryce Środkowej „boskie grzyby” czyli halucynogenne cierniówki, uważane są, podobnie jak muchomory na naszym kontynencie, jednocześnie za zwierzęta mocy i za rośliny, boskich sprzymierzeńców i duchy przodków, zamieszkujące krainę po drugiej stronie (Szyjewski). Z niektórych przekazów wynika, że grzyby niejako posiadały własną osobowość, nie były łącznikiem, a po zażyciu przemawiały do szamana, ukazując mu odpowiedzi na wszelkie pytania, a zażyte w dużej dawce na zawsze zmieniały jego osobowość, czyniąc go bardziej mieszkańca świata „Tam” niż „Tu”, oddalał się od ludzi i spraw typowo ziemskich, ale dzięki temu wiedział, jak zniwelować problemy trapiące tych żyjących „nogami na ziemi”. Afrykańskim dowodem na starożytność technik szamańskich są mezolityczne petroglify z Tassili n’Adzer przedstawiajające ludzi-grzyby, dodatkowo z grzybami w rękach, oraz człowieka z głowa pszczoły w obcisłym, siatkowym stroju, z którego wyrastają grzyby. Muchomory miały wyrosną tam, gdzie splunęło bóstwo. Duchy spożytych muchomorów zasilają siłę szamana i stają się jego doradcami.

W polskich przekazach ludowych mówi się np. o czasie, kiedy Pan Bóg z Jezusem i św. Piotrem wędrowali po wsiach szukając gościny, ustanawiając pierwsze zasady i stwarzając byty w rodzaju grzybów, śmierci itp. „Grzyby mają w sobie pierwiastek boski i diabelski, stąd ich ambiwalencja i jednocześnie niezwykłość. Bo grzyby są niezwykłe, stworzone z chleba, stworzone z chleba i śliny kumulujących w sobie dobro i zło, jak chleb, który służy ludziom za pożywienie, tak i one przez ludzi mogą być spożywane. Jednak zawierają w sobie niebezpieczną cząstkę, szkodliwy składnik – diabelską ślinę, która może stanowić poważne zagrożenie”.

Późniejsze wierzenia na temat grzybów są właściwie mieszaniną pogańskich guseł i kościelnych przekazów. Skoro grzyby rosły w lesie, to znaczy w przestrzeni niebezpiecznej, obcej, zarezerwowanej jako siedliszcze sił nieczystych, nieznanych, demonicznych, to musiało z nimi być coś nie tak. W dodatku pojawiały się najczęściej wcześnie rano, więc można wysnuć wniosek, że rosły w nocy. A skoro w nocy, to znaczy porze nieprzyjaznej i przypisanej śmierci, złu, panowaniu czegoś niezrozumiałego. Stąd wzięła się nazwa „czarcie koło”, „wiedźmowy krąg”.

 

Evola, Julius, Ride the Tiger: A Survival Manual for the Aristocrats of the Soul

Ibn Faḍlān, Aḥmad, Ibn Fadlan’s journey to Russia: a tenth-century traveler from Baghdad to the Volga River, Richard N. Frye

Maria Kvilhaug, The Seed of Yggdrasill: Deciphering the Hidden Messages in Old Norse Myths, 2012

 

Write A Comment