1. Lud wierzył, że woda ma zdolność nie tylko do oczyszczania, ale i…zapładniania. To przekonanie obecne i rozpowszechnione właściwie we wszystkich kulturach, na odległych od siebie obszarach, nie tylko na słowiańszczyźnie – Europa południowa i wschodnia, Afryka Północna, terytoria zamieszkałe przez ludy posługujące się językami z grupy ugrofińskiej. Trudno jednoznacznie określić skąd wzięło się przeświadczenie, że zwykłej wody może począć się żywa istota. Najłatwiej chyba wyciągnąć jakieś cenne wnioski sięgając do praktyk kultowych i przebłagalnych związanych z bóstwami i demonami wodnymi. U. Holmberg w swojej pracy o Samojedach odnotował, że Ugrofinowie – myśliwi nie przypisują wodzie właściwie żadnych niesamowitych cech, czczą natomiast duchy ją zamieszkujące. Inaczej u Ugrofinów – rolników, u których przekonanie o supermocach omawianego żywiołu było silnie zakorzenione. Co z tego wynika? Wszystko i nic, poza tym, że ci którzy znali się na uprawie ziemi podeszli do sprawy na zasadzie prostej acz nieprawdziwej analogii – skoro woda w jakiś sposób zapładnia glebę, wpływając na nią tak, że rodzi, dlaczego nie miałaby w ten sam sposób działać na kobiety?
  2. Słowianie wierzyli (oczywiście jak zwykle nie ma żadnych wczesnych źródeł, które by to potwierdzały, więc po raz kolejny pozostają nam jedynie domysły i wyłuskiwanie ze skatoliczonych obrzędów ziarenek pogaństwa, co już samo w sobie odbiera nam moce naukowe, bo jest bardziej interpretowaniem niż jakimiś…badaniami. Fenomenolog dostałby zawału, Ingarden nie lubi tego), że oczyszczające właściowości wody są najsilniejsze w określone święta i momenty roku – Moszyński pisze o Wielkanocy – można więc pójść dalej i przyjąć, że dawniej przekonanie to opierało się na następującym rozumowaniu: „nowonarodzona” przyroda, uwolniona z okowów zimy, świeża i w ogóle, była przeciwieństwem syfu, chorób i wszystkiego, co się źle kojarzy, dlatego najlepiej nadawała się do walki z wszelkim cholerstwem. Chłopi cierpiący na choroby skórne pielgrzymowali z samego rana do potoków i strumieni (ważne, płynąca woda działała lepiej niż stojąca, logiczne). „Wódeczko, wódeczko, obmywałaś kamienie, korzenie, obmyj i mnie grzeszne stworzenie”. Dziewczęta na Białorusi w dniu św. Jana szły pod wodospady i siklawy, wkładały pod strumień kawałek chleba i odmawiały podobną modlitwę, nazywając zdrój „najstarszą caryczką”.
  3. U europejskich Ugrofinów powszechne było składanie ofiar wodzie i temu co w niej bytuje i nie mówię tu o rybach, u Słowian też się zdarzało, chociaż rzadziej (trudno powiedzieć dlaczego). Jeszcze niedawno (to znaczy jakieś 100 lat temu, nie w zeszłym roku gdzieś w wakacje) w Rosji widywano pasażerów, którzy przed odbyciem podróży rzecznej wrzucali kopiejki a kto miał to i ruble w głębiny, by z fartem popłynąć i w jednym kawałku postawić stopę na suchym lądzie. Sternik lub pilot ciskali w nurt chleb i sypali sól modląc się przy tym na głos: „Oto masz chleb i sól, Mateczko Msto (taka rzeka), bądź łaskawa dla Nas”. Ewidentna ofiara przebłagalna: tracę/oddaję Ci coś, a Ty w zamian mnie nie utop. Proste. Mieszkańcy naddunajskich równin po dziś dzień po cichu wierzą, że gdy wody zaleją łąki po wiosennych roztopach, nie ustąpią dopóki nie da się rzece jakiegoś skromnego prezenciku, który by ją przekonał do odpuszczenia krzywej akcji i powrotu do koryta. Różnie bywało, w zależności jak akurat gospodarze stali po zimie: rzucano żywiołowi na pożarcie co kto miał, ważne żeby BYŁO ŻYWYM STWORZENIEM: jagnię, kura, mysz – dumam po cichu, że chodziło bardziej o energię czy fakt ofiarowania istnienia, niż fizyczną wielkość czy wartość. Gryzoń mógł być pierwowzorem wdowiego grosza. 😀 Tradycja składania ofiar w razie powodzi była zresztą szeroko rozpowszechniona, gdy fale zagrażały domostwom uciekano się do takich magicznych sposobów by ratować wioski przed zagładą.
  4. Wrzucaliście kiedyś monety do źródełek, fontann albo studni? To właśnie echo dawnych wierzeń: u Słowian bałkańskich topiono potężne i drogie zwierzęta: bydło, konie, wrzucano do wody biżuterię i kruszce, co kto cennego posiadał, w razie potrzeby lądowało na niewidocznym i niezbadanym dnie zbiornika. Szczególnie żywa ta tradycja była u tych, którym najbardziej opłacały się dobre układy, nie tyle z samą wodą, bo czczenie jej jako żywiołu w ogóle tutaj nie występowało, ale tymi, którzy ją zamieszkiwali i rządzili: demonom i bóstwom, czyli rybakom i młynarzom. Czynili taką ofiarę dorocznie, sezon się zaczynał, cyk krówka.
  5. Robi się ciepło, także śpieszę z radą: gdybyście sobie w majóweczkę siedzieli nad zalewem lub rzeczką, i zauważyli tonącego, to nie ratujcie go, bo ten los i tak nie ominie, a jeszcze Wy będziecie mieli przegwizdane. Dawniej wierzono, że takich nieszczęśników „wzięła sobie woda jako ofiarę” albo że chwytały ich demony, a co te raz uznały za swoją własność, tego nie zwykły oddawać. Ten kto stawał pomiędzy nimi a zdobyczą…(NAAAAZZZZGUUUL. I’m no man!”). To przekonanie do tego stopnia działało na wyobraźnię, że na Bałkanach (źródła podają Bułgarię) topielcowi nie wyprawiano normalnego pogrzebu, ale chowano go w pobliżu miejsca w którym dokonał żywota, oczywiście bez żadnej mszy ani udziału duchownych, po raz kolejny w myśl zasady, że Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek. Co boskie Bogu, co cesarskie cesarzowi. „Tak Czeremisi składali matce-wodzie na ofiarę owce lub byki, przy czem zwierzę zostaje spożyte przez biesiadników, a kości jego, wybrane wnętrzności i resztę zawija się w skórę i wrzuca do rzeki. Podobno znane są przypadki poszukiwania tych resztek, gdy ofiara zadziałała zbyt skutecznie i lało przez miesiąc cięgiem. Typowali dwóch i goście nurkowali przez tydzień żeby wyrwać mamuni z gardła to czego jeszcze nie zdążyła połknąć. Łotysze mieli podobny zwyczaj, w razie posuchy wrzucali ofiary do wody, a jak im za bardzo namoczyło grządki, wyjmowali truchła. Ponoć gdy kiedyś przypadkiem utopiło się całe stado wołów, to śnieżyca szalała dopóki wszystkich ciał nie wyciągnięto.

    Moszyński, Kultura ludowa Słowian, Kultura ludowa, Zeszyt 2

    Людмила Иванова, Карельская баня: обряды, верования, народная медицина и духи-хозяева – link aktywny, można sobie kupić i poczytać

Write A Comment