Zastanawialiście się kiedyś dlaczego na tak zwane święta odbywa się cały sprzątaniowy wyścig z czasem? Obie moje ciotki postawiłyby dom na nowo, gdyby tylko miały taką opcję i gdyby jedna z nich nie była starsza niż ziemia na której on stoi (umiera odkąd pamiętam, czyli gdzieś 25 lat, nie może chodzić, schylać się, bolą ją nogi, ale na chacie ma czyściej niż na sali operacyjnej w szpitalu MSW, można jeść z podłogi, a do kościoła nagina szybciej niż typy do monopolu). No, to po co ten cyrk? Dla Zmartwychwstałego? Czy żeby teściowa podczas testu białej rękawiczki nie miała się do czego przyczepić, a kuzynka pochwaliła nowe firany? Ano, to raczej skutek, którego wyjaśnienie to już dziś domysł, tak zapomniano tutaj o pewnych tradycjach. Wszystko za sprawą wiosny właśnie, wyrzucania starego i zapraszania nowego: ludzie pozbywają się zimowych trosk, poprzyklejanych wraz z kurzem do ścian i ław zgryzot i bolączek, problemów związanych z trudnym czasem ciemności i chłodu. Miały długie mroczne miesiące na zadomowienie się w pajęczynach i ukrytych przed światłem kątach, zabunkrowanie się w ciężkich pierzynach. Kiedy słońce na dobre zapanowało nad światem a przyroda obudziła się do życia, otwierano więc okna i drzwi, wymiatano, myto, wytrzepywano, bielono: piece, ściany, by to co skostniałe i złe utraciło swoją moc i odeszło wraz z mrozem, zrobiwszy miejsce nowemu, zielonej nadziei rodzącego się życia, kiełkującej wszędzie wokół, otwierającej nowy obieg koła życia, jedynej sprawiedliwości i pewnemu elementowi świata.

No dobra, to teraz Uśmiercenie Judasza… na śląsku bardzo znane, w Wielkopolsce chyba też, nazwa sugeruje, że zabawa polega na tym, żeby po chrześcijańsku i miłosiernie za karę zepchnąć zdrajcę z wieży kościelnej lub innego miejsca z którego upadek raczej nie skończy się dobrze. Cała akcja przypomina jakieś misterium, które miało nauczać lud i działać na wyobraźnię, pokazywać co można a czego nie. Jednak już lata temu mądrzejsi ode mnie stwierdzili to, co i ja powtarzam przy okazji każdego niemal święta kościelnego: to nic innego jak adaptacja wierzeń pogańskich na katolicką modłę. Bystroń utrzymywał, że to po prostu kolejna forma niezbyt serdecznego żegnania zimy, pozbywania się tego co stare na rzecz świeżego, nowego, narodzonego, nadchodzącego, pozwalającego patrzeć przed siebie, zamiast wstecz. Nie wiadomo kiedy dokładnie odbywała się ta zabawa, jedni utrzymują, że w tak zwaną Wielką Środę, Kitowicz znów, że w Wielki Piątek.

Jeżeli Żyd jakowy niewiadomy tej ceremonii nawinął się im, porzuciwszy zmyślonego Judasza, prawdziwego Judę tak długo i szczerze kijami obkładali, póki się do jakiego domu nie salwował. Lecz i ta swawola chłopców w zwyczaj wprowadzona, jako pokrzywdzająca domy boskie, sługi kościelne i biednych Żydków, za wdaniem się w to szkolnych profesorów i rządców publicznych, pobywszy lat kilka nareszcie ustala. Zostały się chłopcom do zabawki grzechotki; te miały początek w Wielki Czwartek, a koniec w Wielką Sobotę; trwały przez ten czas, przez który Kościół nie używa dzwonów do dzwonienia, tylko klekotów do kołatania. Jak prędko na wieży kościelnej odezwała się klekota, chłopcy natychmiast nie omięszkali biegać po ulicach z swoimi grzechotkami, czyniąc nimi przykry hałas w uszach przechodzącym. Grzechotka było to narzędzie małe, drewniane, w którym deszczka cienka, obracając się na walcu, także drewnianym, pokarbowanym, przykry i donośny hałas czyniła. Im tężej ta deseczka była do walcu przystrojona, tym głośniejszy czyniła łoskot; jedni ją sami sobie robili, drudzy kupowali gotowe, kupami na rynku jak jaki towar od wieśniaków przedawane. Klekot kościelny wiele miał części podobnych do tego instrumentu, którym len chędożą, i był osadzony na kółkach jak taki, dla sposobności toczenia go po ulicy około kościoła dla oznajmienia ludowi czasu zbliżającego się nabożeństwa.

„W Wielką Środę po odprawionej jutrzni w kościele, która nazywa się ciemną jutrznią, dlatego iż za każdym psalmem odśpiewanym gaszą po jednej świecy, jest zwyczaj na znak tego zamieszania, które się stało w naturze przy męce Chrystusowej, że księża psałterzami uderzają kilka razy o ławki, robiąc mały tym sposobem łoskot (…), swawolni chłopcy naśladując księży pozbiegawszy się do kościoła z kijami, tłukli nimi o ławki z całej mocy czyniąc grzmot w kościele jak największy”. Po ciemnej jutrzni aż do mszy rezurekcyjnej milkły dzwony. Chłopcy biegali po wsiach i posługując się kołatkami/ tarapatami/, bębnami przypominali, że obowiązuje post. Nawiązywali do przepisów kościelnych i ostrzegali, że kto nie będzie w tym czasie pościł temu „kołatkami wybiją zęby”. Uderzali kijami w płoty i furtki nie wyłączając ogrodzenia kościelnego w celu wypędzenia diabła mogącego ukrywać się w opłotkach. Poszczono pamiętając, że „Chrystus za grzechy nasze był od Judasza wtenczas zaprzedany”. Na Górnym Śląsku chłopcy przebierali się dodatkowo za Judasza i diabła a pozostali w odwrócone do góry włosem kożuszki i chodzili od domu do domu chwaląc się, że schwytali Judasza zdrajcę, za co otrzymywali drobne datki”[1].

„W Wielki Piątek obdzieraliśmy z najbliższej stodoły lub szopy snopek, ten okrywaliśmy byle jakim łachmanem, szmatą, i wiązaliśmy na powrozku, a następnie wlokli go bijąc kijami na cmentarz. Tego bałwana nazywaliśmy Judaszem. Jeden z chłopców wchodził na wieżę kościelną i tego Judasza zrzucał z niej na ziemię. Tam czekała czerada chłopców, biła go kijami i prawie roztrzepawszy słomę na sieczkę, brała tę resztkę Judasza i topiła w najbliższej kałuży[2]”. Wszystko prawie tak samo jak z Marzanną. A że Judasz był dobrym kandydatem na kozła ofiarnego, no to na niego podmieniono pogańską boginię.

W niektórych dialektach języka chorwackiego Wielkanoc nazywa się Vuzem, Vazam – to słowo wywodzące się z korzenia „vzât” – wziąć, zabrać, przyjąć. Taka nazwa jest motywowana opozycją końca Wielkiego Postu do jego początku. N. I. Tołstoj uważał, że Zwiastowanie NMP, które jest jednym z czterech kluczowych punktów roku, odpowiada także równonocy wiosennej. W znakach i ceremoniach wielkanocnych są sceny i motywy charakterystyczne dla pogańskiego kalendarza obrzędowego związane z wiosną i wczesnym latem (pamiątkowe, ślubne, meteorologiczne, rolnicze i gospodarcze itp.). A.N. Afanasyje pisze o bardzo znanej w Galicji piosnce, która ewidentnie łączy pogańskie wierzenia z obchodami tak zwanej Wielkiej Nocy. Dawniej na wsiach w okresie Wielkanocy istniał również zwyczaj rzucania kapłanów i diakonów na ziemię po molebenie[3] w polu żyta lub lnu, aby „snopy były tak wysokie i ciężkie”, aby „by len urodził się wysoki i dobry”. Niedziela przed Wielkanocą w białoruskim Polesiu zachowano starożytne imię „Rusalnaya[4]”. To chyba nic innego jak „zapładnianie” ziemi i rytuały mające na celu zapewnić dobry plon – przerabialiśmy już to samo przy Dożynkach i „oraniu panną pola” :D. Może zamiary trochę inne, ale cel podobny, więc ten, nie ma co się śmiać. 😀

[1] Jędrzej Kitowicz – Opis obyczajów za panowania Augusta III

[2] Ambroży Grabowski w swoich „Wspomnieniach”

[3] Moleben (kościoły. Bolg. – „modlitwa”, „modlitwa”) w liturgii prawosławnej – krótkie prywatne nabożeństwo o charakterze błagalnym lub wdzięcznym (modlitwa dziękczynna) z modlitwą do Boga, Dziewicy i innych prawosławnych. Zazwyczaj wykonywane w środku świątyni w związku z wszelkimi wydarzeniami i pamiętnymi datami. Kilka modlitw można połączyć w jedną wspólną.

[4] Wierzono, że Wielki Tydzień był czasem szalejących sił zła. Zgodnie ze słowiańskimi tradycjami, w jednym z dni poprzedzających Wielkanoc lub bezpośrednio po niej, przodkowie powrócili na ziemię, gdzie przebywają przez pewien czas.

1 Comment

Write A Comment