Czy Słowianki się malowały?

No jasne, a na jakiej szerokości geograficznej ludzie uważali się za dostatecznie pięknych, żeby nie starać się o wyjście na jeszcze wyższy level? Jakkolwiek z naszej perspektywy większość tych zabiegów była co najmniej dziwna, bo w zależności od kultury polegała na deformacjach ciała, przebijaniu, przecinaniu…tatuowanie było jednak najbardziej lajtowym nieodwracalnym sposobem na dostosowanie się do kanonów piękna (w porównaniu z formowaniem czaszek niemowląt, żeby miały głowę o pożądanym kształcie, Chińczycy lubili małe stópki, więc dziewuchy nosiły chodaki za małe o 8 numerów, aż w końcu miały nogi zakończone czymś podobnym jak ta „diablica” ze starych Atomówek. W Afryce poprzekłuwane nosy, nienaturalnie rozciągnięte małżowiny uszne… Wszędzie funkcjonował jakiś ideał ideałów i do osiągnięcia tegoż jak świat światem dążono. Co robiły dziewczyny, żeby wyglądać jak milion dolarów, np. przez Kupałą? Przypominam, że nie było wtedy Sephory ani RLM na YT, więc trzeba było sobie radzić za pomocą przedmiotów i substancji codziennego użytku, więc nie było łatwo.

1. Węgiel drzewny zamiast pomady

Słowianki mogły pomarzyć o cieniach, pomadach i szczoteczkach – pozbywanie się rosnących włosów nożem raczej nie było praktykowane, bo i nikt nie znał mody na równe, regularne łuki (choć podobno one podobają się ewolucyjnie, to znaczy instynktownie wybiera się jako te ładne twarze o kształtach symetrycznych), więc skupiano się na nadaniu brwiom odpowiedniego koloru – a że czarny nie wszystkim pasował? No cóż, na pewno był wyrazisty…

2. Malowanie twarzy

Żeby wyglądać lepiej i „wzbudzić pożądanie w młodzieńcu”, który mógł w tamtych czasach „mieć po 2 albo i 3 kobiety, a że płoche one były z natury, poczęły jedna przed drugą malować twarze na różowo i biało[1]” – mamy tu więc jak na tacy podany przykład pierwszego konturowania. Nie było co prawda na sucho, mokro albo baking a la Kim, ale może działało – bardziej jako forma wyróżnienia się spośród innych żon niż realny „poprawiacz” urody, ale jeśli cel był dzięki temu osiągnięty, można uznać, że niegłupi pomysł… Niegłupi, bo taka moda przynajmniej na niektórych obszarach musiała trwać przez lata, powyższy cytat to koniec XII wieku, a ten pochodzi z XVII, dotyczy co prawda Rosjanek (hehe, to się do dziś nie zmieniło), ale jednak: szminkują się wszystkie, zaś przy tym tak prostacko i wyraźnie, jakby im kto po twarzy ręką pełną mąki przejechał, a policzki pędzlem na czerwono pomalował. Barwią też brwi i rzęsy na czarno lub czasem na brązowo[2]”.  Zwyczaj szczególnie rozpowszechniony wśród włościanek wielkoruskich.

3. Kosmetyki z darów natury

Dla Słowianek drogerią był las. Kosmetyki wytwarzano głównie z roślin i można je zasadniczo podzielić na takie, które miały właściwości barwiące i były używane jako szminki, i te o właściwościach drażniących, które stosowano na skórę w celu wywołania sztucznego rumieńca. Do pierwszej należą szerokoliściowe: anchusa, szerzej znany jako farbownik (cóż za zaskakująca nazwa), niektóre gatunki mają takie ładne drobne kwiatuszki o intensywnej barwie, np. fioletowej. Na terenach (powiedzmy naszych) czyli dzisiejszej Polski spotyka się w naturze tylko farbownik polny i lekarski, ten drugi jednak miał o wiele szersze zastosowanie: w ziołolecznictwie, najczęściej w postaci naparu z ziela lub odwaru z ziela i korzenia. Pobudza podziały komórkowe, stymuluje wzrost i odbudowę nabłonka, tkanki kostnej, chrzęstnej i przyspiesza przemianę materii. Ze żmijowca „wielkorusinki zdzierały skórę skórę, zalewały wodą, dodając nieco ałunu…”

Na skórę i błony śluzowe działa przeciwzapalnie, łagodzi nieżyt oskrzeli, a także stany zapalne gardła i oskrzeli, zapalenie dziąseł, paradontoza, suche zapalenie skóry, suchy łupież, suche wypryski i ropnie, spowodowane zabiegami kosmetycznymi podrażnienie skóry, oparzenia i odleżyny. Nas jednak interesuje dziś zastosowanie czysto urodowe: wytwarzano z niego czerwony barwnik – alkaninę, stosowaną zarówno jako kosmetyk, jak i w celach spożywczych, np. do nadawania ładnego czerwonego odcienia pędzonym po szałasach i komórkach alkoholom. 😉 Rumianica, też trudno się domyślić skąd wzięła się nazwa, odmiana żmijcowata również dawała czerwony kolor, chociaż kwiaty ma bladożółte. W Polsce ponoć nie występuje już w stanie dzikim. Żeby zrobić sobie rumieńce jak u matrioszki trzeba było postarać się o słynny wawrzynek (wilczełyko, chociaż to już jazda, inne gatunki wykazują podobne działanie zarumieniające a nie są śmiertelną trucizną). Zastosowanie roślin szerokoliściowych jako szminek było zdaje się dość powszechne, bo nie trzeba było wiele zachodu, żeby barwnik uzyskać – w większej lub mniejszej ilości zawierały do korzenie, więc aby zabarwić skórę wystarczyło nacięcie. W dwóch stanowiskach neolitycznych na terenie małopolski znaleziono zapasy nawrotu, a przecież chyba go nie jedli, więc wytłumaczenie raczej oczywiste.

4. Pumeks na rumieńce

Do wywoływania zaczerwienienia w pożądanych miejscach twarzy używano również darów natury niekoniecznie związanych ze światem roślin: należy do nich coś, co wzięlibyśmy za dzisiejszy pumeks – gąbka rzeczna. Ponoć Białorusinki mieszkające w dorzeczu Dźwiny zbierały listerę, zębami mieliły ją na papkę i to co powstało nakładały na twarz (czy też smarowały tym skórę). Miało to ponoć działanie drażniące, więc skóra na obszarze wystawionym na działanie substancji czerwieniała. To nie szczypał ich od tego język?

[1]

[2] Adam Olearius o Rosjankach

Write A Comment