Kiedy po raz kolejny opublikowano opowiadanie „Wrócę po Ciebie, kacie” (chyba w tomie „Głowobójcy”), zakochałam się w jego tytule i w swoim dwudziestoletnim mózgu wykoncypowałam sobie, że ono na pewno będzie bardzo głębokie tą głębią, jakiej poszukują i pragną umysły przeintelektualizowanych młodych niewiast. Niewypowiedzianie się zawiodłam, gdy okazało się, że rzecz nie dotyczy żadnych nieszczęść i sytuacji bez wyjścia, nie ma czekania na przysłowiowego Godota ani miłości o która nie miała prawa się ziścić (tak jak w historii o kocie, kto kojarzy wspomniany tytuł, z pewnością zna autora i wie o jakie chodzi). To wydarzenie nie wywarło na mnie większego wpływu ani nie ma innego związku z tym wpisem niż ten, że oba teksty dotyczą tej samej profesji. No, to enjoy.

Egzekucja była dla kata tym, czym scena dla aktora, światła i publiczność dla muzyka: moment, który czynił go mistrzem upiornej ceremonii, kapłanem krwawego bóstwa, dyrygentem, dla którego zgromadzona przedeń gawiedź była orkiestrą. Dość często napotykamy krótkie sentencje wyroków typu: „w koło wplecion” lub „ma być takowy w pole wywiedziony i zawieszony między niebem i ziemią”. W pierwszym przypadku na leżącego skazańca spuszczano drewniane koło, które gruchotało kości, a to był dopiero początek przyjemnostek, bo zabawa od tego się zaczynała: następnie delikwenta „wplątywano” w koło, które to wcześniej go zmiażdżyło, a żeby sprawiedliwości stało się zadość a refleksja naszła raczonego tymi pieszczotami odpowiednio mocno, nabijano go jeszcze na pal i tak zostawiano, żeby sobie skonał na świeżym powietrzu, jeśli gość miał wyjątkowy niefart i udało mu się przeżyć wszystko, co zgotowano mu w ramach zapłaty za przewiny. Rozszarpywanie końmi należało w Krakowie do rzadkich wypadków. Przywiązywano za ręce i nogi do dwóch par koni, które oprawcy przepędzali w przeciwne strony (Kracik, Rożek, s. 58).

Okrutną śmierć zgotowano w roku 1753 Walentemu Nicowiczowi. Za kradzieże i morderstwo dostał karę śmierci, a wyrok poprzedzono trzykrotnymi mękami oraz próbą ognia. Trzykroć szarpano go rozpalonymi kleszczami, a po zgonie ciało wbito na pal i pozostawiano pod ratuszem.

W roku 1539 spalono radczynię Katarzynę Weiglową (…) „przez Żydy zmamiona, chrześcijańską wiarą wzgardziła, a częścią jej też to przyszło z skażenia głowy, abo rozpaczy, bo się wszystko prawowała rada. A gdy jej od obłędu odwieść nie możno, osądzona jest przez Piotra Gamrata, biskupa krakowskiego, na śmierć, na którą szła tak śmiele jako na wesele, spalona śród rynku krakowskiego”. Prochy apostatki ku uciesze gawiedzi wrzucono do Wisły (Kracik, Rożek, s. 58).

Bywało, choć nader rzadko, że ukaranemu któremu upiekło się na tyle, że pozostał stanu wolnego, „dziewka zarzuciła czerwoną chustkę, wtedy uwalniano go od kary śmierci”. Około roku 1800 jak wspomina Ambroży Grabowski, Austriacy przestali respektować to zwyczajowe prawo. Przydarzało się i tak, że skazańcy, zobaczywszy twarz swojej wybawczyni, woleli był łamani kołem i szarpani kleszczami niż obdarzeni wątpliwymi wdziękami tych kobiet o wielkim sercu i jeszcze większym przebiegu. Trzeba Wam bowiem wiedzieć,  że nie ma przypadków a jedynie znaki, a w życiu z rzadka tylko coś dzieje się „tak o”: białogłowy decydujące się na taki krok zwykle były wyjątkowo zdesperowane, bo wszystkie inne sposoby na znalezienie męża zawiodły, co nie powinno dziwić, zważywszy na fakt, że duża część z nich parała się wcześniej prostytucją. Kolejka chętnych nie stała, a gdy szło o osobę postawioną przez TAKIM wyborem, można było mieć nadzieję, że głowa na karku milsza mu niż kuśka w jednym kawałku i zamiast dekapitacji wybierze kiłę.

Czemuż innemu, jak nie uczynieniu z egzekucji widowiska przepojonego treściami zrozumiałymi dla widza i rozgrywającego się zgodnie z prawami dobrze rozwijającej się akcji dramatycznej, mógł służyć często skomplikowany plan czynności katowskich? Wyrok na Bartoszu z Lusiny złodzieju, który skusił się na królewskie pieczęcie, wykonano w Krakowie w 1559 r. Obnażony do połowy zasiadł Bartosz na wozie w towarzystwie kata. Jego pomocnicy nieśli za wozem kociołek z rozpalonym łuczywem i długą żelazną cechą do piętnowania złoczyńców. Wieziono go naprzód do ratusza na róg ulicy Wiślnej i św. Anny i tu na wiertlu zwanym garbarskim rozpaloną żelazną cechą „pieczętowano go na czole”. Następnie zawieziono go ku wylotowi w rynek ulicy Grodzkiej, czyli na wiertlu trzecim zwanym rzeźnickim, wypalono mu pieczęć na lewej piersi. Wreszcie zawieziono go na ulicę Sławkowską, czyli do wiertlu czwartego „sławkowskiego”, gdzie wypalono mu czwartą pieczęć „na płucach” (tj. na plecach). Po takim „opieczętowaniu” złodzieja monarszych pieczęci zawiódł kat na ulicę Sławkowską na Pędzichów, gdzie stała miejska szubienica, stąd już tylko „szedł na sąd Boży”.

Udany spektakl miał być również prezentacją i dowodem zawodowej sprawności kata. Nieudane egzekucje budziły sensację, a wieść o nich rozchodziła się po całym kraju. Dopatrywano się w nich niekiedy działania sił nadprzyrodzonych, czasem uważano je za świadectwo niewinności skazańca, innym razem za dowód nieudolności mistrza. Gdy kat ścinający Bonieckiego za paranie się wróżbą z kręgu wody „dwie głowy” widząc, ranił go tylko, król Stefan Batory darował mu życie, oświadczając: „żeśmy my go nie kazali ciąć, jedno ściąć”. W czasie wykonywania wyroku na niewinnym Franciszku Wolskim, ofierze krwawych i bezprawnych poczynań rajcy Czeczotki, kat przestraszony odpowiedzialnością za niezawinioną śmierć miał zachowywać się całkowicie niewłaściwie. W obliczu skazańca upuścił miecz z rąk, „za pierwszym zamachem z góry na dół ciął stojącego jeszcze Wolskiego. Uderzywszy drugi raz poziomym ruchem, trzymającego się jeszcze na nogach magistra, zranił go lekko w szyję, ale mu głowy nie odciął”. Gdy wreszcie nieszczęśnik upadł na ziemię „jeden z pachołków przytrzymał jego głowę, a kat, nie jednym cięciem miecza, jak to lege artis powinno odbyć, lecz rżnąc jakby piłą zranioną szyję, odciął w końcu głowę od tułowia i na bok odrzucił (Zaremska, s. 69).

Nie brak również śladów nieudolności bądź przekupności katów – informacji o urywających się z szubienicy wisielców, kobietach, które mocą wyroku skazującego je na utopienie nie szły na dno, także o tych, których głowy nie ścięło pierwsze uderzenie katowskiego miecza, jeśli tak się stało, że ktoś umknął kostusze spod kosy (a katowi spod ręki) i udało mu się przeżyć egzekucję w na tyle dobrym stanie, że sprawa okazywała się opłacalna i można było mówić o szczęściu, nie podlegali wykonaniu kary po raz drugi i w pewnym sensie mogli zaczynać od nowa jako tabula rasa. Jako iż gdyż ponieważ azaliż zawsze powtarzam, że wilk nigdy nie stanie się owcą, nawet gdy w wełnę się odzieje i będzie beczał, muszę przywołać tu przykład na kolejne potwierdzenie tej tezy – w 1463 r. powieszono we Wrocławiu złodzieja, który wcześniej nie został stracony w Krakowie tylko dlatego, że w czasie egzekucji urwał się łańcuch, a podobno „co ma wisieeeć, niechaj wisi!”.

Egzekucja może też być popisem katowskiego kunsztu. Mistrz sanocki szczycił się posiadaniem miecza, którym był „na Węgrzech piąci złoczyńców razem nie ostrząc ani odmieniając ściął”, czyli mamy, że tak powiem, pierwowzór Pana Podbipięty, chociaż mniej szlachetny, to na pewno równie widowiskowy i szczęśliwiej dla ścinającego zakończony, bo raczej nie było opcji, żeby nie przeżył tego wyczynu, powalon przez nieprzyjaciół. 😉 (Zaremska, s. 70).

Łamanie kołem, ścięcie czy powieszenie, każda egzekucja odbywa się jak prawdziwe widowisko. Rusztowanie jest sceną, kat i skazaniec aktorami pierwszego planu, a gapie tworzą widownię. Zamieszczony w dziele M. Siennika opis egzekucji ćwiartowania, w czasie której wiedzie kat głośny monolog o położeniu żołądka, zadziwia komediowym akcentem. Epizod przypomina raczej scenę w średniowiecznym tetrze, w którym publiczności przypada rola aktora i reżysera, a granice scenicznego obszaru ulegają zatarciu (Zaremska, s. 70-71).

W aktach karnych Wrocławia zapisano sprawy, w których dwie kobiety skazano na utopienie. Obydwie przed wrzuceniem do Odry związane  przez kata łańcuchem, wyszły z egzekucji cało. Pierwsza zatrzymała się opodal młyna, gdzie została wyłowiona przez pasterza. Ratunek  zawdzięczać miała szczególnemu nabożeństwu dla relikwii w Wilsnach. Druga wyciągnięta z rzeki przez rybaka i następnie ułaskawiona oświadczyła, ze niczego się nie bała, cały czas wierzyła bowiem we wstawiennictwo św. Anny (Zaremska, s. 75).

Inni (skazańcy), nawet po rozpoczęciu egzekucji nie powodującej natychmiastowej śmierci (łamanie kołem od dołu, wbijanie na pal itp.), miotali obelgi i złorzeczyli obecnym. W Żaganiu w 1575 lub 1758 r. morderca nazywany Pusch Peter podczas nawlekania na pal pouczał kata co do sposobu przeprowadzenia egzekucji, gdy ten trafił na kręgosłup. W Środzie Śląskiej, podczas kaźni w czerwcu 1615 r. pewnego mordercy-recydywisty stwierdził on zuchwale, że przez całe życie był tylko trzy razy w kościele. Pierwszy raz podczas chrztu, drugi w czasie nabożeństwa żałobnego, a trzeci kiedy kradł kielich (Wojtucki, s. 117).

Geograf arabski Ibn Sadln, bawiący w latach 921-922 jako poseł kalifa Muktadira w kraju Bułgarów wołżańskich, opisuje w jaki sposób Rusowie karzą przestępców naruszających własność prywatną. Schwytanego złodzieja lub łupieżcę wieszają na mocnym, wysokim drzewie i pozostawiają go wiszącego dopóty, dopóki ciało jego nie rozpadnie się od wiatrów i deszczów.

Pierwotnie wymiar tego rodzaju pohańbienia wiązał się z wierzeniem ludowymi, że pozostawienie straconego wiszącego na mocnym konarze drzew miało oprócz poniesienia kary, stać się też rytualnym darem dla „Boga Wiatrów”. On to według tradycji decydował, kiedy ofiara ma zerwać się ze sznura (Wojtucki, s. 120).

Haniebny charakter kary powieszenia powodował, iż regułą było wykonywanie jej wyłącznie w stosunku do mężczyzn. Kobiety popełniające przestępstwa zagrożone tą karą najczęściej skazywano na ścięcie mieczem, utopienie lub zakopanie żywcem w ziemi. Mogło to zapewne wynikać z podłoża religijno-obyczajowego. Uśmiercenie złodzieja na szubienicy powodowało, że następne dwa pokolenia zstępnych sprawcy popadały w infamię. Ponieważ kobieta jako matka była „świętością”, pogrzebanie jej żywcem chroniło potomków przed przejściem na nich owej niesławy (Wojtucki, s. 126).

Kara utopienia była stosowana przeważnie wobec kobiet dopuszczających się morderstwa na swoim potomstwie. We Wrocławiu wykonywano ją najczęściej wrzucając skazaną do Odry z mostu o nazwie Werderbrücke (obecnie Most Pomorski).

Ten rodzaj kary wykonywano nie tylko w stosunku do dzieciobójczyń, ale także do kobiet trudniących do kobiet trudniących się kradzieżą. Topienie odbywało się w workach wykonanych ze skóry lub lnu, uwiązanych na linie, której koniec trzymał stojący na moście, w łodzi lub na brzegu miejski kat, albo przy pomocy drewnianego drąga. Niejednokrotnie wraz ze skazaną w worku umieszczano psa, koguta, żmiję, zwierzęta te uważano za nieczyste. Metodę wykonywania kary utopienia w Odrze opisał w swoich Rocznikach Nikolaus Pol. Dnia 2 grudnia 1532 r. wykonano ją wobec pewnej nieszczęśnicy, która zamordowała dziecko swojej córki. Wówczas kat musiał wyrąbać przerębel i skazaną kobietę utrzymywano pod wodą do czasu utopienia za pomocą żerdzi (Wojtucki, s. 153-154).

Oprócz utopienia najczęstszą formą kary śmierci w przypadku dzieciobójstwa było pogrzebanie żywcem i przebicie serca skazanej zaostrzonym palem (kołkiem). Wykonanie kary pogrzebania żywcem kat wykonywał na dwa sposoby. W pierwszym przypadku związaną nieszczęśnicę układał w wykopanej jamie, a następnie przebijał jej serce dębowym palem z metalowym szpicem i zakopywał. Drugi sposób polegał na ułożeniu skazanej w grobie, który zasypywał, w miękką jeszcze ziemię wbijał pal przebijając oskarżoną (Wojtucki, s. 155-156).

Write A Comment