Jeszcze nie tak dawno większym problemem i troską był dla rodziny i otoczenia nie sam fakt, że ktoś się zabił, dramat człowieka, rozpacz po stracie i inne odruchy zdrowego osobnika (którym nie jestem), ale to co zrobić z trupem! Coś w stylu: „- Powiesiłeś się? Jak śmiałeś? Co teraz zrobię z Twoim ciałem i gratami, które zostawiłeś?” No bo to nie było takie proste, zwłoki gdzieś trzeba było pochować, i to jeszcze tak, żeby było bez szkody dla żywych i na tyle skutecznie, coby zmarły nie postanowił jednak (mógł zmienić zdanie i pomyśleć, że w sumie to żal, głupio zrobiłem, tam było lepiej niż tu, „świniobicia mi najbardziej brakuje”) zażyć jeszcze ziemskich rozkoszy i zaszczycić wsi swoją niepożądaną już obecnością, jako wampir, strzyga, upiór lub inne demoniczne a straszne tałatajstwo.

I tak samobójcę z Bazylei (w 1532 r.), który przed śmiercią zabił żonę i dziecko, wpleciono w koło, a dopiero później zamknięto w beczce i wrzucono do Renu (Fischer 1936, s. 29). Widać wyraźne połączenie dwóch kar — za morderstwo bliskich (łamanie kołem), i samego siebie (włożenie do beczki). 

Gdy w okolicy Gryfowa Śląskiego w 1731 r. powiesiła się pewna kobieta, pomocnicy kata przewieźli jej zwłoki w pobliże szubienicy. Przed pochówkiem odcięto samobójczyni głowę (Luge 1861, s. 101). Z kolei 16 lutego 1682 r. legnicki mieszczanin Sigmund Täüber, podciął sobie nożem gardło. Jego ciało zostało przetransportowane na wozie do padliny pod szubienicę, po czym zdekapitowano szpadlem. Jak zaznaczono, zmarły został pochowany plecami do góry, co wydaje się być wyraźnym zabiegiem przeciwko pośmiertnej aktywności. 21 marca 1689 r., powiesił się woźnica. Jego szczątki, jak zanotował kronikarz, na prośbę niewymienionych z imienia osób, nie zostało wyrzucone przez okno, lecz zapakowane do worka i przewiezione pod szubienicę, tam pożegnano go z czerepem i pogrzebano. Zbliżone zajście miało miejsce w Zgorzelcu, kiedy 24 października 1740 r.

Gdy 68-letni Michael Hüttig postanowił był pożegnać się z życiem na zawsze, wyszedł ze swojego domu boso, ubrany tylko w białą koszulę (żeby nie ubrudzić, wiadomo jak jest, śmierć mało estetyczna, szkoda portek), i powiesił się na jabłonce, a właściwie na gałęzi, w miejscu bardziej niż publicznym bo przy bramie miejskiej, widocznie miał interes w tym, żeby wszyscy widzieli, albo chciał być szybko zdjęty, żeby nim nie bujało. Jak by nie było, władze musiały zorganizować usunięcie tej makabrycznej ozdoby, więc przyjechał rakarz i załadował truchło na wózek. Przewiózł je na miejsce, gdzie zazwyczaj chowano samobójców, określane mianem Henker Graben, gdzie po prostu wrzucało się typa do dołu jak nie przymierzając worek z kartoflami do piwnicy i bez zbędnych ceregieli zakopywano. Na miejscu okazało się jednak, że dół był za mały i wystawały z niego nogi i głowa zmarłego. Ponieważ już zmierzchało, a rakarz zapewne czuł się nieswojo poszerzając dół w takich okolicznościach, załadował zwłoki z powrotem na wóz i przewiózł do stodoły, gdzie miały poczekać do następnego dnia. Rano spostrzegł, że ten wóz stoi pusty a ciało leży obok niego. Rakarz wystraszony i przejęty tym zajściem miał zachorować. Nie było innego wyboru, jak wezwać kata (do trupa,. Ten wrzucił ciało do worka, następnie załadował na wóz i przewiózł do wcześniej opisywanego miejsca. Następnie odrąbał samobójcy głowę i zagrzebał zwłoki.

Nie ma prawie żadnych dowodów na to, że na naszych terenach stosowano topienie jako środek zapobiegawczy, a przynajmniej nie mówią o tym źródła, jednak miało to miejsce nad Renem, w Bawarii, czy w Szwajcarii (Duma 2010, s. 70-71). Pierwsze wzmianki o topieniu ciał samobójców znane są z rozporządzenia prawnego miasta Baden z 1384 r. Taka forma pozbywania się ciał ludzi tej kategorii była rozpowszechniona w południowych i środkowych Niemczech aż do pocz. XIX w. Wcześniej, jak Bóg I rozsądek przykazał, trupa przezornie wkładano do beczki, żeby mu się gdzieś po drodze nie zbiegło (to znaczy wkładano go przed utopieniem), działo się tak z ciałami ludzi uznanych za przeklętych, które trzeba było jakoś przetransportować, a nikt się szczególnie nie kwapił, żeby dotykać choćby rzeczy należących do umarlaka, a co dopiero jakkolwiek fizycznie obcować z nim samym.(Schmitt 1993, s. 205). Znane są nam pochówki samobójców w beczkach (po co ich tam wkładano? Nie szkoda było beczki? Rozumiem, że po to, by nie uciekł, ale były przecież tańsze środki zaradcze). Stało się tak w przypadku Georga Heidericha z Żytawy, który miał zabić się za pomocą noża w czerwcu 1628 r. Ponieważ mężczyzna mieszkał samotnie w budynku na ówczesnym Topfmarkt (obecnie Klostermarkt), fakt ten wyszedł na  jaw dopiero po dwóch tygodniach. Ciało było już tak posunięte w rozkładzie, że przybyły kat zapakował je do beczki i zakopał za żytawską szubienicą. Rzadziej topiono samobójców w bagnach. Część badaczy odnosi tę tradycję w głąb czasów germańskich. Z nich bowiem pochodzą znaleziska zwłok zakonserwowanych w torfie. Przypadek topienia samobójcy znany jest ze Śląska, i to z dosyć wczesnego okresu, bo z 1385. Jednak prócz samej daty i faktu, że tak właśnie potraktowano samobój-cę, nie znamy żadnych szczegółów. Także osoba, która ściągnęła wisielca, traciła cześć. W przypadku samobójcy niegodne było ciało, a także trumna, w której je złożono, jak i sukno spoczywające na niej lub zwłokach.

Wiadomo, że każdy kto umarł w sposób inny niż naturalny, mógł powrócić po śmierci i siać spustoszenie wśród żywych: w szczególności dotyczyło to sprowadzania gwałtownych i o niszczycielskiej sile zjawisk atmosferycznych: lud i na tę bolączkę znalazł lekarstwo: ciało trzeba było zakopać koniecznie na cudzym polu, za dziewiątą (lub inną wielokrotnością liczby 3) miedzą (powtarzająca się do znudzenia rola granicy), głową w przeciwną w stronę wsi, tak, że gdyby nie dajcie Bogowie postanowił wstać i zabawić jeszcze wśród żywych, poszedł nie w tę stronę co trzeba, stracił orientację i no, przepadł gdzieś. Taki przypadek miał ponoć miejsce w 1913 roku w Łapszach Niżnych, kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach zmarł baca Józef Pitoniak – jak baca, to już wiadomo, że musiał być na cenzurowanym, bo to prawie owczarz, a jak owczarz, to prawie czarownik a jak prawie czarownik, to w całości Zło. Ponoć po pogrzebie, który odprawiono po chrześcijańsku, w poświęconej ziemi, zaczęła się taka burza, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej, deszcz siekł przez kilka tygodni bez przerwy, a po wsi rozeszły się pogłoski, że z grobu Pitoniaka słychać jęki (komuś trzeba było to przykleić). A że było już ciepło i obawiano się klęski głodowej, zebrało się kilku najsilniejszych chłopa, nocą zakradli się na cmentarz, wykopała ciało z grobu i spaliła je na stosie z 24 kubików drewna, pilnując, by całkowicie zmieniło się w popiół. Po spaleniu bacy deszcz przestał padać. Kiedy byłem młody, w lesie koło Błotnicy [pow. ząbkowicki] powiesił się handlarz suknem. Kiedy go odnaleziono, został położony na noszach i zawleczony do Błotnicy. Tam włożono go do skrzyni i solidnie zamknięto. Następnie trzeba było zawieźć go do Kamienicy [pow. nyski], skąd też pochodził, i ja miałem z nim  jechać. Zapytano mnie wtedy: „Nie będzieszże się bał?”: „O! — powiedziałem — czegóż miałbym się bać, przecież on jest w skrzyni, a ta mocno zabita gwoździami”. Pojechałem więc przez wzgórze, ludzie natomiast poszli dołem okrążając górę. A kiedy wjechałem na wzniesienie, nadleciało mnóstwo wron i ta cała chmara szarpała mnie wciąż tak, że nie mogłem się opędzić. Także mimo tego, że woły wciąż ciągnęły  powieszonego, nie było widać postępu. Skłon zaczynał opadać, mimo to zwierzęta miały do ciągnięcia tyle co wprzódy. Ludzie już byli pod górą w Kamienicy i wyszli mi naprzeciw pytając co tak żem długo robił. Z powrotem do domu nie trwało to więcej niż pół godziny, kiedy woły przejechały wzniesienie. W niektórych regionach na ciało samobójcy kładziono kamienie. Zapewne był to jeden z licznych środków ochronnych. Czasem było ich kilka, nieraz budowano z nich stos, tak aby każdy przechodzień go widział i mógł dorzucić kolejny kamień . Zalicza się do nich wspomniany wcześniej Nachzehrer. Określano w ten sposób zmarłych, którzy w grobie pożerali części swojej gar-deroby lub swojego ciała, i poniekąd przez to działanie zabierali siły witalne żywym (Schürmann 1990, s. 14). Tak też należy tłumaczyć to słowo: nach, czyli „po” lub w „dalszym ciągu”, natomiast zehrer  pochodzi od zehren, znaczącego tutaj tyle, co pożerać lub trawić. Mamy więc do czynienia ze zmarłym, który — według tego tłumaczenia — w dalszym ciągu jest aktywny. W tym przypadku „szkodliwy zmarły” wcale nie musiał opuszczać swojego grobu, aby czynić szkody.

Różnica leżała także w samym rozpoznawaniu aktywności zmarłego po śmierci. Nie zawsze musiał on ukazywać się żywym, aby uznano go za szkodliwego. Jednym ze znaków obwieszczających niepożądaną aktywność, były wydobywające się z grobu dziwne odgłosy. Przyrównywano je do mlaskania lub ssania. Według ludowych wierzeń w ten sposób odbierana była energia żywym. Nie jest jasne, skąd wzięło się przekonanie, że przejawem aktywności zmarłego po śmierci było pożeranie swojego ubrania, czy nawet części własne-go ciała. Trudno uznać, że ciuchy to jakiś powszechnie znany przysmak martwych, bo skoro jedzą, to musieliby też trawić, a z rozłożeniem lnu czy bawełny organizm zwykle ma spory problem. Nikt nie wie skąd wzięło się to przekonanie i ile jest prawdy w przekazach o nadjedzonych strojach trumiennych. (Schürmann 1990, s. 65). Wiara w odbieranie energii przez zmarłego wskutek ssania swojego ubrania utrzymywała się w czasach nowożytnych. Opis podobnych przekonań pochodzi z Białego Kościoła w pow. strzelińskim. Tamtejszy pastor o nazwisku Ruprecht w 1800 r. spotkał się z wierzeniem mieszkańców miejscowości, którzy ze skrupulatnością godną uczciwego księgowego pilnowali, aby przygotowanemu do pochówku nieboszczykowi nie zostawić czasem sposobności pociamkania sobie fragmentu odzienia: pod żadnym pozorem babcia nie mogła mieć sposobności skosztowania kołnierzyka bluzki, którą od 4 lat trzymała w szafie na tę raz tylko w życiu nadarzającą się okazję (barbarzyństwo, żałować kobicinie).  No ale jak nie wolno to nie wolno: nad grobem pilnie nasłuchiwano jeszcze tydzień po pogrzebie, czy stara przypadkiem nie zamlaska albo nie zajęczy ze swojej nowej siedziby: gdy uznano, że z grobu dobiegają jakieś niepokojące odgłosy, wykopywano nieszczęśniczkę (bądź nieszczęśnika) i stosowano tak zwane środki zaradcze w postaci: spalenia, odrąbania głowy szpadlem bądź siekierą i umieszczenie jej w takim miejscu, żeby zmarły już nic nie mamlał. Uważano, że takie, przyznacie, że niecodzienne jak na nieżywego, formy spędzania czasu w trumnie, miały na celu szkodzenie żywym (trudno wyjaśnić jaki związek miało akurat ssanie ubrania z pozbawianiem energii swoich krewnych) i trwało dopóki złośliwy dziadyga nie dopiął swego ściągając na tamten świat jakiegoś pociotka. (Nie będę pokazywała palcem, ale znam co najmniej jednego takiego dziadka, którego powinni pochować od razu nago i bez głowy, bo na bank coś będzie kombinował)*. (Schürmann 1990, s. 112).

Na Dolnym Śląsku odnotowano przypadek (według przekazu ze źródeł kościelnych kobieta była czarownicą, ale że dziwnym trafem rok w którym autor spisywał to wspomnienie, zbiegł się z nieszczęśliwym momentem historii, kiedy modnym było absolutnie wszystkiemu przypisywać moc diabelską, magiczną i w ogóle baby to chuje), gdy jednej biedaczce zmarło się akurat podczas seansu spirytystycznego – włościanie nie mogli jednak dojść do tego, czy pożegnała się ze światem żywych tak po prostu, bo „przyszedł jej czas”, czy pomogły jej demony, z którymi się bratała: wiadomo, mogły ją zabić. Wątpliwości te sprawiły, że nie zgodzono się pochować zmarłej po bożemu, to znaczy tam gdzie wszystkich i ciało zostało zakopane na rozstaju dróg, jak to zwykle czyniono w przypadku „dziwnych” śmierci. Nie minęły dwie niedziele, a zgodnie z przewidywaniami, że coś się kroi, zaczęła ukazywać się pod postacią jelenia (dlaczego akurat jelenia? Rozstajne drogi nie wystarczyły. Skąd wiedziano, że ten jeleń to akurat ona? Może w okolicy pojawił się jakiś albinos albo osobnik z widocznymi deformacjami i stało się oczywiste, że to nie może być dzieło natury ni przypadku, a czartowska manifestacja), straszyła inne jelenie (po co? Może to był Herne, Leszy, Nocny Łowca) na polach a także bydło. Miała ukazywać się też pod własną postacią, a jak już się pofatygowała to czyniła szkody różne a uprzykrzone – zatem co się komu zepsuło, zginęło, krowa miała wzdęcia, kury gorzej się niosły, sąsiadowi ukradli grabie – winny był przynajmniej pod ręką bez szukania, wystarczyło podejść na skraj wsi. Postanowiono więc ekshumować zwłoki. Jak stwierdzili świadkowie, po odkopaniu ciała kobiety ujrzeli, że jej welon był  już w połowie zjedzony (Klapper 1909, s. 74-75). Wszystko fajnie, ale może wytłumaczenie tych psot z zaświatów i opowieści z dreszczykiem jest prozaiczne i realne, a przez to po stokroć straszniejsze: nikt nie wpadł na to, że tych ludzi pochowano żywcem? Po wydobyciu okazywało się, że delikwentka spożyła sobie troszkę tekstyliów – bo co miała zrobić, zabrać się za trumnę? Po pogrzebie było z grobu słychać jęki? Cóż za dziwactwo, kto normalny by jęczał i wył, gdyby go zakopali mimo że jeszcze dycha, to na pewno nie człowiek, tylko siła nieczysta nie chce dokonać żywota obita w cztery deski. Nawet jeśli 500 lat temu trumny były mniej szczelne niż teraz, to przysypanie ziemią nie dawało szans na nie uduszenie się przez czas tak długi, żeby w desperacji z głodu zacząć jeść ubranie. Może to wynik stresu, jak ogryzione paznokcie? Na porządną drewnianą skrzynię mogli sobie pozwolić tylko zamożni, przez długie wieki na wsiach nikt nie zawracał sobie głowy zbijaniem desek i po prostu owijano zwłoki całunem. Jak długo mógł przeżyć, kilka minut? Godzinę? Nawet przy założeniu, że jamy grobowe miały wtedy 0,5 m głębokości, a nie 2 m jak dziś, szanse na przetrwanie choćby doby w takich warunkach były raczej niewielkie a postawiony przed takim „wyzwaniem” musiałby być niezłym pechowcem.

 

Write A Comment