Kobiety urodzone na wsi, zamieszkujące tereny leżące najczęściej w obrębie włości szlacheckich, nie miały łatwego życia. Ich świat był obszarem bardzo ograniczonym, raczej nie miały okazji wypuszczać się dalej niż najbliższe zabudowania: chałupa-pole-dwór-kościół, na tym kończyły się przygotowane dla nich przez los „atrakcje”. Schowane głęboko w cieniu swoich mężów, przygniecione codziennymi obowiązkami, nie miały czasu ani możliwości na samorozwój i poznawanie: często nie potrafiły pisać ani czytać, nie interesowały się polityką ani sprawami bieżącymi, skupione na zapewnieniu ciągłości funkcjonowania swojemu rodzinnemu poletku. Większość z nich nie orientowała się nawet w kalendarzu: bieg czasu wyznaczały pory roku, odpusty i święta. Lato upływało pod znakiem żniw, kiedy razem z mężczyznami i dziećmi od rana do wieczora ciężko pracowały w polu. A poza tym? Każdy dzień podobny do poprzedniego: pielenie, kopanie ziemniaków, pranie, młócenie zboża, tkactwo, szycie. Monotonię tych zajęć umilał chyba tylko fakt, że czynności te wykonywały zazwyczaj zbiorowo, dzięki czemu miały okazję trochę zasięgnąć języka u sąsiadek i wymienić się najnowszymi plotkami. Życie na wsi wcale nie stwarzało ku temu tak wielu okazji, jak mogłoby się niektórym wydawać, zresztą gadulstwo było w tych społecznościach raczej piętnowane i nikt nie pozwalał sobie publicznie na długie rozmowy.

A byłoby to na pewno miłym oderwaniem od szarej rzeczywistości, bowiem na kobiecych głowach i barkach spoczywało „być albo nie być całego gospodarstwa”. Począwszy od przygotowywania jedzenia, oporządzania zwierząt, na szyciu bielizny skończywszy. Chłopka musiała zadbać o to, żeby jej rodzina nie głodowała przez długie zimowe miesiące, dlatego już latem gromadziła zapasy, których i tak zazwyczaj na przednówku zaczynało brakować. Dlatego jedzono oszczędnie, porcje były zwykle niewielkie (szczególnie te przeznaczone dla parobków), gotowano tylko obiad, który stanowił jednocześnie kolację i śniadanie następnego dnia. Rarytasów nie było: kasza, kiszona kapusta, suszona rzepa. Mięsa i chleba raczej nie spożywano – wiadomo, za drogie. Gospodarstwa były względnie samowystarczalne, na stoły wjeżdżało więc to, co mogło wyrosnąć na polu albo na grządce. A jak bieda przycisnęła? Mieszkanki wsi musiały być na to przygotowane. Dlatego zbierano wszystko, co dawał las i łąka: jagody, szczaw, rdest, komosa, pokrzywy, mlecze, perz a nawet żołędzie i jaja z ptasich gniazd. Ubóstwo dawało się więc we znaki na każdym kroku, żeby się o tym przekonać, wystarczyłoby wejść do pierwszej lepszej chałupy: w izbie brud, smród, wałęsające się wszędzie kurczaki i gęsi, muchy, wszy, pluskwy, wilgoć, zaduch (nigdy nie otwierano okien). Takiego domu po prostu nie dało się posprzątać i nawet nie było sensu tego robić. O sanitariatach nikt wtedy nie słyszał, a odór chyba po jakimś czasie przestawał być uciążliwy, kiedy mieszkało się z trzodą chlewną w jednym pomieszczeniu, a dom otoczony był przez bajora błota i gnojowicy.

Przez swoich mężów chłopki trzymane były krótko, bicie żony uważano za coś zupełnie normalnego, kobiety również podzielały to przekonanie. Przyjęło się jedynie, by raczej nie karać małżonki publicznie, choć i od tego zdarzały się odstępstwa. „Żonę, gdy była dobra, należało bić, by się nie popsuła, gdy była zła – żeby się naprawiła”. Mężczyzna miał prawo karcić w ten sposób wszystkich mieszkańców gospodarstwa, nikomu nie przychodziło nawet do głowy się na to skarżyć, bo i nie było ani gdzie, ani po co – każdy to znał i nie dziwił się takiemu obrotowi spraw. Sielanka trwała w prawie każdym obejściu. W wielu rodzinach przemoc była obecna do tego stopnia, że z powodu pobić dochodziło do kalectwa wśród kobiet i dzieci, na porządku dziennym były również poronienia – kiedy mąż uważał, że należy sprać żonę, nie miało znaczenia, czy nosi pod sercem płód czy nie. Poszanowanie dla życia, które niby miało występować wśród bogobojnej ludności wiejskiej nie miało wiele wspólnego z rzeczywistością. A szans na ratunek nie było: rozwody nie istniały, separacja była uważana za ciężki grzech i nikt nie miał odwagi nawet się o nią starać (zresztą, nawet gdyby jakimś cudem to się udało, dokąd taka kobieta miałaby się udać? Wynajęcie mieszkania było zdecydowanie niemożliwe. 😉 ). Nieszczęśnice salwowały się więc ucieczką do rodziny czy sąsiadów, ale mogły pozostać tam tylko do czasu aż mężowi przejdzie złość…do następnego razu. Mam wrażenie, że kobiety z pokolenia na pokolenie były uczone uległości i przyzwyczajone do takiego traktowania: ich pozycja w domu i we wsi była bardzo niska, mimo że były filarem ich bytu. Przez społeczność uznawane były za nieczyste i niegodne, przez co zabraniało się im wykonywania niektórych czynności, szczególnie napiętnowane były ciężarne. Było w ogóle nie do pomyślenia, żeby żona szła ramię w ramię z mężem, np. do kościoła. Przywilej ten zarezerwowany był tylko dla narzeczonych (wtedy jeszcze należało stwarzać jakieś pozory, po ślubie – wiadomo). Kobieta zawsze podążała kilka kroków za mężczyzną. Takie uwłaczające zachowania dopuszczalne i akceptowalne były w stosunku do wszystkich pań: kiedy do chałupy przybywał jakiś gość, witał się tylko z gospodarzem, kobieta traktowana była jak niewidzialna i jej rola ograniczała się do ewentualnej obsługi kelnerskiej.

Jeśli chodzi o sprawy łóżkowe, z perspektywy kobiety wyglądało to równie beznadziejnie jak cała reszta. Inicjacja seksualna przebiegała wcześnie, od 12-16 roku życia, wcale nie było tak, że dziewictwa strzeżono jak oka w głowie, a dla przyszłego męża cnota jego wybranki była jakaś szczególnie istotna. Obcowanie płciowe nastolatków nie było niczym dziwnym i nie spotykało się z oburzeniem ze strony reszty społeczności. Problem zaczynał się dopiero wtedy, kiedy z tych igraszek wynikało coś więcej i dawało o sobie znać w postaci rosnącego ciążowego brzucha… Wtedy włościanom przypominało się, że jednak musi być po bożemu: dziewczyna była w najlepszym wypadku wytykana palcami, w najgorszym wyrzucana z domu i przepędzana poza granice wsi. Właśnie dlatego często dochodziło do porzuceń niemowląt a nawet do dzieciobójstw. Oczywiście pod warunkiem, że matce i dziecku udało się przeżyć poród, co wcale nie było oczywiste i proste, jeśli wziąć pod uwagę brak jakiejkolwiek higieny i poziom wiedzy medycznej, jaki wtedy funkcjonował w świadomości. Wszystko komplikował także fakt, że kobieta, nawet w połogu nie mogła liczyć na pomoc męża, bowiem panowie w ogóle nie zajmowali się wychowywaniem dzieci, ich rola kończyła się na „łóżkowej robocie”. Reszta niewiele ich interesowała, o fakcie posiadania potomstwa przypominali sobie dopiero gdy to było w wieku kilku lat i można było potraktować je jako żywy inwentarz a tym samym wykorzystać do pomocy w gospodarstwie. Jednak do tego czasu chłopki były pozostawione samym sobie, dzieci zazwyczaj było dużo, obowiązków w domu jeszcze więcej, a ręce do pracy tylko dwie. Normalne było zabieranie noworodków w pole, by w razie potrzeby móc je chociaż nakarmić. Z dzieciakiem na plecach kopano ziemniaki, sadzono i plewiono, te trochę większe, które umiały już stać o własnych siłach, kręciły się w pobliżu uczepione kiecki. Powyżej 5 lat kończyło się eldorado i zaczynała się smutna rzeczywistość: obowiązki gospodarskie, czyli pasanie kur i gęsi. Ośmiolatki przechodziły na wyższy poziom i zajmowały się świniami i krowami. Za zaniechanie lub złe wypełnienie swoich zadań dzieci były karane równie surowo jak ich matki. Nauka? Wolne żarty. Szkół nie było, rodzice nie mieli czasu i sami nie mieli najczęściej szerszego pojęcia o czymkolwiek, co wykraczało poza to, czego wymagało przeżycie na wsi. Pacierz, młócenie, darcie pierza. Inne rodzaje wiedzy były niedostępne.

W XIX wieku pobożność teoretycznie była w cenie. Moraliści uznawali ją za źródło ziemskiego szczęścia, z którym nikt nie powinien dyskutować ani tym bardziej próbować się przeciwstawiać i szukać innej drogi według własnego widzimisię. (TEORETYCZNIE. Te-o-re-ty-cznie, znaczy, że w praktyce różnie z tym bywało i ludzie rozbijali się po różnych manowcach, czasem coś tam znajdowali, czasem tylko im się wydawało, najczęściej jednak jakieś błędne ognie ściągały ich ku nieuchronnemu przedwczesnemu końcowi. Jednak nie o nich będzie ta notka).

Wiara w Boga i wszelkie obowiązki z niej płynące miały pełnić szczególną rolę w życiu płci pięknej. Kobieta jako istota krucha, ciepła i pełna poświęcenia, miała z podzięką i cierpliwością przyjmować wszystko to, co zsyła jej „los”, bez względu na to jak złe i trudne by było – należało zawsze uznawać to za wolę Najwyższego, szanować i wypełniać z najwyższym zaangażowaniem. Uważano, że „religia jest dla kobiety potrzebą, bez której istnieć nie może, ale jej nie zgłębia, nie rozbiera, całe jej szczęście zależy na całkowitym poddaniu się istocie niepojętej”. B. Rosenblum, „Kobieta, miłość i małżeństwo…”, s.14 Mówiąc po ludzku, co by się nie działo, trzeba było się na to zgadzać: nie walczyć, nie szarpać się, nie próbować czegoś poprawić, nie brać spraw we własne ręce. Tak jak wobec męża na Ziemi, tak wobec Boga trzeba być bezwzględnie posłusznym. Wola i instynkt samozachowawczy miały pozostać w słodkim uśpieniu. Jak to wszystko powinno się objawiać?

„Na zewnątrz przejawami religijności było łagodne podejście do wszystkich ludzi, tolerancja i wyrozumiałość w stosunku do poczynań bliźnich oraz cudzych błędów, skrzywdzona może czuć żal, ale nie nienawiść, zemsta nie może przejść jej przez myśl, urazy łatwo przebacza i prędko zapomina. […] W domu jest cicha i skromna, uprzejma i przychylna dla całego rodu ludzkiego, każdemu rada się przysłużyć”. Wszystko to nie dla własnej korzyści, nie dla poklasku, nie ze strachu, ale z autentycznej potrzeby serca. Pobożne niewiasty miały z pokorą nieść krzyż: choroby, wypadki losowe, kiepska sytuacja rodzinna i materialna, zły mąż – wszystko to, nawet w skrajnych sytuacjach nie mogło być powodem do utraty wiary. Należało modlić się o nadejście lepszych dni. Niektóre książki (tylko niektóre) namawiały, by aktywnie dążyć do naprawienia sytuacji. Inne nie wspominały o działaniach. „Jeśli ich życie było ciężkie i niewdzięczne, to powinny Bogu dziękować za taki los, bo prawdopodobnie są wybrankami, które na pewno osiągną zbawienie wieczne”. Dlatego w ostatniej godzinie powinny mieć uśmiech na ustach i pogodną twarz. Nawet gdy traciły dziecko lub męża, powinny podchodzić do tego z cichą radością i traktować to jako chwilowe rozstanie.

Dobra chrześcijanka miała unikać „nieprzyzwoitych obrazów” (jakie to są?), występnych rozrywek, słuchania miłosnej muzyki (chyba dlatego, żeby przypadkiem za czymś nie zatęskniła), nie wierzyć w zabobony, wróżby i przesądy.

 

  • 1. B. Rosenblum, Kobieta, miłość i małżeństwo…, s. 14
  • 2. S. Ostaszewski, Ojciec córkom, cz. 1, s. 17
  • 3. I.P. Legatowicz, Prawidła poczciwego życia, s. 3-5
  • 4. K. Hoffmanowa z Tańskich, Pamiątka po dobrej matce, s. 61
  • 5. E. Ziemięcka, Myśli o wychowaniu kobiet, s. 27
  • Obszerne fragmenty z książki „Uległa, ponętna, akuratna…” Małgorzaty Stawiak – Ososińska

 

Write A Comment