Jak się ustrzec od uroku i czarów? Jak chronić przed skutkami działalności złego gnębiącego zwierzęta gospodarskie? Wiadomo przecież, że niektórzy mają „urocze” oczy, nawet o tym nie wiedząc, wystarczy spojrzenie i wszystko wyzdycha a ludzie się pochorują…;) Czarownice, złośliwe sąsiadki, zazdrosne baby… wiecie jak jest, lepiej być przezornym.

Już w XVI wieku toczyły się przed sądami biskupimi sprawy o czary, w których pojawiał się motyw odbierania krowom mleka lub spowodowania ich śmiertelności. Później, w okresie największego nasilenia procesów czarownic, podobne oskarżenia te stawały się coraz częstsze. Z protokołów można się dowiedzieć, jakich to sposobów chwytały się czarownice, by pognębić trzodę znienawidzonej sąsiadki. Dawano więc bydłu zaczarowane ziele lub polewano je wodą, w której zmywało się własne naczynia, a mleko od tych krów przechodziło do obory czarownicy. Gdy czarownica raz jeden udoiła krowę, już zawsze odbierała od niej nabiał. W magiczny sposób otrzymywały czarownice mleko z cudzych krów, dojąc je z drewnianego słupka czy powroza. Chcąc zniszczyć bydło sąsiadki lub dworskie, posypywały je proszkiem trupich kości, polewały krwią, zakładały w oborze „czary”. W mocy czarownicy było nasłać do cudzej obory wilka, by zadusił krowę. Wyrafinowana zemsta czarownicy polegała na tym, że krowom znienawidzonej sąsiadki „z ogonów mleko i kopyt ciekło”.

W protokołach procesów czarownic można spotkać całą litanię takich bezsensownych zarzutów, przyjmowanych jednak przez sąd z całą powagą. Pisarz rolniczy z początku XVII wieku Stanisław Strój no wski dość dobrze odmalował atmosferę tego rodzaju zabobonów: „Ty, pobożna gospodyni, karm krowę zimie dobrze, żeby tłusto na trawę przyszła lecie, a kucharki doglądaj, żeby dobrze wydoiła. Bo kiedy kilka razy nie doi, krowa połowinę mleka straci, choć też będzie tłusta. A ktemu ochędóstwa do nabiałów bardzo potrzeba, bo kiedy zaplugawi, zakwasi naczynie, nie wyparzy, słodki żywioł kwaśnym uczyni, i będzie na czarownice narzekała, a ona sama sobie niedozorem i plugastwem swoim szkodę uczyniła. Jestem na swym gospodarstwie od czterdziestu łat, nigdy w domu mym żadnych pomocy u bab nie szukano, bo też temu nie wierzę. I tak mi tego diabeł wziąć nie mógł, co mi Pan Bóg obficie dawał. Także i ty czyń, ujrzysz, że krowa polska stanie za olenderską.”

Najwięcej zabobonów związanych było z hodowlą bydła, które w dawnym gospodarstwie wiejskim odgrywało dominującą rolę. Niekiedy w protokołach procesów o czary można spotkać zabobony odnoszące się także do innych zwierząt gospodarskich, jak konie, owce, świnie, a nawet drób. Chcąc ustrzec się przed skutkami czarów, trzeba było korzystać z różnych magicznych środków zaradczych, których sporo podawała literatura rolnicza (np. Haur). Niektóre z tych środków zachowały się od niepamiętnych czasów w tradycji ludowej. Do najbardziej rozpowszechnionych należało kropienie lub omywanie krów wodą święconą, rosą, specjalnymi olejkami, wodą źródlaną lub deszczową itp. Niekiedy należało przy tych czynnościach wymawiać słowa posiadające magiczne znaczenie. Rozpowszechnione było okadzanie bydła, czyli – jak się wówczas mówiło – „podkurzenie” specjalnym zielem, starymi szmatami, wysuszonym nawozem itp. W oborze zakopywano przy progu lub wieszano u pułapu suszone zioła, sól, chleb, a nawet kłaki z wilczej sierści. W połowie XVII wieku pewna mieszczka łódzka zawiesiła w oborze pieczoną żabę228. Chcąc zwiększyć udój, a zarazem zabezpieczyć mleko przed zepsuciem, należało przecedzić go przez nóż, sierp, odpowiednie ziele, części ludzkiej garderoby, a nawet przez hostię.

Jak szeroko rozpowszechnione były zabobony związane z hodowlą zwierząt domowych, mogą świadczyć liczne przykłady przytoczone w połowie XVIII wieku przez księdza Nowakowskiego: „Warzenie kopyta zwierzęcia zdechłego, dla poznania czy zczarowane. Związanie końca powązki, żeby krowie mleko samo nie uciekło. Nóż nad drzwiami zatknąć, którędy bydło chodzi, wierząc, że złego ujdzie. Mniemanie, że mleko w masło się zamieni, gdy w niego kłódkę wpuści jeszcze nie używaną. Opalanie ognia pod krową na wymię chorą. Noża włożenie w kierzankę, aby się masło zrobiło. Nie motać kiedy dym, wierząc, że się będzie bydło bóść . Przedając bydlę, przez połę sukni powroza oddawanie. Przedanego bydlęcia we środę nie oddawanie. Bydła nago popędzanie, aby płodne było. W poniedziałki i środy nabiału niedawanie. Sera, masła napoczętego niedawanie.”

Wielki Post to nie był najlepszy czas dla kotów. Począwszy od X wieku w każdą środę poprzedzającą Święta Wielkanocne palono na stosie tysiące niewinnych istnień w przekonaniu, że to czarownice przybrały postać zwierząt i w tej formie ukrywają się przed sprawiedliwością. Wesoły kram z przesądami i swądem spalenizny w tle istniał sobie w najlepsze przez trzy wieki, dopóki nie okazało się, że kot może jednak się na coś przydać. Powracający z krucjat rycerze, oprócz bożej chwały i wojennych łupów, przywieźli  również nieproszonego gościa. Na statkach przypływających ze wschodu zagnieździł się bowiem cichy morderca: czarny szczur, roznoszący w niekontrolowany sposób śmiertelne bakterie wywołujące dżumę. Serce Anglii zaczęło chorować, epidemia wybuchła w stolicy kraju i gdyby nie te znienawidzone sierściuchy, być może nie udałoby się nad nią zapanować. Czas trwogi, podobnie jak czas bogactwa, zawsze ma swój koniec i wraz ze zniknięciem zagrożenia odeszła w niepamięć również sympatia do kotów. Powróciła histeria, polowania na wiedźmy i cała machina prześladowań na nowo rozpędziła się po krajach Europy, rozjeżdżając po drodze setki ludzkich i zwierzęcych istnień. Nie lubili ich badacze, pogardzali naukowcy, od czci i wiary odsądzali pisarze: Wielki Szekspir nie miał na ich temat do powiedzenia nic dobrego, w żadnym ze znanych utworów nie pada o nich ani jedno pozytywne słowo. Zdarzają się za to fragmenty mówiące o kocich przywarach i sprzecznych z ludzką moralnością zachowaniach. W jego dziełach zawsze pojawiają się w roli czarnych charakterów, spisują z czarownicami w Makbecie, w Cymbelinie określa je jako stworzenia, dla których szkoda by było nawet stryczka i typuje je jako króliki doświadczalne do testowania działania trucizn. W czasach współczesnych Szekspirowi nikt już nie pamiętał o kocich zasługach na polu zwalczania dżumy, od nowa kto mógł używał sobie na tych biednych stworzeniach. Nikt nie wie skąd tak naprawdę wzięła się średniowieczna nienawiść do kotów. Być może była odpowiedzią na łaskawe traktowanie ich przez większość starożytnych kultur, zwalczanych przez kościół od początków jego istnienia. Rzymianie je szanowali, Egipcjanie mieli za istoty boskie, mieszkańcy krajów nordyckich wyobrażali swoje bóstwa w ich towarzystwie (Bogini miłości Freya). Nic więc dziwnego, że po nastaniu KK zaczęto je traktować jako wcielenia szatańskich pomiotów i sługi sił nieczystych. Wierzono, że czarownice swoich diabelskich pupilków karmiły mlekiem z własnych piersi. Od kiedy stare, niezamężne i samotne kobiety zaczęto utożsamiać z kotami, rozpoczął się prawdziwy boom na tropienie w ten sposób rzekomych czarownic poprzez sprawdzanie ich powiązań z tymi nieszkodliwymi zwierzętami. Każda pasująca do opisu niewiasta, u stóp której kręcił się czarny czworonóg, znajdowała się w kręgu podejrzanych. Jeśli nie daj boże kocisko okazywało jej sympatię, wystarczało to za dowód na jej konszachty z diabłem i skazywało niechybnie na „sprawiedliwy sąd”, który chwilowo sprawowali egzystujący na ziemi i pełniący funkcję Bożych Bojowników słudzy Kościoła Katolickiego. W wyobrażeniach naukowców kot czarownicy funkcjonował zazwyczaj w kolorze czarnym, jednak zdarzały się dla niepoznaki występujące w białym umaszczeniu. Jednak to czarne traktowane były najokrutniej i uważano je za najpodlejsze, utarł się bowiem przesąd, że diabeł chcąc torturować swoje ofiary pożycza futro właśnie od zwierzęcia o takiej barwie. Być może stąd wzięło się przekonanie, że czarny kot przebiegający drogę jest zwiastunem pecha i nieszczęścia. Znam ludzi, którym zdarzało się zawracać i wybierać inną trasę, kiedy taka sytuacja im się przytrafiła. Jako wcielenie najgorszego zła swego czasu uważano kota Rutterkina, pupila należącego do służącej żyjącego w XVII wieku hrabiego Rutlanda. Joan Flower, nieszczęsna właścicielka czworonoga została oskarżona o czary i wywieranie z pomocą diabła i drzemiących w kocie złych duchów zgubnego wpływu na rodzinę swojego chlebodawcy. Dwaj synowie szlachcica zmarli bowiem w bardzo młodym wieku, jego żona z nieznanej przyczyny stała się bezpłodna, a nad jego domem zdawała się ciążyć klątwa przynosząca wszystkim mieszkańcom wyłącznie nieszczęścia. Córki domniemanej czarownicy powieszono w 1617 roku, ich matka natomiast umarła w celi, być może na własne szczęście nie zdążywszy doczekać śledztwa i wyroku. Nie wiadomo co stało się z kotem, brakuje również informacji o tym, czy sytuacja życiowa Rutlandów uległa poprawie po pozbyciu się rodziny służącej. Tortury którym poddawano koty były przez setki lat formą publicznej rozrywki. Dzięki wpojeniu gawiedzi, że stworzenia te są z powodu opętania przez złe duchy nosicielami najgorszych cech, te okrutne praktyki nie wzbudzały w patrzących współczucia. Cieszono się, że Kościół z taką gorliwością dba o bezpieczeństwo wiernych. Palenie tych zwierząt było również częściom rytuałów przebłagalnych, w ten sposób przy okazji wielkich uroczystości czczono świętych. Dla podkreślenia wagi jakiegoś wydarzenia grano na kocich organach – przeżywające straszliwe cierpienia zwierzęta wyły i zawodziły tak, że przypominało to piskliwe dźwięki organów albo operowe śpiewy. Często zamykano koty w małych pudełkach, na wierzchu zostawiając tylko ogony. Kiedy za nie ciągnięto, zwierzęta wydobywały z siebie przeraźliwe wrzaski, ku uciesze słuchających i oglądających gapiów. W innych wersjach tego przedstawienia opakowania w których trzymano koty zawierały kolce, które wbijały się w ich ciało zadając ból i wywołując koci płacz. Przy pomocy kotów czarownice miały dokonywać czynów podłych, szkodzić ludziom i wystawiać na pośmiewisko powagę Kościoła, obrażając w ten sposób Boga. Do przypisywania tym zwierzętom tak złej sławy przyczyniały się często zeznania kobiet oskarżanych o czary. Sądzona za sprowadzenie burzy Agnes Thomson, która spowodowała zatonięcie wypełnionego klejnotami królowej statku twierdziła, że zaklęcie rzuciła używając do odprawienia rytuału między innymi kota. Zeznała następująco: Wzięłam kota, ochrzciłam go, następnie do wszystkich jego członków przywiązałam główne części ciała nieżywego człowieka oraz kilka stawów jego. Kolejnej nocy kota wraz z trupem wyniosły na środek morza wszystkie czarownice, co żeglować potrafiły rzeszotem lub sitem. Tak oto kot znalazł się nieopodal Leith w Szkocji. Następnie zerwał się taki sztorm, że gorszego nigdy wcześniej nie widziano. Inne szkockie czarownice, złapane w 1596 roku w Aberdeen, przybrały postać kotów by móc oddawać się orgiom pod krzyżem ustawionym na targu rybnym. Takie zapisy może tłumaczyć fakt, że ówczesne szkockie czarownice nosiły futra i maski przypominające kocie pyski. Pewnie dlatego tańcząc wokół krzyża tworzyły tak osobliwy widok i przypominały patrzącym stano ganiających się mruczków.

Kot na Słowiańszczyźnie

Na szczęście (dla nas) na terenach zamieszkiwanych kiedyś przez Słowian kot nie cieszył się złą sławą, chociaż również łączono go z czarami i czarownicami. Sierściuchy żyły wolno w każdym obejściu, pilnując, aby „myszowie nie harcowali po kątach, a Boczkowi nie ckniło się tak samotrzeć” <3. Z zanotowanych przez Oskara Kolberga powiedzeń wynika, że skrzywdzenie czy zabicie kota nie było społecznie dobrze widziane i przynosiło pecha temu, kto tego haniebnego czynu się dopuścił. Mówiono, że „widać kucharz musiał kota zabić”, gdy polewka w karczmie smakowała nie jakby ugotowano ją na gieźle ciotecznej babki miejskiego knechta (czyli jak zwykle), a raczej podpadała pod uwarzoną na noszonych przez miesiąc onucach jego kolegów. Kotobójca ewidentnie tracił szacun na dzielnicy (i dobrze), skoro ostrzegano o takim „nie wdawaj się z nim, bo on kota zabił, znaczy się, że nie można gościowi ufać i na pewno wywinie jakiś numer. W pewnym sensie wydaje się to logiczne. Na ziemiach Wielkopolski koty często występowały w pobliżu ciot: Koty towarzyszą zwykle czarownicom. Ujrzawszy dwa lub trzy koty o zmroku siedzące w kupie, chłop ucieka; w razie, gdyby mu przyszła chętka rzucić na nie kamień lub uderzyć kijem, ściągnąłby na dom swój wszystkie ich sztuczki szatańskie i nieodłączną od nich chorobę.

Wierzono, że pod postacią kotów występowały kłobuki (tak, kogutów albo kotów). Nie wiadomo jak do powyższego miał się sposób na zdobycie kłobuka, który przewidywał „upieczenie czarnego kota na rozstajnych drogach O PÓŁNOCY, a następnie rzucenie za siebie jego kości”, co miało gwarantować pojawienie się pomocnego demona. Wśród ludu istniało przekonanie, że dusza po śmierci zmienia się w wilka, psa lub właśnie białego lub czarnego kocura, w zależności od tego, czy nieboszczyk za życia dużo nagrzeszył (więc wiadomo jakiego koloru byliby wszyscy, którzy to czytają, a już szczególnie ci stale bywający na Gusłach). Myjący się na progu kot niechybnie zwiastował, że goście jadą i trzeba szykować okowitę i pajdy ze smalcem.

Karwot, Katalog magii Rudolfa, Wrocław 1955, s. 28
K. Koranyi, Czary i gusła przed sądami kościelnymi w Polsce w XV i w pierwszej połowie XVI wieku, „Lud” XXVIII (1929), s. 16—17; J. S. Bystroń, Wstęp do ludoznawstwa polskiego, Lwów 192, s. 66 i in.
APP, Księgi miejskie Kalisza 132, k. 14 v i nast.
AGAD, Księgi miejskie Warty 46, k. 136 v.
APŁ, Księgi miejskie Opatówka 1, s. 193.
S. Strojnowski, Opisanie porządku stawowego, przedruk: Z. Ga warecki i A. Kohn, Polskie stawowe gospodarstwo, Warszawa 1860, s. 335.
Fragment z Baranowskiego „Pożegnanie z diabłem…”

Write A Comment