Nad ranem przyszły wytyczne z Kremla, więc czy chciałam czy nie chciałam, trzeba było siadać i pisać.

To co my nazywamy tutaj „Tłustym Czwartkiem” czyli początkiem końca hucznych zabaw i folgowania pragnieniom, od którego tylko krok dzieli od długich dni umartwiania, odmawiania sobie, posypywania głowy popiołem i szorowania garów przed ugotowaniem postnej zupy (trzyjcie! Żeby na dnie nie zostało ani trochę zgubnego dla duszy tłuszczu), na wschodzie tytułują pierwszą okazją do witania i przyzywania nadchodzącej wiosny – nawet jeśli Wołgę skuwają jeszcze wtedy lody, w sercach wszystkich rośnie w siłę nadzieja, że przecież gorzej już nie będzie i tylko patrzeć, aż stojące coraz wyżej na niebie słoneczko sprawi, że ziemia się zazieleni. Prawosławni (którzy w odróżnieniu od katolików czerpią z pogańskich tradycji i nieszczególnie się tego wstydzą) wierzą, że ten kto spędzi maslenicowy tydzień na smutkach i umartwianiu, ten przez cały rok będzie dręczony niepowodzeniami i pechem. W sumie przygotowanie do „Wielkiego Postu” tam jest jeszcze bardziej teoretyczne niż tutaj – Maslenica wyewoluowała ze słowiańskich (?), bardzo ważnych świąt, podczas których działano na rzecz przywołania upragnionej wiosny i odegnania zimy. Zanim Ruś została ochrzczona, obchody nazywały się Komoyedicą i były tożsame ze znanym i u nas „wodzeniem niedźwiedzia” i trwały aż dwa tygodnie, w okolicy równonocy wiosennej. Zamiast pączków je się bliny, czyli takie…no, powiedzmy, że pochodne naleśników, z różnymi dodatkami, jeśli bez mięsa, to najczęściej na słodko, z serem lub śmietanką.

Prawda jest prosta i niektórym znana, a na wschodzie nawet więcej niż niektórym: uważa się, że pierwotnie było to święto płodności poświęcone Jaryle, a naleśniki, placki czy bliny miały symbolizować życiodajne słońce (no, okrągłę, jasne, pasuje). Inne źródła podają, że chodziło jednak o Welesa i opiekę nad bydłem (ale takie teorie snuto jeszcze za cara, więc należy to traktować jako legendę, a nie poważne hipotezy), ale coś za dużo tych świąt, dlaczego akurat jego mieliby czcić przy okazji odchodzenia zimy? Najważniejszym i nieodłącznym elementem świętowania jest TŁUSTE JEDZENIE: smalczyk, masełko, śmietanka co najmniej 36% – im więcej, tym lepiej. Ma to zapewnić rodzinie dostatek i urodzaj w nadchodzącym roku, co w perspektywie zbliżającego się przednówka jest wyjątkowo istotne. Całkiem konkretnym dowodem na słowiańskie pochodzenie tego święta jest to, że znają go i tutaj, i na wschód, i na południe: Serbia, Czarnogóra, Chorwacja świętuje bardzo podobnie, tyle tylko, że rytualnie spożywa się tam wiszące na sznurku (i dyndające) jajko. Komoyetsa (Belora Kamaedzitsa) to białoruskie święto narodowe związane ze zbliżającym się okresem wiosennym, a raczej jego sprowadzaniem poprzez różne rytuały.

Święto obchodzone jest 24 marca (6 kwietnia) w przeddzień Zwiastowania i do złudzenia przypomina „budzenie niedźwiedzia”. Jedynym źródłem świadczącym o tym święcie znanym w podobnym do dzisiejszego kształcie jest artykuł księdza Symeona Niecewa z 1874 r., który został częściowo przedrukowany przez etnografa P. V. Sheina i pewnie tylko dlatego wiedza o nim w ogóle przetrwała. W tym dniu przygotowywane są specjalne potrawy, mianowicie: namaczana uprzednio suszona rzepa na pierwsze danie – jako symbol, w końcu niedźwiedź je głównie warzywa i zioła; płatki owsiane są podawane na drugie danie, ponieważ niedźwiedź uwielbia owies (tak?); trzecia potrawa składa się z kuleczek grochu, dlatego sam dzień nazywa się „Komoyeditsa”. Po obiedzie wszyscy, starzy i młodzi, kładą się, ale nie śpią, tylko przewracają się z boku na bok, próbując dostosować się do obracania niedźwiedzia. Uważa się, że następnego dnia niedźwiedź wstaje i tym samym można już obwieścić nadejście wiosny, taki słowiański „Dzień Świstaka”.  B. A. Rybakow w swoich badaniach zauważał, że nazwa Komoyeditsa pochodzi od tego samego indoeuropejskiego korzenia, co grecka κωμῳδία „komedia”. Genezę samego święta Rybakow (ale wszyscy wiedzą, że Rybakow to sobie lubi, jak z kosmitami i megalitami nie powiem u kogo) przenosi aż do epoki kamienia łupanego i łączy z kultem łowieckim niedźwiedzia. Klein podaje, że niby to święto przyszło z terenów Polski i nie ma w rosyjskich źródłach żadnego potwierdzenia, że ma swoje korzenie na wschodzie, ale na to co on pisze też nie ma potwierdzenia, więc wiecie, tak to i ja mogę.

Maslenica była pierwotnie pogańskim wschodniosłowiańskim festiwalem ludowym obchodzonym w dniu wiosennej równonocy, który określał jednocześnie koniec zimy. W okresie postsowieckim, gdy  chrześcijaństwo powróciło na scenę, również  polityczną, z pełnym przytupem,  Maslenicę obchodzi się w tygodniu poprzedzającym Wielki Postu (data Maslenicy zmienia się co roku w zależności od daty obchodów Wielkanocy), zachowując w rytuale wiele elementów słowiańskiej mitologii. Kto rozumie, sam może sobie przeczytać: И. М. Снегирёв писал: «может статься, самая масленица, приходящаяся около Власьева дня, не была ли праздником Волосовым. Масло, приносимое ему в жертву, называлось волосиным или воложным». Н. Дубровский отмечал, что многие масленичные обряды являются чисто зимними и не могут отмечаться весной и считал, что масленичные обряды перешли с Власьева дня, когда у Власия «и борода в масле».

2 komentarze

  1. Taka szkoda, że Polska pozwoliła na dosłowne – wykorzenienie tak pięknych tradycji słowiańskich. Bardzo przyjemny tekst!

Write A Comment