Zwolenników teorii, że seidr czy też volvy nie istniały w świecie rzeczywistym, a były tylko wytworem wyobraźni pisarzy (idąc w tym kierunku natkniemy się w końcu na wniosek, że goście pisali fantastykę zanim to było modne. Wyobrażacie sobie co by było, gdyby się okazało, że prawie nic nas nie różni od tych, którzy żyli tysiąc lat temu i oni też za młodu (kto nie pisał opowiadań fantasy i wierszy do szuflady…dobra, bez ściemy, prawie każdy tu pisał), dawali upust wyobraźni i wymyślali niestworzone rzeczy, a my teraz badamy to i dzielimy włos na tysiąc. Ja na ich miejscu, gdybym mogła to zobaczyć, miałabym niezłą bekę. Wracając…no więc teorii, że żadne wieszczki czy też kobiety (choć nie tylko) uprawiające magię tego rodzaju, nie funkcjonowały w dawnych społecznościach. Nie da się jednak zaprzeczyć, że WSZYSCY mieli swoje wiedźmy – na południu, wschodzie – bliższym i dalszym. Szamanki, wieszczki, babki, wiedzące, mądre, a na północy volvy. Ludzie potrzebowali łącznika pomiędzy światem Tu i światem Tam, a one pełniły między innymi tę trudną funkcję. Żeby ująć sprawę bardziej obrazowo, można porównać je do kształtu runy algiz – człowiek stojący nogami na ziemi, ale głową i rękoma sięgający nieba. O praktykach Słowian z analogicznego okresu, czyli, powiedzmy, panowania wikingów (tak, małą literą, bo wiking to nie przynależność rasowa ani terytorialna, tylko zawód (jak kowal czy handlarz), którym z powodzeniem parali się również „nasi” przodkowie, wiemy jeszcze mniej niż kumple zza Bałtyku. Prawda o tym, że to prapraprapraprapra x n dziadowie dzisiejszych Szwedów/Norwegów/Islandczyków przypływali na drugą stronę morza jako wyprawa narodowa i grabili wybrzeże przez nikogo nie niepokojeni jest tak samo udokumentowana jak to, że ci piewcy pokoju nosili rogate hełmy a cały skład husarii miał na plecach czy przy siodłach skrzydła większe od konia.

Syberyjscy kamłacze (od kamłania i tureckiego „kam” – szaman) nie byli przez swoje plemiona uznawani za do końca żywych. Raczej takich, którzy istnieli trochę tutaj, trochę tam – ten  kto ma ciągle do czynienia z duchami i umarłymi, nie mógł być „swój” – ewidentnie coś z nim nie tak, człowiek przesiąka tym, z czym obcuje. Gdy jest się ciągle głową w żywiołach, łatwo można ją stracić – na Syberii mówią, że szamani rzadko dożywali starości i nie umierali naturalną śmiercią, większość z nich szybko traciła rozum, spadało na nich jakieś pomieszanie zmysłów, czego następstwem były samobójstwa lub nieznane choroby (w domyśle duszy), które w konsekwencji wyniszczały również ciało. Jakucja jako dzika kraina, zaludniona od dawna, ale o ogromnym obszarze w porównania z gęstością występowania osad, znajdowała się przede wszystkim we władzy natury i zwierząt. Etnogenezę współczesnych Jakutów wywodzi się od przedstawicieli ludów pasterskich z Turcji, którzy przybyli na te obszary z okolic Ankary oraz Bajkału. Skoro życie człowieka zależało od przyrody i dzikich mieszkańców lasów i pustego bezkresu, nie powinno dziwić, że otaczano ich szczególnym kultem (to odwrotnie niż teraz) i uważano za stworzenia magiczne, obdarzone tajemniczą mocą i siłą – wierzono, że żyją w porozumieniu z duchami i potrafią się z nimi kontaktować (oczywiście nie na rozumianej po ludzku płaszczyźnie, że wpadają do nich na jaranie). Dlatego szaman przed odprawieniem obrzędów zakładał na głowę zwierzęce skóry, wieszał na szyi ozdoby zrobione z pazurów, kłów – by wyzbyć się człowieczeństwa i wynikających z niego ograniczeń i łatwiej przenieść się w sferę zwykle dla ludzi niedostępną.

Pisze Kośko: „szczególną formę religii, polegającą na wyodrębnieniu w społeczeństwie określonych osób, szamanów, którym przypisuje się zdolność – drogą sztucznego wprowadzenia się w stan ekstatyczny – bezpośredniego nawiązywania kontaktów z duchami”. Czy szaman to było to samo co czarownik/wiedźma? Nie do końca, chociaż mieli pewne zbieżne funkcje i potrafili wywołać u siebie podobne stany: znali sposoby na wprawienie się w ekstazę czy też trans – wiadomo, taniec, śpiew, bębny+zielsko+grzyby. Dusza szamana opuszczała wtedy ciało i udawała się na wędrówkę po zaświatach. Można przyjąć, że to był trochę Wergiliusz, trochę Charon, bo tylko jemu nie zagrażały złe duchy – zwykły śmiertelnik nigdy by nie powrócił z takiej podróży. Czemu Charon? Bo jego główną powinnością, oprócz leczenia chorób, było przeprowadzanie dusz zmarłych do miejsca spoczynku w zaświatach. Jedno z drugim było poniekąd połączone, bo Jakuci wierzyli, że choroba jest spowodowana porwaniem duszy człowieka przez Złe. Zadaniem szamana było wyśledzenie złodzieja i sprowadzenie uprowadzonego znowu do ciała właściciela. Rola szamana była tak samo trudna, jak zaszczytna. Ludzie wierzyli, że jego moc pochodzi od Bogów, bo przez nich też został stworzony i zesłany na ziemię, by pomagał ludziom w kontakcie z „tamtym” światem. Dlatego uczestniczył we wszystkich ważnych uroczystościach i obrzędach rodowych, zawsze w specjalnym stroju, którego poszczególne elementy symbolizowały wyobrażenia Jakutów na temat Kosmosu, duszy, Dolnego i Górnego świata.

Czy (uprawiający) seiðr były u swoich tym samym czym u Jakutów ich kamłacze? One też żyły trochę na uboczu, balansując na cienkiej granicy życia i śmierci, świata ludzi i świata Bogów, też były łączniczkami i mediatorkami, wędrownymi eremitkami (co odróżniało je od prowadzących osiadły tryb życia Jakutów). Seiðr ze względu na ciągłą alienację nie miały stałego miejsca zamieszkania, jednak według przekazów, wszędzie gdzie się zjawiały należało je przyjmować godnie i z szacunkiem (Słupecki, s. 93-94). Cóż, czytając Tacyta (mam tu na myśli „Germanię”) trudno oprzeć się wrażeniu, że „wczesne”  seiðr bardziej przypominały wieszczki czy też kapłanki rezydujące w świątyniach, niż magiczki-włóczęgi, ale od „tamtego” do „tego, co powiedzmy, że wiemy” jest jakieś lekko licząc 1000 lat. Można powiedzieć, że dzieliły los kowali, których również uważano za czarowników, będących w stanie przekształcać losy świata (Szyjewski). Podobnie jak oni, nie mogły długo pozostać w jednym miejscu, być może z powodu strachu jaki wzbudzały, być może przez „mroczność” swojej profesji, czy też powołania, bo może tak należy nazywać bycie wieszczką. Bogate islandzkie źródła pisane (Bogowie, gdybyśmy my takie mieli, może ludzie by nie byli dziś takimi bezkrytycznymi wysiadującymi w kościele tumanami – nie, nie każdy, kto chodzi do Kościoła jest tumanem, ale każdy, kto słucha bezmyślnie, nie ma znaczenia, czy księdza, czy popa, czy jakiegoś…mistrza ceremonii, jest niewolnikiem) podają informacje, które pozwalają doszukiwać się analogii: i seiðr i szamani potrafiły łączyć się z duchami i przemieniać się w zwierzęta. Badacze wskazują, że magia seiðr pochodzi wprost od Odyna i że to on był prekursorem jej uprawiania. Za tajemną wiedzę którą posiadł musiał słono zapłacić” najpierw zdobycie run (zranion oszczepem wisiał na drzewie Yggdrasil, bez jedzenia i picia), a wraz z nimi „wiedzę i poezję”. Ta historia nosi wszystkie znamiona szamańskiej inicjacji, znane właśnie u ludów syberyjskich (tam zmarłego szamana wiesza się na drzewie, tylko głową w dół, owiniętego w zwierzęce skóry). Co za zbieg okoliczności, że jeden z najważniejszych nordyckich Bogów również został przebity włócznią, jak nie szukając daleko… Jezus Chrystus. Czy to wpływ chrystianizacji na spisane później teksty, czy jednak kościelne zżynanie? Wiadomo co bym wolała, ale to nie koncert życzeń a sprawa nie dość, że nie jest oczywista, to jeszcze trudna do sprawdzenia…

Wers 137 z pieśni Havamal mówi:

Wiem, ze wisialem na wiatrem owianym drzewie
Przez dziewiec nocy,
Oszczepem zraniony, Odinowi ofiarowany
Sam sobie samemu.
Na tym drzewie, o ktorym nikt nie wie,
Z jakich wyrasta korzeni.

Yggdrasil oznacza nic innego jak „koń Ygga”, a że Ygg to jedno z imion Odyna, to jak pisze Eliade, szubienica stała się rumakiem wisielca. Dlatego też ofiary z ludzi, w których zresztą miał lubować się Odyn pozbawiano życia w taki właśnie sposób. Wszystko co się dokonało nosi znamiona inicjacji/przejścia: zranienie się szczepem – broń nieprzypadkowa, w wielu kulturach specjalnie do tego celu stworzony oręż był używany do uśmiercania zwierząt ofiarnych („wróżebny” koń wojenny u Rzymian), do tego ścisły post, kolejny znany we wszystkich kulturach krok do „innych stanów świadomości”. U boku dwaj skrzydlaci towarzysze – informatorzy i ośmionogi rumak. Tak samo jak jakuccy szamani potrafił „wskrzeszać” zmarłych, sprawić, by jego dusza przyjęła zwierzęcą formę i podróżowała w najdalsze zakątki albo udać się w Zaświaty, by tam zasięgnąć języka o tym, co przodkowie zabrali ze sobą do grobów. (A przy okazji dowiedziałam się, że znane z dzieciństwa przypieczętowanie przysięgi „naplujesz i przybijesz” ma korzenie taaaak głęboko 😉 : w końcu Wanowie i Asowie na znak pokoju kolektywnie napluli do tego samego naczynia, i wyszedł im z tego napój mądrości). Ślina ma zresztą podobne właściwości magiczne jak krew w tym sensie, że jak każda wydzielina ciała jest łącznikiem, katalizatorem powiązanym z mediacją. Jeszcze nie tak dawno lud wierzył, że gdy król węży napluje komuś w usta, ten będzie rozumiał mowę zwierząt. Węże pluły na głowę tego, kogo wybrały na swojego króla, a ten kto ją zdobędzie, zyska moc uzdrawiania i mądrość. W tradycji chrześcijańskiej ślina również wydaje się pełnić podobną rolę, jaką przedstawiono w Eddzie, symbolizuje „mądrość otrzymaną z ust Odkupiciela w boskich słowach. Ślina spływa przecież z głowy do ust. Gdy zatem tą mądrością zostaje dotknięty nasz język, zdolny do głoszenia Ewangelii”.  

Według wszystkich wewnętrznych relacji, w okresie pogańskim wyróżniały się dwa rodzaje magii: galdur  i seidh (r). Chociaż te późniejsze wydają się przyjmować pewne moralne konotacje – forma galdur jest bardziej „honorowa”, a forma seidh powszechnie uważana za „poślednią” lub „kobiecą” (ciekawe dlaczego miałaby być kobiecą, skoro sam Odyn się nią parał. Chyba że, podobnie jak w przypadku grobu z Birki, Odyn określał swoją tożsamość płciową inaczej, i co mu kto zrobi? Bardziej prawdopodobne wydaje się, że pierwotnie istniała tylko pewna techniczna (i być może społeczna) kwestia rozróżnienia między tymi dwoma sposobami osiągania tego samego skutku. Islandzke galdur wywodzi się od czasownika „gala” (krakanie (od wron), zaśpiew) i dlatego jest zdominowany przez użycie inkantacyjnej formuły, która ma być wypowiedziana lub śpiewana, a być może również „wyrażona” w runach. Oryginalne znaczenie seidh może również mieć coś wspólnego z wydawaniem głosu (tj. śpiewaniem lub intonowaniem), chociaż dokładne pierwotne znaczenie tego słowa jest niejasne, chociaż Gardeła pisze, że chodzi o czynność „wiązania lub chwytania”, wiadomo natomiast, że parające się tą magią volvy to po prostu „dzierżące różdżkę”.

Jasne jest zatem rozróżnienie proceduralne i psychologiczne między tymi technikami. Praktyka galdur wydaje się bardziej analityczna, świadoma woli i zorientowana na ego, podczas gdy seidh –  intuicyjna i syntetyczna (bo niby co?). Typowym dla galdur byłoby założenie istnienia „magicznego drugiego ja”, które jest wykorzystywane podczas uprawiania tej sztuki, gdy w stanie „seidrnym” (czyli prawdopodobnie skrajnego naćpania ciężkimi psychodelikami) wywołany zostałby trans w którym ego miałoby stosunkowo mniejszy udział (bo ciekawe jaki miałoby mieć, skoro nie wiesz wtedy gdzie masz dupę a gdzie głowę i działać możesz chyba tylko siłą rozpędu, jak ci dobrze wejdzie). Może należy więc stwierdzić, że seidh jest bliższy temu, co można rozumieć jako praktyka szamańska. Kuszące jest również twierdzenie, że seidh jest bardziej oparty na „naturalnym” sposobie uprawiania magii – to jest przy pomocy roślinnych i odzwierzęcych substancji (psychoaktywnych), podczas gdy galdur jest bardziej skoncentrowany na języku / symbolice, konkretnych „zaklęciach”, formułach, więc można wnioskować, że była to pewna forma wtajemniczenia wymagająca wiedzy teoretycznej (w sumie obchodzenie się z różnymi psycho też jej wymaga, bo się można pożegnać z rozumem na stałe).

Kolejną substancją o szczególnym znaczeniu jest krew (rzecz jasna, po psychodelikach). Runy często były w niej maczane czy też w inny sposób zostawiano na nich jej ślady, uważano, bowiem, że zawarte są w niej magiczne moce, szczególnie gdy należy do człowieka lub zwierzęcia ofiarnego (rozumiem, że chodzi o intencję, przelanie jej z taką intencją, a nie przypadkowe, bo do kogo innego miałaby należeć?). W wielu przedchrześcijańskich rytuałach krew  była wylewana na mury świątynne, a nawet zgromadzony lud, który przez ten kontakt stawał się uświęcony. Hm, co ci to przypomina? Może czarnego z kropidłem? Etymologia słowa „błogosławić” odzwierciedla tę pogańską praktykę – bldthisdjan (to dosłownie „święcenie krwią”). Pora dnia czy nocy nie ma wpływu na to czy seidr było praktykowane – rytuały odbywały się i w świetle słońca i po zmroku – wygląda na to, że decydowała konieczność a nie czas, co trochę się kłóci z mediacyjnością i przypisywanym jej znaczeniem. Z wiedzy, którą przekazują źródła wynika, że nie zdarzało się, by „czary” były odmawiane  w intencji osoby odprawiającej – zatem „wykonujący” nigdy nie służył sobie. Najczęściej w intencji kogoś potężniejszego, zamożniejszego i co warte podkreślenia, płacącego za usługę, bądź oferującego inną nagrodę lub choćby równorzędną przysługę. Jeśli już praktykowano to dla własnego zysku, to chodziło o śmierć wrogów lub cokolwiek związanego z walką – jakaś zaraza na kargulowe plemię albo coś w ten deseń.

Seidr mogło być wykorzystywane tak w celach dobrych jak i nikczemnych, nie istniał raczej podział na „czarną”  i „białą” magię. Wygląda to tak: osobą mającą odprawić seidr była kobieta, zwana tam volvą. Przybywała do domostwa za dnia, ale z odprawieniem rytuału czekano do następnego wieczora. Obecni są inni ludzie podczas seansu, stanowią jakby pomocników. Jeden z nich lub kilkoro angażuje się także w śpiewy/intonowanie. Jakiś czas później volva odpowiada na konkretne pytania ze strony mieszkańców domostwa. Trochę jak sesja z medium… Większość źródeł wskazuje, że głównym odprawiającym była najczęściej jedna osoba, a jeśli już była to grupa to z reguły tej samej płci.

Wiele źródeł mowi o używaniu przez odprawiających swego rodzaju rusztowania/platformy/podniesienia (oryg. Seidhjallr). Ta informacja jest o tyle znacząca, że używano ich do bardzo szerokiego spektrum rytuałów – rzucano z nich zarówno czary mające zapewnić błogosławieństwo czy powodzenie, i odprawiano rytuały mające wywołać szał bitewny albo położyć przeciwników pokotem (to co, nosili je ze sobą?). Żaden inny przedmiot, który odgrywałby tak ważna role w rytuałach w przekazach nie występuje. Ubranie najprawdopodobniej nie miało żadnego znaczenia ani mocy. Przedmiotem o pewnym znaczeniu mógł być kij/kostur/różdżka, czasami znajdowana w grobach volv i dzięki temu identyfikowano je jako volvy. Bardzo ważny był głos, dźwięki. Śpiewanie, intonowanie. Opisana tu jest technika galdr, czyli śpiewanie/intonowanie – stosowana zarówno do leczenia i zabijania jednak nie do wróżb i przepowiedni. To technika  praktykujących seidr ale będąca jakby trochę obok, bo seidr to też swego rodzaju technika. Inna technika jest vardlokkur, ale nie wiadomo dokładnie co ona oznaczała i czym się charakteryzowała. Można spelkulować, że miała sporo wspólnego z szamanizmem.

Jesteśmy wyjątkowo dobrze poinformowani jeśli chodzi o wszystkie aspekty praktykowania magii przez Islandczyków. W przeciwieństwie do innych „nie klasycznych” (nie greko-rzymskich) ludów Europy, Islandczycy zostawili po sobie jasny przekaz co do swych magicznych wierzeń i praktyk oraz dali nam pojąć w jakim kontekście te praktyki były czynione. Mamy nie tylko oryginalne pogańskie źródła (Edda i poezja skaldyczna) ale także odbicie przedchrześcijańskich praktyk w sagach. Sagi to proza – na wpół historyczna i upiększona – w większości spisane pomiędzy 1120 a 1400. Opisują jednak głównie wydarzenia i wierzenia z ery wikingów (800 – 1100). Magia występuje w sagach regularnie. Znajdziemy tam też wzmianki o magach. Najsłynniejsza jest Saga o Egilu (Egil’s Saga), która jest biografią Egilla Skallagrimssona (910 – 990), islandzkiego skaldycznego poety, maga runów i wyznawcy Odyna. Poza takimi źródłami mamy także grymuary: takie prace wraz z runicznymi inskrypcjami, oficjalnymi pozostałościami wypełniają luki i dziury w sagach czyniąc je bardziej zrozumiałymi dla współczesnych badaczy. Wczesny okres islandzkiej magii dzieli się na dwa okresy – pogański i katolicki. Późniejsze czasy reformacji czy też protestantyzmu mocno zmieniły obraz. To w erze protestantyzmu powstała większość manuskryptów i magicznych ksiąg. Jednak by zrozumieć widzenie świata ich autorów musimy poznać i zrozumieć germański kosmos i pogańskie wierzenia w których ich idee były zakorzenione. Dzięki temu co zostało napisane wcześniej, rozumiemy, że to co zostało napisane podczas ery katolickiej, a traktowało o czasach i religiach pogańskich, dzięki ówczesnemu charakterowi kościoła możemy traktować jako źródła godne zaufania. Okres katolicki to bardziej wiek syntezy niż odejścia od przeszłości o ile chodzi o magię i stare wierzenia.

Wszystkie zewnętrzne relacje wskazują na dwa sposoby rozpowszechniania magii w okresie pogańskim: galdur i seidh(r). Jednym z tradycyjnych pól germańskiej magii, z której galdur czerpie swe metody to magia runiczna. Runy jako system piśmienniczy datuje się na 200 rok przed żydowskim bękartem i w niektórych regionach Skandynawii używano ich aż do 19 wieku. Runy te używane były do celów magicznych od początku swego istnienia aż do wieków średnich. Islandzkie słowo „run” oznacza nie tylko te znaki ale główne jego znaczenie to „sekret”. Od początków tradycji do ok 800 roku bękarta żydowskiego przetrwał stary system skladający się z 24 run. System ten był potem konsekwentnie rozwijany i zmieniany, jednak magiczne znaczenie liczby 24 pozostało. W tak zwanej erze wikingów ostatnia pogańska kodyfikacja tego systemu miała miejsce. To w tamtym okresie wiele z przedchrześcijańskich praktyk magicznych pochodzi. To w tamtym czasie system został zredukowany do 16 znaków, jednak nadal każdy miał swoja nazwę oraz sposób wymowy. Każdy miał też swoja poetycką zwrotkę opisującą jego znaczenie. Te ostatnie są bardzo interesujące gdyż mamy ich zapisy z lat 1400 – 1500 czyli z okresu kiedy pierwsze księgi magiczne były spisywane. Możemy więc spekulować, że magowie posiadali szczegółową wiedzę na temat runicznych zaklęć. Wielu z nich było specjalistami od runów. W czasach pogańskich magowie runiczni byli szanowanymi i dobrze znanymi członkami społeczeństwa. Tradycyjnie była to domena ludzi z wyższych poziomów społecznych, chcących się rozwijać. Większość z nich była wyznawcami Odyna. Warto też zauważyć, że to mężczyźni dominowali w magii runicznej  – społeczny fenomen, który znajduje odzwierciedlenie w statystykach późniejszych procesów o czarostwo na Islandii. Generalna technika magii runów w czasach pogańskich składała się z trzech kroków: 1. wyrycie znaków na obiekcie. 2. zabarwienie ich krwią lub barwnikiem, i 3. wymówienie nad nimi magicznej formuły, by nabrały mocy.

Ta bezpośrednia technika, która nie zależy od interwencji bogów czy demonów będzie póxniej często przytaczana w magicznych księgach. Pokazuje to ciągłość tej techniki od czasów wczesnogermańskich do dzisiejszych dni. Kilka przykładów z literatury islandzkiej pokaże działanie tej magii w praktyce. Dla naszych celów najlepszy jest fragment Poetyckiej Eddy (Poetic Edda) a konkretnie pieśń zatytułowana „For Skirnis” lub „Skirnismal”. Pieśń ta pochodzi prawdopodobnie z wczesnego dziesiątego wieku. W pieśni tej, Skirnik, posłaniec boga Freyra, próbuje namówić piękną olbrzymkę do poślubienia swego pana. Grozi jej klątwą, w której powołuje się na runy i ich magiczne znaczenie. Innym znanym przykładem wykorzystania magii runów jest ten w Sadze o Egilu (Egil’s Saga). W celu wykrycia trucizny w swym rogu pitnym, Egil kłuje się w dłoń, następnie rysuje na rogu runy i wsmarowuje w nie krew i wreszcie wypowiada zaklęcie. Róg pęka i napój wylewa się na podłogę.

Poza magią runiczną, ale w niejakim połączeniu z nią, znajdujemy w czasach przedchrześcijańskich magie opartą na różnych naturalnych substancjach, materiałach, miejscach. Musiała istnieć cała magiczna klasyfikacja świętych lasów, jednak w magicznych księgach jest ona tylko mgliście wspomniana. Do różnych rodzajów wydarzeń nadawały się różne lasy. Inną substancją o wielkim znaczeniu jest krew. Runy często były nią barwione. Wierzono, że ma ona magiczną moc, szczególnie jeśli pochodzi od człowieka bądź zwierzęcia ofiarnego. Podczas wielu obrzędów skrapiano nią ołtarz, ściany świątyni czy zebranych, co czyniło z wyżej wymienionych świętych. Szeroko używane były też zioła. Szczególnie popularne były wszelkie odmiany pora, którego nazwa w tym kontekście występuje już w 450 roku bękarta. Warto wspomnieć, że sporo ziół ma w nazwie imiona nordyckich bogów i bogiń. Wreszcie były małe kamienie, tzw. lyf steinar, które, jak wierzono, posiadały magiczną moc leczenia, szczególnie gdy wyryto na nich runy.

Biblio:

  1. https://pl.scribd.com/document/143782174/Volva-wieszczki-skandynawskie-pdf
  2. H.E. Davidson, TheLost Beliefs of Northern Europe
  3. Tacyt, Germania
  4. Lyonel D. Perabo, The Image of Seiðr in Old Icelandic Literature
  5. M. Eliade, Historia wierzeń i idei religijnych, t. II, Germanie, Celtowie…
  6. A. Paluch, Ślina – sok ciała, Instytut Socjologii UW
  7. S. Flowers, Galdrabok An Icelandic Grimoire

 

Write A Comment