Obrzędy recepcyjne były jednymi z najważniejszych w życiu pokolenia naszych prababek. Chrzest stał chyba najwyżej w hierarchii ważności – zmazywał grzech pierworodny i był symbolem przyjęcia niemowlęcia d o wspólnoty chrześcijańskiej. To kolejny obrzęd, który został „zapożyczony” przez Kościół, bo przecież wcześniej było podobnie: polanie wodą, polanie soli, założenie krzyżma niewinności, czyli białej szaty. Kapłan odmawia modlitwę, a nowonarodzony człowiek otrzymuje imię, które będzie mu towarzyszyło do końca jego ziemskiej wędrówki.

1. Na wsi, głównie z powodu wysokiej śmiertelności niemowląt i silnej pozycji Kościoła Katolickiego, starano się ochrzcić niemowlę zaraz po urodzenia. Przywodzi to na myśl inny ciekawy rytuał, który w klasyce etnologicznej określa się, za Mircea Eliadem łacińskim mianem „humi positio”. Zgodnie z brzmieniem tej nazwy polega on – w największym skrócie – na składaniu na ziemi (ewentualnie zanurzaniu w wodzie) nowo narodzonych dzieci, chorych, umierających itd., a następnie podnoszeniu ich ku górze. Obrządek ten rozpowszechniony na ziemiach polskich szczególnie szeroko, pomijając chrzest, w odniesieniu do umierających (tzw. „układanie na ziemi”) odpowiada nowym narodzinom. W pierwszej chwili wszystko wydaje się jasne: opuszczanie, a więc ruch ku dołowi nabiera tu znaczenia śmierci, z kolei ruch ku górze – życia. Zapewne. Jaką rolę pełnią tu jednak wymienne elementy – ziemia i woda? Nie trzeba chyba obszerniej uzasadniać stwierdzenia, że we wszystkich kulturach kręgu indoeuropejskiego (i nie tylko w nich) powtarza się, jako podstawa wszelkich kultów wegetacyjnych, charakterystyczna triada: kobieta – ziemia – płodność. Oczywisty związek z płodnością, żeby wspomnieć tu tylko popularny dyngus, wykazuje też woda. Druga faza rytuału humi positio – podjęcie z ziemi, podobnie jak wynurzenie z wody, miałaby więc, potwierdzające sens narodzin, znaczenie wyjścia z łona matki. W tym też duchu interpretuje obrządek Mircea Eliade. Uważano, że w domu jak najszybciej powinien pojawić się „prawy chrześcijanin”.

2. Jeśli nie ochrzczono dziecka, a ono, nieboże, umarło, jego biedna nieczysta dusza błąkała się po świecie, płacząc i prosząc zmiłowania, objawiając się ludziom jako tzw. błędne ognie albo uborzątka (kto grał w Wiedźmina, ten pewnie kojarzy nazwę, chociaż tam chyba ta postać nie była przedstawiona jako dusza martwego dziecka). Dlatego w skrajnych przypadkach dopuszczalne było ochrzczenie dziecka przez położną zaraz po urodzeniu – w przypadku śmierci szło od razu do Raju i poszerzało grono aniołków.

3. Często zdarzało się, że matka nie była obecna na chrzcie swojego dziecka – bardzo śpieszono się z udzieleniem dziecku tego sakramentu, więc do Kościoła zanoszono już kilkudniowe maluchy – kobieta w połogu zwykle nie była w stanie wstać, po drugie była przecież nieczysta, bo obrzęd wywodu (powtórnego przyjęcia na łono społeczności po powrocie z „innego stanu”)odbywał się zwykle dopiero po kilku tygodniach od rozwiązania.

4. Ubranka do chrztu to raczej fanaberia czasów nowożytnych, dawniej niesiono je do Kościoła tylko w zwykłej koszulce, zawinięte w poduszkę albo schowane pod ciężką chustą naramienną matki chrzestnej, albo babki-nosaczki, którą zwykle była odbierająca poród znachorka. Dopiero później, wzorem bogatych rodów, przygotowywano na tę okazję specjalną lnianą, haftowaną szatę.

5. Nie wolno było pod żadnym pozorem niczego przypinać ani przyszywać do ubrania czy poduszki, istniał bowiem przesąd, że w ten sposób zszywa się mu pamięć i zdolności.

6. Przed udaniem się do Kościoła matka chrzestna podawała dziecko rodzicom do pocałowania, aby było „łaskawe” – pogodne, przyjazne, kochające. Na sądecczyźnie, gdy w rodzinie niemowlęta często umierały, jako zabieg ochronny stosowano podawanie dziecka matce chrzestnej przez okno, żeby nie wynosić go przez drzwi. Znów mediacja, przejścia, progi. Wszystko składa się w logiczną całość, prawda?

7. Najważniejszymi mistrzami ceremonii (zaraz po kapłanie) byli rodzice chrzestni, na których barkach spoczywało dbanie o chrześcijańskie wychowanie podopiecznego i troska o jego los. Regułą było wybieranie do tej roli osób majętnych, aby razie nieszczęścia mogły wspomóc chrześniaka.

8. Istniało jednak pewne odstępstwo od tej reguły, któremu ulegało, kiedy w rodzinie występowała wysoka śmiertelność niemowląt – wtedy na kumów proszono celowo osoby przypadkowe, spotkane na drodze, a nawet dziadów proszalnych, żebraków, grabarzy – im gorzej, tym lepiej. Wszystko po to, żeby zmylić złe moce i odwrócić zły omen. Dodatkowo funkcjonowano przekonanie, że modlitwy biedaków miały większą moc i wartość dla Boga, więc częściej były wysłuchiwane.

9. Podobno według bardzo dawnych wierzeń, pomiędzy osobami wybranymi na kumów powinno dojść do zbliżenia cielesnego, a więc do skosztowania owocu szczególnie zakazanego. Niby odbiciem tego zwyczaju miało być powiedzenie powtarzane przy toastach, „jak kum kumy nie ruszy, będzie w piekle o uszy”.

10. Z zachowania dziecka podczas ceremonii wróżono jego przyszłość: jeśli głośno krzyczało i było ruchliwe, mówiono, że będzie się dobrze rozwijało i poradzi sobie w życiu. Dlatego matka chrzestna ukradkiem szczypała niemowlę, żeby zmusić je do płaczu. O niemowlętach, które nie wrzeszczały, kiedy lano im wodę na głowę i podawano sól na język mówiono, że pewnie niedługo umrą, bo są zbyt słabe, by reagować.

Write A Comment