Dzicy Łowcy

Pewnym tropem, naprowadzającym na genezę Oskorei, mogą być dawne legendy o trzech rodzajach myśliwych – diabolicznym łowcy, przeklętym łowcy oraz o dzikim łowcy. Diaboliczny łowca to demon dosiadający konia i polujący na samotnie podróżujących wędrowców. Dziki łowca także poluje na istoty ludzkie, jednak pochodzi z mitów i opowieści ludowych, a jego ofiary to również postaci posiadające nadprzyrodzone moce (kto np.?). Przeklęty łowca różni się od dwóch poprzednich tym, że poluje na zwierzęta, które wiecznie mu uciekają. Nigdy tej zwierzyny nie dopadnie, co jest jego niekończącym się dramatem, a pogoń nie będzie miała ani zakończenia z powodu rezygnacji ścigającego, ani szczęśliwego finału (pytanie czy zdobycie jest lepsze od próby zdobycia) w postaci uśmiercenia ciągle od nowa znikającego w kniei stworzenia. Dla znaczenia Dzikiego Gonu najważniejsze są dwa pierwsze przypadki, ze szczególnym uwzględnieniem dzikiego łowcy. Ponieważ bardzo często dzikim łowcą była też postać z nadnaturalnymi mocami, a liderem Dzikiego Gonu była potężna istota, wyobrażenie starożytnego bóstwa, które przewodniczyło zmarłym oraz panowało nad zmartwychwstaniem, należałoby głębiej zastanowić się nad tym, czy obaj Panowie pierwotnie nie byli jednym, rozdzielonym dopiero z biegiem lat na różne legendy. To zbyt obszerny temat by go tutaj dokładnie omawiać, powstanie o nim osobny wpis, jak dożyję.

Legenda o królu Herli

To, co wyróżnia Dziki Gon spośród wszystkich armii zmarłych i innych formacji czy duchów odwiedzających świat żywych, to przede wszystkim fakt istnienia lidera, który jako jedyny kontaktuje się z żyjącymi. Wszyscy członkowie Gonu ubrani są w stroje, jakie mieli na sobie w chwili śmierci, nie następuje więc ani przemienienie, ani przejście. Balansowanie na granicy światów sprawia, że do żadnego z nich już nie należą, zatem nie mogą wchodzić w interakcję. Kim zatem jest „Król”, skoro takie ograniczenia go nie dotyczą?

Mamy dwie relacje, na których powinniśmy się skupić próbując odkryć genezę Gonu. Pierwsza autorstwa Waltera Mapa, druga – Orderica Vitalisa.

Walter Map urodził się w Walii, pomiędzy 1135 a 1140 rokiem. Swoją „De nugis Curialium” napisał w latach 1180–1186. Czytamy w niej: „Król starożytnych Brytów, Herla, spotkał się z istotą bardzo niską, nie wyższą od małpy, dosiadającą kozła, posiadającą czerwone włosy i długą czerwoną brodę. Miał dużą głowę i owłosiony brzuch.  Powiedział on do Herli: >>Jestem królem wielu stworzeń i wielu ludzi oraz istot. Nie znasz mnie, to prawda, ale wysłałem już do ciebie posłańców oraz ambasadorów. Mieszkamy na tym samym obszarze i chciałbym, byśmy nawiązali dobre relacje. Z tego powodu chcę być gościem na twoim weselu a ty będziesz gościem na moim, dokładnie za rok od twego wesela<<. Po czym odwrócił się i odjechał, a Herla wrócił do swej siedziby, przyjął ambasadorów i zaakceptował ich propozycje”. Musimy zwrócić uwagę na to, że król krasnoludów jest potężnym władcą, który wybrał Herlę na swego sojusznika. Co ważne, krasnoludy reprezentują świat zmarłych, którzy kontynuują życie po śmierci i zachowują swoja społeczną organizacje oraz więzi. Proponują pakt Herli, ten jednak nie wie do końca, z kim go zawiera, co mamy odkryć później.

Herla był królem ludzi, który zawarł pakt z królem krasnoludów, reprezentującym świat zmarłych. Pakt polegał na sojuszu oraz odwiedzinach jednego i drugiego na swoich weselach. Krasnoludy po wypełnieniu swego przyrzeczenia zaprosiły Herlę do siebie, obdarowując go prezentami w postaci zwierząt łowieckich, co uczyniło z ludzi Herli i z niego samego potężnych i niezrównanych myśliwych, panów leśnych ostępów. Sam Herla w podarku od nowego sojusznika otrzymał psa, przynależącego według wielu mitów do świata ciemności [to już są czasy kościelne, nie wiadomo na ile ich mądrości dotknęły autora ani jak się mają do tego żywe wciąż u Anglosasów opowieści o Czarnych Psach, w które miał wcielać się diabeł, w wierzeniach z terenów Polski też znajduje się przekazy o psach z piekła, przemawiających ludzkim głosem, analogicznie do gadających baranów] (ten obszar trzeba było przejść by dostać się do podziemnej siedziby Krasnoludów). Uciekając się do tego sprytnego fortelu, krasnoludy związały Herlę z ciemnością, światem umarłych oraz łowami. Kiedy Herla powrócił na ziemię, świat na zewnątrz wyglądał zupełnie inaczej niż go zapamiętał, co może oznaczać, że spędził w gościnie kilkaset lat. Należy wnioskować, że przebywał w pewnym sensie w innym wymiarze, którego nie dotyczy upływ czasu w ludzkim pojmowaniu tego zjawiska.

Pies, którego dostał Herla, musiał ciągle pozostawać w jego ramionach, a dopóki tam był, dopóty żaden z członków oddziału nie mógł dotknąć ziemi (czyli zsiąść z konia). Ci, którzy nieroztropnie to uczynili, natychmiast zmieniali się w pył, co dowodzi, że byli już zmarłymi, mogącymi żyć tylko w zawieszeniu pomiędzy światami, nie na ziemi ani nie w zaświatach. Herlę i jego ludzi uważano od tej pory za armię trupów, którzy muszą wiecznie pędzić po niebie i nie mogą zatrzymać się, by osiąść. Wkroczenie do świętej góry, gdzie siedzibę miał król krasnoludów, często w literaturze germańskiej jest metaforą śmierci. Wyrażenie „to enter the mountain” znaczy tyle co „to pass away”. Pies, którego Herla ma na rękach, nie chciał z własnej woli z nich zeskoczyć, bo wiedział, czym to się skończy dla jego nowego pana. Dotknięcie podłoża było równe zniknięciu z powierzchni ziemi. Herla z tych samych powodów nie chciał wypuścić zwierzęcia. Był więc na wieczność przywiązany do świata umarłych, choć nie utracił jeszcze ciała. Stał się więc więźniem pomiędzy „tam” a „tutaj”, a pies – katalizatorem dla katastrofy (niejasne dlaczego nie mógł wypuścić tego psa). Motywy krasnoludów są proste – chcą uchronić Herlę, swojego przydatnego widać sojusznika, od przeminięcia, śmierci, z której nadejściem skończyłby się pomiędzy nimi pakt. Wizytę samego króla krasnoludów u Herli możemy odczytywać jako zapowiedź jego śmierci i przejście do innego świata. Mity o umarłych podróżujących w towarzystwie szlachetnie urodzonego dowódcy wywodzą się z wiary w siłę wyższą, która zabiera dusze zmarłych do siebie, unosi je w powietrzu i czyni swymi naśladowcami i podwładnymi podczas nocnych podróży. Gdy Rzymianie uważali Merkurego za boga Zaświatów, teutoni (czyli Germanie, nie krzyżacy) w ślad za nimi uczynili z niego swoje najważniejsze bóstwo.

Duszę uważano za świętą, ponieważ była niewidzialna niczym powietrze, a co za tym idzie, wymykała się empirycznemu poznaniu. Utrzymywano, że gdy umierający człowiek łapał ostatni oddech, przechodziła z niego w niewidzialny żywioł. A zatem nie powinno dziwić, że w języku hebrajskim to samo słowo określało ducha i oddech.  Jak podają wiersze Osjana, głosy umarłych można było usłyszeć wraz z nadejściem bryzy, w szumie fal, oddechu burzy.

Mesnie Hellequin

Druga popularna relacja dotycząca Gonu, którą część środowisk naukowych traktuje jako źródło, to „Historia Ecclessiatica”, obszerna praca pióra mnicha, Orderica Vitalisa, częściej używającego łacińskiego odpowiednika imienia, „Ordericus”. Autor urodził się w Anglii, w roku 1075, ale siedem rozdziałów wspomnianego powyżej tekstu w całości dotyczy dziejów Normandii, a raczej dziejów Kościoła na tych terenach, które kronikarz opisał dokładnie i rozwlekle. Niestety dokleił do faktów wielką ilość swoich przekonań, dlatego podczas lektury należy być uważnym i ostrożnym, by wyłowić z treści to, co istotne, a odfiltrować w oczywisty sposób katolickie poglądy piszącego. Dodatkową trudność w lekturze nastręcza chaotyczność stylu, brak porządku czasowego i upodobanie duchownego do niespodziewanych i długich dygresji, dotyczących w większym stopniu jego życia niż wydarzeń kluczowych w historii Kościoła Katolickiego. Zanim przejdę do właściwej treści przekazu, czuję się zobowiązana uczulić czytelnika, że przez klasztor, w którym większość życia przebywał Vitalis przewijało się wielu znaczących rycerzy, zjeżdżających tam z różnych zakątków Europy, a więc źródło nowych plotek, historii i opowiastek było niewyczerpalne. Autor kroniki nie był świadkiem spotkania z Dzikim Gonem, a spisał jedynie czyjąś relację, co nie jest bez znaczenia dla oceny wiarygodności źródła.

Vitalis spisał między innymi opowieść księdza Walchelina z diecezji Lisieix. Jak czytamy w relacji, zdarzenie miało miejsce w pierwszy dzień Nowego Roku (a więc data już powinna dać do myślenia, że coś jest na rzeczy). Ksiądz wracał samotnie, jak podał kronikarz, od chorego, do którego go wezwano, pustym gościńcem, wśród zimowego krajobrazu, gdy zaniepokoiły go odgłosy przypominające stukot podków po zamarzniętej wodzie, szczęk żelaza, tupanie ciężkich butów. Pomimo iż nie był tchórzliwy, przestraszył się, bo nie mijał przecież nikogo, a na horyzoncie nie było widać żadnego śladu źródła tych dźwięków, postanowił więc schronić się w lesie i stamtąd śledzić dalszy rozwój wydarzeń. Zauważył cztery drzewka nieszpułki (które w tamtym czasie uważane były za posiadające właściwości obronne przed magią, jednak w tym konkretnym przypadku wydaje się mało wiarygodne. Jeśli to nie błąd w tłumaczeniu, to jest mało prawdopodobne, że te rośliny akurat tam rosły, skoro należą do tego samego gatunku co dzika róża, a jej owoce przypominają nieco małe pigwy. Dziwny zbieg okoliczności, że nieszpułki, które rzadko występują w lasach, akurat tam się trafiły) i postanowił skryć się wśród nich. Nie wiedział oczywiście jeszcze wtedy jaka armia do niego się zbliża, a że czasy były niespokojne a pora nieprzyjazna i surowa, postanowił dmuchać na zimne. Nagle drogę zastąpił mu potężnych rozmiarów osobnik, dzierżący maczugę (nieszpułka od razu przestaje wydawać się dziwna, bo wchodzimy na wyższy stopień abstrakcji). Nie miał on jednak złych zamiarów i razem stanęli pośród drzewek. Chwile potem nadeszła armia (szła po ziemi, możliwe, że troszkę nad nią, to nie jest wyjaśnione) a była to kawalkada ogromna, złożona z umarłych, wśród których Walchelin dostrzegł znajome twarze mieszkańców jego wioski. W szeregach upiorów szli chłopi, robotnicy, rzemieślnicy, rycerze, księża, biskupi, szlachcice, damy dworskie, zwierzęta, krasnoludy, olbrzymy (do których w pewnym momencie dołączył wielki osobnik stojący razem z księdzem, dlaczego zatem krył się wśród magicznych drzewek, skoro nie pochodził z „ludzkiego” świata?). Za piechurami ksiądz dostrzegł grupę kobiet jadących konno, a na ich siodłach przymocowane były gorące gwoździe, które je raniły. Był też morderca księdza, którego rozpoznał Walchelin, torturowany przez demona. Mnich odnotował, że świadek widział żywych idący wśród umarłych, co było znakiem ich rychłej śmierci. Można więc podsumować, że w orszaku szli przedstawiciele każdej ówczesnej grupy społecznej, co może wskazywać na intencje piszącego: chciał pokazać (nie on pierwszy, nie ostatni), że nikt nie jest wolny od grzechu i nie uniknie kary za swoje występki. Na końcu szli w wielkiej liczbie rycerze. Walchelin pomyślał, że jest to świta rodziny Herlequin, o której słyszał od innych, że tak wędruje po śmierci, ale nigdy nie miał na to dowodu – tutaj pojawia się największa niewiadoma tej opowieść: legenda, do której nawiązał ksiądz nazywa się „The Mesnie Hellequin”, bądź „La mesnie Herlequin” i musiała funkcjonować w świadomości ludu jako jedna z wielu historii o nadprzyrodzonych zjawiskach i manifestacjach sił nieczystych, skoro świadek zdarzenia dla uwiarygodnienia swojej opowieści postanowił zdobyć coś, co będzie dowodem na to, że naprawdę spotkał się z pochodem (nie)umarłych (sprawa dowodu jest ważna o tyle, że wtedy wierzono, że każde spotkanie z duchami owocuje jakimś podarkiem z ich strony). Ksiądz opuścił więc swą kryjówkę, by schwytać jednego z koni idących luzem za orszakiem: z pierwszym mu się nie udało, ale drugiego dosiadł (z tego wynika, że wierzchowiec nie był widmem, tylko żywym zwierzęciem). Gdy to zrobił, poczuł palenie w stopy i zimno w dłoniach, które przeszyło go aż do serca. Zimno i gorąco – to wtedy był popularny temat w kwestii oczyszczenia dusz – albo w piekielnym gorącu albo w lodowatym jeziorze. Po chwili podjechali do niego rycerze-demony i chcieli go ukarać za próbę przywłaszczenia sobie ich konia.  Walchelin nie miał wyboru, jeśli chciał pozostać przy życiu i wypełnił polecenie, wtedy czwarty z rycerzy postanowił prosić go o przysługę: życzył sobie, by duchowny udał się jako posłaniec do jego rodziny i przekazał im wiadomość od krewnego z zaświatów. Mężczyzna poznał odmówił, bo wiedział, że wszyscy przedstawiciele rodu od dawna nie żyją, a nawet gdyby było inaczej, nie zgodziłby się mu pomóc, bo za życia był złym człowiekiem (chrześcijańskie miłosierdzie). Jak słusznie się domyślacie, na odmowę zareagował agresją i chciał księdza zabić. Walchelin wezwał wtedy na pomoc Matkę Boską (a raczej zaczął się do niej modlić, chyba nie wysłał jej znaku jak Batmanowi). Zaraz potem pojawił się kolejny rycerz z mieczem w dłoni i kazał kompanom zostawić księdza w spokoju, twierdząc, że ten jest jego bratem. To jest ten moment, w którym ze świata legend pogańskich, przenosimy się do legend chrześcijańskich. Ksiądz był zszokowany informacjami podanymi przez nieznajomego żwięc rycerz jął  wspominać czasy ich wspólnej młodości. Ksiądz pamiętał te wszystkie wydarzenia, jednak udawał, że nie wie o czym tamten mówi (dlaczego?).

„Opiekowalem się Tobą gdy rodzice zmarli, wysłałem do Francji na nauki, zapewniłem opiekę i wyżywienie a Ty jesteś tak zimny i głupi, że śmiesz zasłaniać się przede mną niepamięcią? Ksiądz skruszony przyznał, że wszystko pamięta. Wtedy Rycerz, rozsierdzony postawą wiarołomnego brata orzekł, że i on powinien iść w orszaku zmarłych, bo chciał zabrać coś, co nie było jego własnością, jednak ratuje go fakt, że odprawił kiedyś mszę za zmarłego brata. Powiedział też że strasznie cierpi z powodu popełnionych grzechów ale ma nadzieję, że zostanie z tego brzemienia uwolniony jeszcze w tym roku, jak ich ojciec, którego dusza odeszla w spokoju gdy Walchelin odprawił swą pierwszą mszę, od razu po święceniach. Co ciekawe, w tamtych czasach wierzono, że podczas spotkania z umarłym, ten nigdy nie wyjawia swojej tożsamości, a upiory podczas spotkania z księdzem okazały się w tej kwestii nadzwyczaj otwarte. To też wskazuje na schrystianizowanie tej legendy, ponieważ Kościołowi Katolickiemu zależało, by w ich przekazach zmarli mogli mówić i po ludzku komunikować się ze światem żywych.

W pewnym momencie ksiądz zauważył, że rycerz wokół ostróg i butów ma ogromna kałużę krwi, ale jak wytłumaczył mu brat, to nie była krew, a ogień piekielny – kara za to, że kiedyś nosił piękne błyszczące ostrogi, które zakładał przecież z zamiarem zadania umyślnego cierpienia. Przyznał, że nie jest w stanie wyrazić jak wielki to ucisk i kara. Wyznał księdzu, to przestroga dla wszystkich i że powinni bać się podzielić jego los, żyć godnie i bez grzechu. Na pożegnanie przykazał bratu, by nikomu o tym spotkaniu nie mówił przez kolejne trzy dni, po czym dołączył do widmowego orszaku. Walchelin po tych wydarzeniach ciężko się rozchorował i przez tydzień balansował na cienkiej granicy życia i śmierci. Gdy doszedł do siebie udał się do biskupa by zdać mu relację z tego niecodziennego przecież spotkania. Potem żył jeszcze w zdrowiu przez kilkanaście lat. Orderic, autor pozycji twierdzi, że sam wysłuchał tej opowieści z ust Walchelina i nawet widział na jego twarzy ślad po ataku demonicznych rycerzy (oparzenia). Zakończył rozdział słowami, że napisał to po to by wzmocnić silnych błądzących wrócić na dobrą drogę.

Uważa się, że cała ta historia została zmyślona przez Orderica. Ważny w tych przypuszczeniach jest aspekt moralizatorski, ale także społeczny i polityczny. Region w którym żył Orderic był zagrożony utratą niepodległości na rzecz biskupa Lisieux i szlachcica Roberta z Belleme. Orderic chciał w ten sposób przestrzec wszystkich, którzy chcieliby pomóc wrogowi, że czeka ich za to kara i błąkanie się w szeregach Dzikiego Gonu. W tym momencie Gon pełni role straszaka oraz armii zmarłych pokazującej się jako przestroga w ciężkich czasach, tym którzy mogliby zwątpić. Ważne jest też to, że prawdopodobnie imię Herla dało początek rodzinie Herlechini. To co się nie zgadza to to, że Herla podróżuje za dnia (oprócz nocy) a Mesnie Herlequin pojawia się tylko w nocy. Możemy zaryzykować  hipotezę co do jednej z nazw Dzikiego Gonu. W pracy Waltera Mapa, nazwa ta bierze się od Herli i jego ludzi, co brzmi Herlewinus / Herlethingus  co oznacza tyle co „ludzie Herli” , „przyjaciele Herli” i może też odnosić się do ich wiecznego tułania się. Natomiast jeśli chodzi o Mesnie Herlequin z pracy Orderica to pomimo iż również wywodzi się ona z tego samego mitologicznego pnia to jest starsza i o wiele głębiej zakorzeniona. Do dziś w wielu częściach Normandii „quin” to pies, czyli Herlequin to psy Herli (?). Ten pies to ważny element także w legendzie o Herli. Wiemy też że samo imię Herla nie ma nic wspólnego z boginią Hel. Zostało to przez badaczy odrzucone. Pomijając fakt fabrykacji oraz tego, że jest tu wiele aspektów moralizatorskich, ta wersja przekazu o Gonie stała się bardzo popularna, na niej opierali się badacze wiele lat poźniej, ona jest bardzo często przytaczana i cytowana a samo określenie Mesnie Herlequin kojarzy się od razu z Gonem.

Dziki Gon a pogoda

Ojcem popularności legendy o Dzikim Gonie w Polsce jest bez wątpienia Andrzej Sapkowski, który posłużył się tym motywem w serii książek o przygodach wiedźmina Geralta z Rivii. Drugi boom, o wiele większy, wypierdolił za sprawą ogromnego sukcesu gry „The Witcher”, w której CD Projekt dało światu znanemu z Sagi drugie życie.  Przez cały czas trwania rozgrywki przewija się motyw Gonu, zaś na jego czele stoi tajemniczy Król, który z uporem godnym lepszej sprawy depcze bohaterowi po piętach.

Wskazane powyżej przyczyny wpłynęły na istnienie i postrzeganie zjawiska Jazdy w świadomości szerokiego grona odbiorców, które dotychczas nie interesowało się tematyką okołopogańską albo jego wiedza była raczej powierzchowna. Dziki Gon podzielił los innych motywów, które zostały przemielone przez ludzką wyobraźnię, wykastrowane i przeinaczone. Wszystko, co na ten temat sugeruje Sapkowski, przypomina dopiero bardzo późne wersje przekazu o Oskorei, łączące pojawianie się orszaku na niebie ze zjawiskami pogodowymi, a nawet tłumaczenie sobie ich nieprzewidywalnych i niszczących skutków działalnością sił nadprzyrodzonych. Nie znalazłam żadnego źródła wcześniejszego niż takie z XVI-XVII wieku, które podawałoby taką wersję legendy i mogło wnosić, że Dzika Jazda była personifikacją określonych warunków atmosferycznych, których nagła i gwałtowna zmiana wymykała się logicznemu rozumowaniu.

Pierwotnie była mowa tylko o hałasie lub przejmującej ciszy, która nastawała wraz z pojawianiem się widm, żadnych wichur, nawałnic, grzmotów ani spadków ciśnienia, powodujących u ludzi zbiorowe objawy szaleństwa. Pojawiały się natomiast wątki opisujące, że porwani mieli luki w pamięci, zdarzało się przemieszczanie w szybkim tempie, zaginięcia i odnajdywanie się w nieznanym miejscu, dylatacja czasu – porwani i siłą włączeni do upiornej jazdy powracali do domów przekonani, że nie było ich przez chwile, tymczasem zastawali w zarośniętej wiosce tylko omszałe groby swoich dzieci, co od razu przywodzi na myśl skojarzenie z losem króla Herli. Nie zgadza się także wygląd zwierząt, które towarzyszyły upiorom, często powtarza się informacja, że były zdeformowane, brakowało im jednej z nóg, ucha, czasem ogona.

Wraz z rosnącą popularnością projektu od CD Projekt pojawiło się w sieci sporo „wyjaśnień” i prób ukazania genezy zjawiska Gonu, spore grono wyznawców zdobył sobie artykuł umieszczony na portalu Joe Monster, w którym autor na podstawie własnych „doświadczeń” (nie, nie widział Gonu na własne oczy :D), zasłyszanych informacji i na pozór logicznego połączenia związków przyczynowo – skutkowych, opisał coś, co w jego opinii ochrzczono w pewnych okolicach Piekielną Jazdą. Garść prawdy, niestety pojęciowe pomieszanie z poplątaniem: Schwarznacht, Czarna Noc, Dziki Łów, Wilde Jagd – to nie były te same zjawiska, nawet jeśli ludzie je mylili, to genezy mitów były zupełnie różne. Dziki Gon nie jest Dzikim Łowcą. Szerokie grono badaczy mitologii nordyckiej śmiało zwraca się ku przekonaniu, że Odyn był przez pogańskich Skandynawów uważany za herszta Dzikiej Jazdy. Chociaż znalezienie solidnych dowodów na to jest zadaniem co najmniej karkołomnym, to wciąż do znudzenia (często na użytek dzieł kultury, którym taki obrót spraw pasowałby do tezy, tajemnicza legenda Oskorei, a do tego jeden z najmocniej funkcjonujących w świadomości nordyckich bogów, sukces niemal murowany) powtarza się, że to najwyższy (dopiero w późniejszym okresie, wiele wskazuje na to, że wcale nie siedział na szczycie panteonu od początku, możliwe, że zastąpił na tym miejscu Tyra) cwałował na Slejpnirze w podniebnym orszaku wojowników.

Za pomoc przy tłumaczeniu tych przeklętych legend dziękuję Bartoszowi, to było tak napisane, że gdyby nie on, jasna cholera by mnie wzięła.

Write A Comment