No to jak to było z tym Yule, a właściwie czym ono było? Częścią obrzędu, obchodami ku czci, ofiarą przebłagalną? Radowali się z Odrodzenia Bogini Słońca, która przynosiła wyzwolenie od Śmierci i Mocy Zaświatów, upamiętniali Thora, osłaniającego ludzi przed złymi mocami?  Pili, bo lubili, pili dla idei, pili z radości, z rozpaczy czy wcale? Tego pewnie już się nie dowiemy i pozostaje jedynie spekulowanie na ten temat, jedyne co można stwierdzić z całą pewnością to fakt, że spożywanie napojów wyskokowych, uczty i inne wszeteczne uciechy były ważną częścią tego wyjątkowego okresu, bez względu na to, jaka była ich geneza. Często powtarza się, że wznoszono toasty za powodzenie w nadchodzącym roku, lano miód w gardła ku pamięci zmarłych (byłam kiedyś na imprezie, na której bawili się też jacyś ludzie mówiący o sobie Asatru i oni to właśnie starym zwyczajem wytrząsali na ziemię kroplę alkoholu (resztę na pewno nie za kołnierz), to był ich blot – ofiara dla Bogów czy napój dla wojowników, którzy zginęli w walce), za odrodzone Słońce albo by dodać sobie animuszu i wytrwałości w przezwyciężaniu mroków zimy. Kogo prosili i dlaczego, ile zostało z pogańskich zwyczajów we wczesnym średniowieczu i później, kiedy Hakon (mam wątpliwości, czy to był spoko ziomek) na dobre zaprowadził nowe porządki i w pewnym sensie usankcjonował obchodzenie świąt w chrześcijańskim obrządku? Yule, czyli Jól (wymawianie: „yoh-l”) było nazwą czasu pomiędzy Zimowym Przesileniem a Jólablót – „Ofiarą Yule” – co pierwotnie mogło odbywać się około 12 stycznia. Wynika z tego, że całość trwała prawie 3 tygodnie, jednak kulminacją najważniejszych obrzędów były trzy dni i dwie noce, które zapewne poprzedzały wspomnianą datę.

Skoro Yule obchodzone było w czasie Przesilenia, na pierwszy rzut oka wniosek o jego przyrodniczo-magicznych konotacjach nazywa się jako pierwszy – celebrowano odrodzenie Słońca i zwycięstwo światła nad ciemnością, początek końca zimowej martwoty i nadzieję na nadejście jasnych i ciepłych dni. Tak? No niby tak, ale stan naszej wiedzy opiera się głównie na interpretowaniu pewnych znanych ze źródeł faktów…wiecie, z tym jest trochę jak z poezją. Tym bardziej, że nie zawsze znamy kontekst, pozostaje  porównywanie i dopasowywanie do siebie poszczególnych elementów układanki. Nie trzeba jednak być szczególnie lotnym umysłem, by wyobrazić sobie, że mieszkańcy Północy na pewno z utęsknieniem wyczekiwali zmiany warunków pogodowych: cimno, zimno, do domu daleko, ni ma żarcia na zamówienie, Netflixa, Facebooka, w ogóle Internetów jeszcze nie pociągnęli, światłowód jeszcze nie dotarł, a w mroku cholera wie co się czai…No, wicie rozumicie. Pewnie dlatego wiele obrzędów było związane z końmi, wierzono przecież, że to właśnie one „ciągną rodzajowi ludzkiemu nowy dzień”.

Alfrodur urodzi córkę jedyną
zanim ją Fenrir połknie
Ona to będzie chodzić gdy bogowie zginą
Drogami matki

W północnej części Norwegii dzień przesilenia zimowego nie jest wcale dniem, lecz raczej krótką iluminacją niebieskiego światła – kto był gdzieś blisko koła podbiegunowego ten wie, że  chwila „jasności” jest tam nazywana jutrzenką tylko umownie, bo tak naprawdę niewiele ma z nią wspólnego, przez godzinkę jest po prostu trochę mniej ciemno niż zwykle. Taki widok musiał przecież działać na wyobraźnię ludzi, żyjących w zupełnie innej rzeczywistości niż nasza, pełnej tajemnic i niezrozumiałych splotów wydarzeń. Nie dziwi, że komuś przyszło do głowy porównanie o „Wilku pożerającym Słońce” i późniejszych ponownych narodzinach życiodajnej gwiazdy.

Taki związek przyczynowo-skutkowy był zresztą obecny chyba we wszystkich kulturach, ludzie rzadko chcieli upatrywać w czymś definitywny koniec: każdy zmierzch był nierozerwalnie spleciony z jakimś nowym początkiem – dlatego tak wiele symboli religijnych zostało wpisanych w koło – nie ma punktu, w którym się zaczyna, ani takiego, w którym jest finisz. Wszystko toczy się nieprzerywalnym ruchem i będzie takie aż do schyłku świata, jaki jest ludziom znany. Zapowiadana „śmierć Bogów” to nie zwiastun Ragnaroku, tylko odniesienie do mroźnego czasu, który odbiera siły także Bogom, i dopiero narodziny Dziewicy opisanej w skaldycznym wierszu Haustlöng, dają nową nadzieję. W czasie jednak, gdy przebywa w Zaświatach, wszystko umiera i zamarza.

Istnienie świata zależy od narodzin nowego życia i powstałych z niego owoców, bez których nawet Bogowie tracą swoją moc i nieśmiertelność. Przesilenie mogło równie dobrze odzwierciedlać powrót życiodajnej bogini Słońca, a nawet odrodzenie jej nowego ja, jej „córki”, tak ważnej dla powrotu życia, światła i pożywienia. Yule było czasem odpędzania ciemności, kiedy dzień po dniu dni się wydłużały, pokazując, że Słońce odradza się i zwycięża. Być może Yule był pierwotnie tą porą roku, w której czas się zatrzymał i gdzie bogini nowego cyklu czasu (nowego roku) była jeszcze w powijakach? Słońce (znane w staronorweskim jako Sól, w języku germańskim jako Sunna uważano za boginię, która mieszkała wśród Asów i która jeździła rydwanem po niebie i przez wieczność ucieka przed pożerającym ją „wilkiem” ciemności. W nawiązaniu do prezentacji Fenrira Eddzie, Andy Orchard twierdzi, że „pies (lub wilk)” Garmr, Sköll i Hati Hróðvitnisson byli pierwotnie po prostu czymś na kształt kilku wcieleń tego samego, stwierdzając, że „Snorri robi rozróżnienia, nazywając wilki, które pożerają Słońce i Księżyc, odpowiednio Sköll i Hati Hróðvitnisson. Skoro chrześcijanie (i wyznawcy innych religii) świętują narodzenie/zmartwychwstanie/przyjście boskich „synów”, dlaczego Skandynawowie nie mogli obchodzić powtórnego pojawienia się na niebie „córki” Słońca, będącej w sumie czymś, co sensem przypomina Trójcę Świętą – matka była jednocześnie dzieckiem i rodziła z każdym rokiem po raz kolejny swoje nowe Ja wędrujące po niebie aż do następnej zimy.

Źródła skandynawskie, w szczególności pochodzące z terenów Norwegii, zawierają informacje, które jak się zdaje, bezpośrednio dotyczą nocnych jeźdźców. Na tamtejszych ziemiach Dziki Gon znany jest jako Oskoreia, Przerażająca Jazda. Pod tą złowrogą nazwą kryła się formacja złożona z duchów i porwanych przez nie ludzi (inna wersja mówi, że do Gonu dołączali ci, którzy umarli, jednakże ich śmierć niekoniecznie spowodowana była pojawieniem się widmowego orszaku). Cały oddział miał zasłonięte twarze i jeździł konno (ridende julevetter). Szczególną aktywność przejawiał w okresie między Bożym Narodzeniem a Świętem Trzech Króli lub w dzień Świętej Łucji (stąd inna nazwa Dzikich Łowów: Lussiferdi). Na północy kontynentu cykl trwał od 13 grudnia do Bożego Narodzenia lub od Bożego Narodzenia do 13 stycznia. W źródłach możemy odnaleźć inne nazwy – Julereia, Trettenreia, Fossareia i Imridn – w tym słowo rei lub reid, co oznacza „jeździć”/„jeździć konno”, czasem szczepione na determinanty Jul / Jól (Boże Narodzenie) lub Imbre / Imbredagene. Terminy te oznaczają cztery dni Wielkiego Postu roku liturgicznego (ieiunia quatuor) i Fosse. Istnieje jeszcze jedno określenie omawianego zjawiska, Trettenreia lub Trettandreia, czyli „oddział jeźdźców trzynastego dnia (zimy)”, co również sugeruje częste jego występowanie w okolicach obchodów św. Łucji. Pan Zastępów wraz z podkomendnymi  przemierzał wówczas powietrze lub paradował nad ziemią w towarzystwie upiornych widm, zatrzymując się wraz ze swym orszakiem nad stajnią i porwawszy konie, oddawał je później pokryte potem, spienione, jakby galopowały – podobnie jak nasza zmora – długo i bez ustanku. Mówi się, że członkowie Oskorei jeździli na wierzchowcach, które uprzednio uprowadzili gospodarzom. I ta wersja potwierdza się właściwie niezależnie od regionu. W zależności od prowincji możemy przeczytać o duchach, takich jak Gulao lub Jula-gjeido, albo z ludziach, którzy jeździli z Oskoreia, co musi przywodzić na myśl Friulian Benandanti i wilkołaków bałtyjskich. Olaus Magnus, biskup Uppsali, pisał tak:

„W Prusach, na Łotwie i Litwie mieszka wielu takich magów. W noc Bożego Narodzenia – po tym, jak zostawili swój ludzki kształt dla wilka – zbierają się w miejscu, które obrali sobie za cel, a następnie wchodzą do piwnic chłopów, by opróżnić beczki z piwem i winem [cellaria cervisarum ingrediuntur, ac illac aliquot cervisiae, aut medonis tonnas epotant], po czym duszą zwierzęta”.

Jeden szczegół należy wskazać jako istotny, ponieważ ujawnia związek między tymi działaniami a osobą zmarłą. Otóż miejsce, w którym się spotykają, jest uważane za święte, a w przypadku, gdy ktoś niepowiązany z Jazdą się tam znajdzie, przepowiada mu się, że ​​umrze w tym roku [eum isto anno moriturum]. Doświadczenie od dawna wzmacnia wiarę mieszkańców tych regionów w ten przesąd. Wprawdzie tradycje nordyckie są w wielu miejscach podobne do germańskich, jednak wierzenia te różnią się od siebie w szczegółach.

Norsczycy twierdzili, że kobieta o imieniu Guro Rysserova (Gudrun Horsetail) przewodzi Oskorei. Jest to zgodne z tym, co mówi się o Perchtu w południowych Niemczech. W tradycji ludowej, a później w tradycji Yule, pierwotny pogański element duchów i dusz ziemi i Zaświatów, mógł zostać przejęty i niejako „zgromadzony” wokół „Nisser” (gnomyów) i „småfolk”: czegoś w rodzaju skrzatów. Jeśli wierzyć w historie opowiadane przez cudzoziemców, którzy wyjechali na Północ Europy, wiara w różne nadprzyrodzone zjawiska jest wśród Skandynawów jest nadal obecna i nie widzą nic dziwnego w ofiarach-przekupstwach, mających na celu obłaskawienie różnych dziwnych istot.

www.theladyofthelabyrinth.com/
https://pl.scribd.com/document/122939351/Motz-Lotte-The-Winter-Goddess-Percht-Holda-and-Related-Figures-1985
Edda Poetycka, 1986 – ta z opracowaniem Załuskiej
The Ghostly Troop and the Battle Over Death: William of Auvergne (d. 1249) connects Christian, Old Norse, and Irish Views, Alan E. Bernstein

Write A Comment