Skąd się wzięło powiedzenie odnoszące się szczególnie do różnych magicznych praktyk, że „coś musi się dokonać zanim zapieje trzeci kur”. Wiedźmin musiał przesiedzieć tyle w sarkofagu strzygi, żeby móc ją odczarować. To nie było nic czarodziejskiego, chociaż brzmi tajemniczo i trochę złowrogo, kojarzy się z baśniami, jakimś przełomem albo niebezpieczeństwem, które mija dopiero wraz z nastaniem dnia.

Słowianie do określania upływu czasu w krótkich okresach (godziny), posługiwali się gwiazdami i ich widocznością na niebie. No ale…co kiedy było pochmurno, albo zimno jak w rodzinnym grobowcu na zewnątrz, nie chciało się wychodzić spod skór czy pierzyny, a chciało się wiedzieć ile jeszcze zostało do świtu? Tu z pomocą przychodziły właśnie te mityczne „trzy kury”. Przy określaniu godzin nocnych mówiło się po prostu o „kogutach”. Był „kogut północny”, albo pierwsze kury, „drugie kury” i trzecie pienie, zwane „świtowym”. Taki sposób wyznaczania granicy pór nocy był znany u wszystkich ludów słowiańskich oraz sąsiednich, jednak podobnie jak z porami roku, chronometryczna wartość owych kurów nie wszędzie była jednakowa. U Wielkorusów pervyje, vtoryje i tretji petuchi – północ, przed brzaskiem i brzask, u Bułgarów prvy, vtory i treti. Na Smoleńszczyźnie pierwszy kur był o 2 w nocy, drugi o trzeciej a trzeci o brzasku. Na Witebszczyźnie – pierwszy kur piał o 23, drugi o 1 w nocy a trzeci o 3. U Wotjaków istnieje tradycja według której „pierwsze koguty” piały o g. 10, dziś (czasy współczesne autorowi, czyli ok. 1930) pieją o 11. Swoją drogą, jak to jest, że te koguty piały codziennie o tej samej porze w danym miejscu, a w innym o innej? Moszyński tłumaczy to tym, że w niektórych wsiach ludność nie uwzględnia „północnych kurów” i zaczynają liczyć dopiero od drugich.

Kury nie były niezawodnym zastępstwem zegarków – można było na nich polegać jedynie podczas w miarę stabilnej pogody: kiedy miało się na zmianę, koguty piały kiedy im się zechciało, każdy na swoją modłę. Te fałszywe godziny były dla chłopów najpewniejszą wróżbą zbliżającego się ochłodzenia lub odwilży.

Jeśli chodzi o przepowiadanie pogody, to Słowian w tym względzie najlepiej określa: „Jak na św. Hieronima jest deszcz albo go ni ma, to na św. Szczepana pada albo nie pada”. 😀 Jak to jest z prawdziwością przysłów? Mówi się, że są mądrością ludu i powstały na podstawie wieloletnich obserwacji zjawisk etc. Na pewno każdy słyszał choć raz powiedzenia związane z konkretnym dniem, świętem, przesileniem (ewentualnie czyimiś imieninami, czyli pamiątką kościelną katolickich świętych), powiedzenia przepowiadające pogodę, która miała być korzystna lub niekorzystna, w zależności od zjawisk, jakie wystąpią pod tą wyznaczoną datą. Pokutuje durne przekonanie, jedno z wielu, że to Słowianie zapoczątkowali odnotowywanie w ten sposób powtarzających się rokrocznie atrakcji aury i zrobili z tego ludowy barometr i prognozę długoterminową w jednym, co oczywiście nie może być prawdą, bo te przysłowia mają rodowód o wiele późniejszy, zwykle mocno katolicki, zapewniam, że ludy słowiańskie nie znały św. Anny, Rocha, Jana, Cyryla i Metodego.

Weźmy na warsztat najpopularniejsze: „Gdy święta Barbara po wodzie, Boże Narodzenie po lodzie” i na odwrót. W ostatnim dziesięcioleciu nie sprawdziło się chyba ani razu, ale ktoś może powiedzieć „zmiany klimatyczne, nie ma porównania”. Ok. Jednak Dyrektor Instytutu Meteorologii, jakoś zaraz po wojnie, prof. Kazimierz Szule, który z racji sprawowanej funkcji miał dostęp do dokładnych i ścisłych obserwacji zjawisk meteorologicznych dotyczących konkretnego dnia, podjął się zbadania prawidłowości, które próbowały udowodnić przysłowia ludowe. Wyniki swojej pracy przedstawił później na sympozjum czy jakimś zjeździe naukowców zajmujących się pogodą i oczywiście wyszło mu z tego, że wszystkie te „jeśli to, to tamto” są całkowicie zawodne i nie występuje żadna prawidłowość, która by chociaż po części mogła wskazywać na ich trafność. Większość powiedzonek to są obce wpływy, z czasów, kiedy Kościół słowiańskość całkiem już sobie zawłaszczył. Czy to znaczy, że nasi przodkowie nie potrafili przepowiadać pogody? No starali się jak mogli. 😉

Jednak interpretacje pewnych zjawisk były różne w zależności od regionu, choć przecież Księżyc świecił ten sam. Bo właśnie na podstawie obserwacji nieba próbowano się dowiedzieć, co przyniosą kolejne dni, co było oczywiście istotne i stanowiło niemal sprawę życia i śmierci, bo przecież od zbiorów i plonów zależała egzystencja całych społeczności. Przykład? A proszę bardzo. Np. na Mazurach powiadali, że gdy jest „nów obrócony”, to znaczy Księżyc wisi oboma końcami ku dołowi, świadczy o nadchodzącej słocie, natomiast Wielkorusini twierdzili, że dokładnie to samo zjawisko zapowiada gorący miesiąc, jeśli oba rogi sterczą do góry, czyli patrząc z Ziemi w kierunku północnym, to nadchodzi 30 dni wietrznych. Można się tutaj dopatrywać skojarzeniami z czterema stronami świata i pogodą, którą im się „przypisuje”.

Write A Comment