Imię Łucja obrządkowi katolickiemu znane jest chyba najbardziej za sprawą włoskiej męczenniczki – św. Łucji, która zmarła z rąk Rzymian w Syrakuzach na Sycylii 13 grudnia 304 r. i ten dzień właśnie przez KK wyznaczony jest na wspomnienie liturgiczne świętej. W językach europejskich imię Łucja pochodzi od łacińskiego słowa lucifer, zbitki dwóch słów: lux – „światło” (dopełniacz od mianownika słowa lucis) oraz ferre czyli „przynosić”. Lucyfer (uwaga: nie chodzi o diabła! – przynajmniej póki co) pojawia się w mitologii klasycznej jako „ten który przynosi świt”, co doprowadziło do skojarzenia go z planetą Wenus, zwanej „Gwiazdą zaranną”, gdyż na niebie widać ją najdłużej przed wschodem Słońca.

Znaczenie imienia jest oczywiście jeszcze bardziej pogmatwane także z racji ekspansywnej symboliki wtórnej narzucanej przez KK na wierzenia pierwotne, ale również za sprawą rozbieżności interpretacyjnych wynikających choćby z tłumaczenia Pisma Świętego. W 14 rozdziale Księgi Izajasza w Starym Testamencie mamy do czynienia z tzw. „Satyrą na śmierć tyrana”, którą obecnie raczej zwykło się uważać za taki diss (warto może jednak posłużyć się innym porównaniem ze względu na starszych odbiorców)  na władcę Babilonu, który w swej pysze wywyższał się ponad Boga. Prawilny prorok Izajasz postanowił utrzeć nosa pyszałkowatemu monarsze. Napisał więc tekst, w którym władcę prześmiewczo porównał do „Jaśniejącego Syna Jutrzenki” (po hebrajsku: helel ben szachar) czyli do gwiazdy porannej – Wenus. Takie zestawienie miało w sobie jeszcze dodatkowe szyderstwo, gdyż planetę tę na niebie możemy obserwować tuż przed wschodem Słońca (świeci wówczas wyraźniej od innych), jednak wraz z jego nadejściem blask jej rzecz jasna znika, co mogło stanowić metaforę nieuchronnego upadku plugawego Babilonu w obliczu nadejścia tego, który „przynosi światło prawdziwe” czyli Jezusa.

W łacińskim przekładzie rzeczonej księgi wspomniane hebrajskie słowo helel zostało przetłumaczone jako lucifer. Analizując ów fragment Starego Testamentu ojcowie Kościoła zaczęli kojarzyć go z wyimkiem z Nowego Testamentu zawierającym słowa Jezusa na temat spadającego z nieba, niczym błyskawica, szatana (Łk 10, 18). To zapewne w tym miejscu należy upatrywać swoistego nieporozumienia skutkującego powiązaniem jakże świetlistego łacińskiego miana lucifer z mroczną bądź co bądź postacią szatana znanego również pod pseudonimem upadły anioł. Wraz z kolejnymi opracowaniami teologicznymi skojarzenie zyskiwało jedynie na sile i tak rozgrywający się każdego świtu na niebie planetarno-gwiezdny spektakl posłużył kościelnym egzegetom za jakże obrazową wykładnię, zgodnie z którą pyszniąca się na nieboskłonie tuż przed świtaniem Wenus to wypisz wymaluj nasz biblijny zbuntowany anioł (nie ten serialowy), który chciał błyszczeć bardziej od innych i wyszedł przed szereg wypowiadając posłuszeństwo Stwórcy.

I tu wracamy na mroźną Północ do tematu skandynawskiego folkloru. Coroczne obchody 13 grudnia czyli Dnia Św. Łucji to w Skandynawii, a szczególnie w Szwecji, znacząca data w kalendarzu.  Pierwsza wzmianka na temat święta  pochodzi już z 1218 r. W języku szwedzkim Łucja to Lusse lub Lussi co ma znaczenie o tyle, że wiąże się w dość prosty sposób z Dzikim Gonem, który zimowe niebo przemierzać mógł właśnie w okresie od 13 grudnia do Świąt Bożego Narodzenia. Prócz tej kalendarzowej zbieżności, nie bez znaczenia mogą być również wyżej opisane zawirowania w chrześcijańskiej symbolice (omyłkowe powiązanie terminu lucyfer z „Panem Ciemności”). Mając powyższe na uwadze, nie dziwi więc fakt, że kultura ludowa skądinąd świętą, pobożną Lussi, a właściwie dzień poświęcony na jej celebracje, poczęła wiązać ze sprawami zgoła przeklętymi. I tak skandynawskie wydanie Wściekłej Jazdy, znane również jako Oskoreia, funkcjonuje dodatkowo pod nazwą Lussiferdi. Znana jest jeszcze nazwa Julereia (dosłownie: „bożonarodzeniowa jazda”) z tego pewnie względu, że rączego oddziału piekielnego spodziewano się w okolicach zimowego przesilenia czyli w okresie dwunastu dni poprzedzających Boże Narodzenie. W wyniku szwedzkiej reformy systemu liczenia czasu z 1700 r. przesilenie zimowe w kalendarzu z 13 grudnia przesunięto na 21 grudnia. Skutkiem tego było oddzielenie pogańskich celebracji tego przełomowego momentu w roku  od uroczystości związanych z Dniem Św. Łucji, który pozostał na swoim dawnym miejscu w kalendarzu. (Warto wspomnieć w tym miejscu o rozwiniętym na nordyckich ziemiach i silnie powiązanym z datą zimowego przesilenia kulcie bogini Słońca, która u schyłku roku pokonana przez mrok i noc symbolizowana czasem przez połykającego ją wilka, odradza się jednak dając światło i nadzieję na życie w nowym roku.)

Święto Łucji na terenach Szwecji było traktowane jako swego rodzaju wstęp do celebracji okresu bożonarodzeniowego. Nazywany „małym Yule”, dzień ten charakteryzował szereg ciekawych obrzędów. Na pierwsze kura zapianie pomiędzy 1:00 a 4:00 nad ranem, najstarsza (czasem najładniejsza) panna w domu przechadzała się pomiędzy śpiącymi domownikami strojna w białą szatę, czerwoną szarfę i koronę z gałązek czarnej jagody, w którą zatkniętych było 9 zapalonych świec. Obudziwszy śpiących raczyła ich słodkim napojem (grzanym winem) zwanym glögg lub kawą śpiewając przy tym piosenkę, o tym jak światło, które przynosi, rozświetla gęsty mrok długiej, zimowej nocy. Taką zwiastującą światłość dziewczynę nazywano Lussi albo Lussibruden (dosłownie: Łucja panna młoda). Gdy wszyscy byli już ubrani, zasiadano do śniadania w pokoju rozświetlonym mnóstwem świec. Nie zapominano też o zwierzętach gospodarskich, gdyż w tym dniu dostawały specjalne świąteczne porcje jedzenia. Charakterystycznym szwedzkim elementem tradycji jest obecność świec na koronie Lussi. Światło w istocie stanowiło główny symbol praktykowanych w tym czasie obrzędów. Toteż polowanie czy łowienie ryb odbywać się wówczas miało przy zapalonej pochodni, zaś salon w domu wczesnym rankiem miał być okazale ozdobiony mnogością świateł. W Zachodniej Gotlandii postać Lussi wędrowała przez wioskę poprzedzona przez osoby niosące pochodnie.

Jakie było wytłumaczenie dla tego festiwalu świateł w tym akurat dniu? Przede wszystkim zgodnie z dawnym kalendarzem juliańskim, zanim wprowadzono reformę, 13 grudnia był uznawany za najkrótszy dzień w roku, zimowe przesilenie – moment przełomowy, po którym dzień zaczyna się stopniowo wydłużać. Jest to zatem zwycięstwo Słońca/światła, które symbolicznie pokonuje ciemność – niewątpliwie dającą się we znaki szczególnie mieszkańcom Północy z ich długimi, polarnymi nocami. Żywot samej świętej także można przypasować do tej symboliki. Według niektórych wersji tej historii nasza męczenniczka z Syrakuz miała wyłupić sobie oczy (inna wersja podaje, że dokonali tego jej oprawcy). Z tego też względu święta uznawana jest za patronkę osób niewidomych, zaś jej atrybutem mają być m. in. oczy na tacy oraz lampka.  Legenda głosi, że oczy dziewczynie miały zostać cudownie przywrócone, co odkryto w trakcie jej pochówku. Skojarzenie typu: mrok-ślepota, a potem odzyskana jasność/widzenie nietrudno pogodzić ze zwycięstwem światła nad ciemnością, pokonaniem nocy przez wstający dzień. Łatwo dostrzec, że CV naszej świętej było więcej niż kompatybilne z nakładającymi się w kalendarzu pogańskimi obrzędami przesilenia.

Na Sycylii obchody tego dnia także przybierają formę festiwalu świateł. W wigilię święta długa procesja mężczyzn oraz chłopców wymachujących gęstymi wiązankami płonącej słomy pędzi na złamanie karku ulicami wioski Montedoro krzycząc co sił w płucach, tak jakby jej uczestnicy uciekali przed czymś w popłochu. Jak wynika z relacji naocznego świadka tego niecodziennego widoku: „ciemność nocy została podpalona przez tę dziką procesję tańczących płonących pochodni, a rozpalone w bocznych uliczkach ogniska sprawiały wrażenie, że cała wioska płonęła”. Na końcu procesji kroczyła podobizna św. Łucji niosąca tacę z własnymi oczyma. Po środku placu ustawiona była ogromna góra słomy, na którą każdy z przybyłych wrzucał swoją płonącą wiązankę, zaś sama święta była usadowiona tak, by móc przyglądać się olbrzymiemu ognisku.

Na terenach środkowej Europy św. Łucję znajdujemy w nieco innej odsłonie. W czeskiej Szumawie przybiera ona postać rogatej kozy. Wędrując przez wioskę obdarowuje grzeczne dzieci owocami, tym niegrzecznym zaś grozi rozpruciem ich brzuchów (ewidentna zbieżność z aktywnością bogini Perchty). W Tyrolu jej poczynania są nieco taktowniejsze, jako że w tamtych stronach wręcza prezenty dziewczynkom – chłopcom natomiast dla odmiany prezenty przynosi wyłącznie św. Mikołaj.

W rejonach Austrii Łucja przejęła rolę, którą pierwotnie w tradycji ludowej pełniły zapewne germańskie boginie Berchte (Percht) i Holda (Frau Holle). I tak wśród określeń tej postaci pochodzących z tamtych stron możemy spotkać takie miana jak Frau Lutz czy Spillelutsche („wrzecionowa Łucja”). Znane są także takie warianty jak Spillaholle czy Spillahulle, co jedynie podkreśla bliskie związki Łucji z Panią Holle. Tak jak swoje starsze pogańskie odpowiedniki ta „ochrzczona bogini” kojarzona jest ze świątecznym czasem Yule oraz sztuką przędzenia.  Wigilia Dnia Św. Łucji to dla mieszkańców Dolnej Austrii czas wyjątkowej aktywności czarów. W obronie przed ich wpływem tamtejsza ludność modli się i pali kadzidła. Procesja odwiedza każdy dom, by okadzić wszystkie pomieszczenia. Wieczorem dziewczęta powstrzymują się od pracy przy kołowrotkach by nie zastać potem swoich narzędzi pracy popsutych a kądzieli poplątanych (znowu uderzające podobieństwo do obrządku związanego z kultem Holdy i Perchty).

Podobne przesądy funkcjonują również w okresie dwunastu nocy pomiędzy Bożym Narodzeniem a Świętem Objawienia Pańskiego. O północy dziewczęta uczestniczą w osobliwej ceremonii. Udają się nad strumyk do wierzbowego zagajnika. Tam nacinają korę drzewa bacząc jednak by jej całkowicie od pnia nie oderwać. Następnie nożem wycinają znak krzyża po wewnętrznej kory, po czym moczą ją wodą, by na końcu ostrożnie zamknąć nacięte miejsce. W Nowy Rok nacięcie otwiera się, by wróżyć z odkrytych w nim znaków. Chłopcy z kolei o północy wypatrują tajemniczego światła zwanego Luzieschein, którego kształty mają wskazywać przyszłe wydarzenia.

W Danii 13 grudnia wszelkie prace związane z przędzeniem ustają, bo wówczas przychodzi Lucy, by ocenić efekty i ukarać leniych oraz nagrodzić osoby pracowite. Tam też ów szczególny dzień  wykorzystuje się do przepowiadania przyszłości. Poniżej treść modlitwy duńskich pokojówek:

„Słodka Łucjo, daj mi znać, czyją pościel będę kłaść, czyje łóżko będę słać, czyje powiję dziecię, w czyich ramionach będę spać.” W ramach ciekawostki warto chyba wspomnieć także o wątku związanym z naszą dzisiejszą bohaterką, który odnajdujemy na Wyspach w kontekście innej bogini. Chodzi mianowicie o celtycką Brigid, którą zresztą łączy szereg podobieństw z germańską boginią Frigg, a przez to także ze wspomnianymi Holdą i Perchtą. Nadmieńmy tylko, że Brigid to bogini rzemieślników (szczególnie kowali),  sprawuje też pieczę nad porodami, proroctwami i poezją. W dzień jej święta niektóre rodzaje prac były zabronione – zwykle przędzenie, mielenie i korzystanie z wozu, a także inne zajęcia wymagające użycia koła. Tych podobieństw jest więcej, ale więcej na ten temat może w przyszłości.  Wracając jednak do św. Łucji:  otóż z irlandzkiej Brigid w późniejszym czasie zrobiono chrześcijańską świętą (irlandzką Brygidę z Kildare – nie mylić ze św. Brygidą Szwedzką), bo ludzie, choć ochrzczeni, nie chcieli tak łatwo zrezygnować z silnie ugruntowanego na swych ziemiach od pokoleń kultu celtyckiej bogini.

Święta uważana była m. in. za patronkę położnictwa i porodów. Chrześcijańska legenda przedstawia ją np. jako opiekunkę nowo narodzonego Jezusa (choć żyła w V wieku, ale najwyraźniej ograniczenia czasowe nie miały zbytniego wpływu na poczynania tej postaci). Powiada się, że pomogła też Marii przedostać się niezauważoną do świątyni, by ta mogła się obmyć po powiciu Dzieciątka. Aby to zrobić, Brygida miała ściągnąć na siebie uwagę tłumu za sprawą niecodziennego przybrania głowy z zapalonych świec. Luśka! Chyba ktoś tu ściągnął od kogoś stylówę! A poważniej rzecz biorąc, to podobne wyobrażania w chrześcijańskich legendach stanowią jedynie dowód na pozostałości pogańskich tradycji przeszczepionych na kanwę kościelnej obyczajowości, by uczynić ją bardziej przyswajalną dla nawracanej ludności.

A jak wyglądają nasze rodzime tradycje związane z tym dniem? Górale Beskidu Śląskiego powiadają: „Święta Łucja dni przyrzuca” czyli podobnie jak w innych zakątkach Europy dzień ten kojarzony jest z sukcesywnym wydłużaniem się z każdą dobą pory dziennej. Fakt zwycięstwa dnia nad nocą obrazuje też góralskie przysłowie: „Na świętą Łuce noc z dniym się tłuce”.

Począwszy od Dnia Św. Łucji górale zaczynają także odnotowywać stan pogody, gdyż uważają, że każdy kolejny dzień, aż do wigilii Bożego Narodzenia, odpowiadać ma kolejnemu miesiącowi w nadchodzącym roku. I tak np. padający 13 grudnia śnieg zwiastować ma śnieżny styczeń, a gdy 14. świeci słońce, to można spodziewać się, że luty będzie ciepły. Analogicznie do tego systemu przepowiada się pogodę obserwując 12 dni następujących od Wigilii do Święta Trzech Króli.

Od dnia 13 grudnia ponadto górale codziennie odkładają jeden kawałek drewna, aby w wigilijny poranek rozpalić zebranymi w ten sposób drewienkami w piecu (tradycja zakazywała w Wigilię rąbać drewno). Magiczna moc ognia mogła jednak ściągnąć do chaty złe duchy a także czarownice (w całej Europie wierzono, że przy rozpalonym ogniu mogły gromadzić się dusze, by w mroźną zimową noc ogrzać się przy cieple płomienia). Taka czarownica nie wróżyła rzecz jasna niczego dobrego. Mogła np. odebrać krowom mleko. Toteż biada domostwu, którego próg tego dnia jako pierwsza przekroczyła baba. Mogła być wzięta za czarownicę zwiastującą niepomyślność w następnym roku. Ach te baby – samo zło… Za to chłop albo dziecko jako pierwsi odwiedzający byli domownikom mili, gdyż ich wizyta zapowiadała powodzenie.

 

Write A Comment