Baba lekarz? Baba weterynarz? Kto to widział… W popularnym serialu Patryka V. pada taki tekst, jak się okazuje, znany od dawna w różnych środowiskach zawodowych: baba-chirurg/baba-archeolog? Ani baba, ani archeolog. Wierzcie mi, że takie teksty wcale nie są wyjęte ze starych filmów, przekonania o tym, że tak odpowiedzialne i wymagające profesje są zarezerwowane tylko dla mężczyzn wciąż jeszcze pokutują w małych społecznościach wiejskich – z gadką o weterynarzu spotkałam się kilka lat temu przy okazji pobytu w zapomnianej przez ludzi i Bogów zapadłej dziurze nad Bugiem. Skąd wzięło się to przeświadczenie, że tylko facet może odebrać trudny poród u krowy i prawidłowo rozpoznać nosaciznę? Przecież w dawnych kulturach, kiedy sztuka leczenia była utożsamiana z kapłaństwem i magią, zajmowały się nią niemal wyłącznie kobiety. Przez długie wieki nikt nie słyszał, żeby mężczyzna znał się na położnictwie i pomagał dzieciom w przychodzeniu na świat, chociaż oficjalnie przez dwa tysiąclecia odmawiano paniom  prawa do zdobywania oficjalnego medycznego wykształcenia. Motłoch domagał się nawet surowego karania tych, które ośmieliły się ten zakaz złamać. No ale po kolei, bo już na wstępie zdążyłam porządnie zamieszać…

Jak było naprawdę?

Zazwyczaj właśnie tak bywa: teoria doskonale opisuje wymyśloną rzeczywistość, a praktyka przystosowuje i łagodzi te pomysły tak, by do czegoś się nadawały. Zakaz kształcenia niewiast niby był, ale po chałupach i leśnych szałasach kwitło znachorstwo i szamaństwo – lud przez całe wieki ufał talentom „babek”, „dzieciobiorek”, „zamawiaczek” i „szeptuch”. Brakowało wykwalifikowanej kadry medycznej, a gatunek przecież musiał przetrwać… No, oficjalnie krytykowano, a gdy trwoga i potrzeba, każdy dobrze wiedział, że tylko w „babie” nadzieja. I chociaż pojawiało się mnóstwo głosów oskarżających domorosłe uzdrowicielki o stosowanie koszmarnych praktyk i celowe szkodzenie pacjentom (po części była to prawda), to owa szkodliwość o wiele częściej miała swoje źródło w niewiedzy, a nie złej woli. Wobec braku podstawowych środków i narzędzi radzono sobie tym, co akurat było na podorędziu… Mimo wszystko, leczące kobiety czyniły więcej pożytku niż szkody i chociaż nie były w stanie zastąpić medyka i pomóc w skomplikowanych przypadkach, to na pewno dzięki swojemu doświadczeniu przyczyniły się do wielu szczęśliwie zakończonych porodów.

Stare wiedźmy

Pomocą chorym trudniły się przeze wszystkim starsze kobiety, które weszły już w okres przekwitania. Wierzono, że dzięki temu (jak koty) żyją „trochę tu, trochę tam”- brzydko mówiąc, są już jedną nogą w grobie, więc cieszą się specjalnymi względami tajemniczych „sił wyższych”/Bogów/duchów (analogicznie z szamanami na Syberii np). A że za wszystkie cielesne niedomagania obwiniano działanie istot nadprzyrodzonych, kto lepiej mógł poradzić sobie ze złymi skutkami ich złośliwości niż osoba mająca z nimi bliski kontakt? Obdarzone nadludzkimi mocami potrafiły ponoć zaradzić w sytuacjach kryzysowych – może coś w tym było, bo w razie katastrofy wzywano je nie tylko do rodzących wieśniaczek – z szamańskich usług korzystały bogate mieszczki i szlachcianki. Cały przekrój społeczeństwa, wszyscy zdani na zręczność i lotność umysłu prostych kobiet z ludu. Zresztą, obecność lekarza (bardzo, bardzo rzadka, nawet w zamożnych domach) wcale nie wykluczała asysty akuszerek (musiały minąć setek lat, żeby ktoś wpadł na mądry pomysł wykształcenia takiej grupy zawodowej). Medyk nigdy własnoręcznie nie zajmował się odbieraniem porodu, raczej nadzorował i wydawał polecenia. Wyjątkiem była konieczność przeprowadzenia cesarskiego cięcia, które było w tamtych czasach zabiegiem na tyle skomplikowanym i ryzykownym, że położnicy rzadko udawało się go przeżyć.

Rzeczywiście, gdy przeprowadzono pierwszą w Polsce inspekcję sanitarną na terenie Galicji, jej wyniki okazały się przerażające. Wszyscy, którzy w niej uczestniczyli zgodnie uznali, że należy albo odebrać możliwość leczenia wszelkim szarlatankom, albo zapewnić im chociaż podstawowe wykształcenie medyczne, żeby nie szkodziły kobietom swoimi niekonwencjonalnymi (i na pewno kontrowersyjnymi) metodami: na bóle porodowe miało pomagać okładanie łona kobylimi odchodami, wróblim łajnem, rozwiązywanie węzłów, zapinanie i odpinanie pasków w różnych konfiguracjach, picie i wąchanie naparów z ziół niewiadomego pochodzenia…pewnie są takie, które rzeczywiście mogły przynieść ulgę, ale o tym nie pojawi się na tym blogu żadna dłuższa wypowiedź… 😉 Jeśli chodzi o powyższe, nie ma czym się chwalić, można powiedzieć, że pod względem opieki medycznej byliśmy, brzydko mówiąc, sto lat za Murzynami. W innych krajach zawód akuszerki wyodrębnił się już w XIV wieku, powstały specjalne szkoły, w których przeprowadzano egzaminy nadające „prawo do wykonywania zawodu”. W sumie całkiem nieźle się to sprawdzało, po 3 latach nauki kobieta była na pewno lepiej przygotowana merytorycznie w porównaniu z wiejską zielarką. Pierwsze takie studium powstało jako filia Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Write A Comment