Bram Stoker, autor chyba najbardziej znanej i najlepszej (nie, nie liczę „Zmierzchu”) powieści o wampirach, obchodziłby dziś urodziny, gdyby mu się ponad sto lat temu nieszczęśliwie nie zmarło. Temat wybrał sobie wdzięczny i nawet nie musiał za dużo zmyślać, bo mity o ludziach-krwiopijcach (i nie chodzi o poborców podatkowych) były znane właściwie we wszystkich kulturach i udokumentowane choćby pochówkami, odkąd człowiek zaczął jakoś ogarniać rzeczywistość. Na terenie dzisiejszej Polski często znajdowano takie dziwne groby, spora część udokumentowanych przykładów odkryto w Bieszczadach, opracowania podają, że wiara w wampiry była szczególnie rozpowszechniona wśród ludności rusińskiej, a tej przecież przed wojną było tam dużo.

Pierwsza wzmianka o zabiegu antywampirycznym pochodzi z 1529 r. i dotyczy mieszkańców Lalina. Bardzo ciekawie o tym pisze Piotr Kotowicz w artykule „Wampir” z ulicy Zamkowej w Sanoku” „Rocznik Sanocki tom X ” str. 52: […] W świetle zanotowanych pod Sanokiem i w Beskidzie Niskim wierzeń chodzącym po śmierci upiorem mógł stać się człowiek, u którego nie wystąpiło pośmiertne skostnienie. Mogło się tak zdarzyć, jeżeli pod ławą, na której leżał nieboszczyk, przeszedł pies lub kot. Można było go też poznać po tym, że oprócz tężca pośmiertnego był czerwony na twarzy, stąd też powiedzenie „czerwony jak upiór”. Po odkopaniu, podejrzanego o „chodzenie” sprawdzano, czy ma pod pachą „pierze”. Jego obecność zdecydowanie potwierdzała domniemania mieszkańców danej wioski. Uważano także, iż upiorem staje się dziecko poczęte podczas stosunku odbytego podczas menstruacji. Istniały też wewnętrzne „objawy” wampiryzmu. Wedle wierzeń zanotowanych w dorzeczu Osławy i pod Sanokiem, upiór za życia miał dwa serca lub dwie dusze (jedno sprawiedliwe – człowiecze, a drugie niesprawiedliwe – diabelskie), z których po śmierci jedno ginie, a drugie żyje i jest przyczyną jego pośmiertnej działalności. Szczególnie predysponowane do roli upiorów były osoby mające cechy zbliżone do czarownic, znające właściwości ziół, umiejący czarować, a także ci, którzy uczestniczyli w sabatach na Łysej Górze. Zdarzało się, że upiorem zostawał człowiek spokojny i życzliwy dla innych, który jednak pozostawił po sobie na ziemi jakieś niezałatwione sprawy, niewynagrodzone krzywdy czy wreszcie nie mógł rozstać się z rodziną i gospodarstwem. Upiory takie jak wierzono Seredniem koło Lutowisk i w Solinie, pomagały w gospodarstwie, żęły zboże, kosiły trawę, poiły bydło, a zimą młóciły.[…]”

Radzeniem sobie z problemami chodzących po śmierci upiorów zajmowali się tutaj baczowie, tacy rodzimi odpowiednicy van Helsinga.

„…Wszystkie przypadki nagłej śmierci miały związek z działaniem upiorów. Noc w noc porywają niewinne dusze. Mimo strachu przed upiorem, ludzie szukali sposobu, żeby się przed nim zabezpieczyć. Pierwszą czynnością, wykonywaną już w trakcie pogrzebu było wynoszenie „upiora” pod odwróconym progiem lub przez odwrócone drzwi. Po drodze na cmentarz i z powrotem sypano mak, który jak wiadomo ma właściwości usypiające i co najważniejsze jest go dużo i zanim duch go pozbiera nastaje świt i złe moce tracą swoją siłę. Bywało, że duch przychodził do swego domu, do żony, wywołując u niej duży strach (Mokre). Wróżka poradziła kobiecie, którą spotkała taka przygoda, aby ubrała się w ślubny łach i kiedy pojawi się duch zmarłego męża powiedzieć, że idzie na wesele, gdzie brat żeni się z siostrą. Na co rzekł nieboszczyk: „win iszczo ne słyszał żeby sia brat ze siestroł żenył”, na co ona, że: „nie czuła i nie słyszała żeby wmerłyj do żywoho chodył”. Ponoć w Jaworniku wiara w upiory chodzące po nocy była tak rozpowszechniona, że prawie wszystkich, widać profilaktycznie, przebijano gwoździami, zębami od bron, żeby siedzieli w miejscu, skoro już umarli. (Hubert Ossadnik „Zwyczaje pogrzebowe doliny Osławy, Osławicy i Kalniczki”).

„W przypadku dwóch serc u upiora, jedno należało przebić. Był wypadek, że nieboszczyk chodził po śmierci do żony, pojawiał się jakimś ruchem. Znachor poradził tej kobiecie, aby ubrał na siebie tyle spódnic ile miała, tyle, że na lewą stronę. Kiedy zmarły przyszedł, to powiedział, że jeszcze nie widział, żeby ktoś tyle spódnic na lewą stronę ubrał. Rezolutna żona powiedziała, że nie widziała, żeby zmarły do żywego chodził. Wtedy „zrobił się wiatr”, trzasnął drzwiami i duch znikł. Mimo tego nieboszczyk dalej szkodził, głównie nie chowało się bydło. Znachor poszedł na cmentarz, odkopał trumnę, nieboszczyk leżał na boku i był czerwony na twarzy, miał dwa serca, z których tylko jedno przebito żelaznym kołkiem (Kulaszne). Podobny zabieg odbył się w obecności księdza. Nieboszczyk „chodził”, w żarnach „mlił”, „doblę” z ziarnem na boisku mieszał i inne drobne przykrości robił. Poważne problemy naprawdę zaczęły się, gdy domownicy zaczęli o tym mówić. Ludzie z księdzem poszli na cmentarz, wydobyli zwłoki. Nieboszczyk śmiał się, wtedy zabili mu ząb z brony w serce. Okazało się, że miał dwa serca.” Według Pełki, w dwóch badanych województwach (lubelskie i podkarpackie) zanotowano 22 przypadki wampiryzmu a sposoby radzenia sobie z delikwentami rozkładały się następująco (procentowo):

25, 3 % – odkopanie grobu i odwrócenie ciała twarzą do ziemi,

23,1 % – zamówienie mszy w intencji zmarłego

11,6 % – wywiercenie otworu w grobie i wlanie do niego święconej wody

11,6 % – poświęcenie mieszkania po pogrzebie

5,7 % – pozbawianie upiora głowy poprzez ucięcie jej trupowi, zabieg stosowano zarówno przed jak i po pogrzebie.

„W upiory lud górski wierzy mocno; i tak we wsi Jaworniku nad Osławicą nie ma jednego człowieka pochowanego na cmentarzu, który by nie miał wbitego w głowę ćwieka lub uciętej, i u nóg położonej, głowy. Upirz za życia ma dwa serca i czerwony kark, i kiedy umiera, to jedno tylko serce z nim ginie, a drugie żyje i jest powodem jego wędrówek pośmiertnych. Aby im zapobiec, obwijają szyję dokoła młodym prętem świerzbi-huza (głóg, dzika róża, zwana także hecze-pecze). A w serce wbijają gwóźdź z brony (inni twierdzą, że 3 ćwieki żelazne z brony). A głowę uciętą kładą w stopach”. Oskar Kolberg, Sanockie-Krośnieńskie, (t. 49, 51)

Write A Comment