Przesądy wiecznie żywe

Narodziny dziecka były z definicji po równo tajemniczą i doniosłą chwilą w życiu rodziny, pewnie dlatego obrosły w wiele przesądów i mitów, niektóre z nich są przecież żywe do dzisiaj – nie wierzę, że kilku z tych, które za chwilę przeczytacie, nie słyszałyście od swoich starych ciotek czy babć. Wszyscy chyba znają opowiastki o tym, że noworodki są dostarczane przez bociana – jak skrzydlaty kurier wrzucał dzieciaka przez komin i było po sprawie, wszyscy się cieszyli, nie było żadnych problemów, bólu ani zagrożenia życia rodzącej. Ta lekkość kończyła się niestety tam, gdzie zaczynały się skurcze zwiastujące akcje porodową. Warto podkreślić, że szczególnie w warunkach wiejskich, było całkiem duże prawdopodobieństwo, że matka nie przeżyje tego „sprawdzianu kobiecości”. Bez względu na stan posiadania kobieta musiała wydać na świat dziecko w warunkach domowych – nie było szpitali, zasobność kieszeni mogła wpłynąć najwyżej na stopień komfortu i higieny otoczenia. Taki stan rzeczy utrzymywał się do początku XX wieku. Warunki i czystość otoczenia były więc często „kartą przetargową” i przeważało szalę na stronę „życie”. Nie bez znaczenia był również sposób odżywiania się młodej mamy, wieśniaczki, których dieta była monotonna i uboga w składniki odżywcze, odchodziły z tego świata z powodu krwotoków, następstw między innymi niedoborów żelaza.

Wróżby z nieszczęścia, ile węzłów na pępowinie, tyle porodów

1. Kobieta przechodziła straszliwe dotkliwe męki (relacja pochodzi ponoć ze wschodnich rubieży Polski vel. Królestwa Polskiego lub Wielkiej Lechii, słowiańskiego mocarstwa) prowadzono do niej męża, by ją podtrzymał lub nawet posadził sobie na kolanach – wierzono, że to może przyspieszyć poród, szczególnie gdy panna zaszła w ciążę przed ślubem i stawała przed ołtarzem bez dziewiczego wianka (?! co to ma do rzeczy?). Podobno to było potwierdzenie aktu małżeństwa, coś na kształt „testu na ojcostwo” czy też „uznania” nienarodzonego dzieciaka. Wszystko odbywało się w asyście dojrzałych, doświadczonych matek, które wydały już na świat pokaźną gromadkę dziatwy, więc najlepiej wiedziały co i jak.

2. Położna i lekarz prowadzący? No way. Tylko najbogatsze kobiety mogły liczyć na luksus wynajęcia doktora lub cyrulika. Dopiero pod koniec XVIII wieku, w czasach stanisławowskich, pojawiły się pierwsze akuszerki, szkolące się do wykonywania zawodu pod okiem medyków, jednak przez lata było ich o wiele mniej niż wynosiło zapotrzebowanie. Z założenia miały one pomagać kobietom ubogim, ale przede wszystkim kontrolować i edukować wiejskie babki, których metody były często nie tylko dyskusyjnej skuteczności, ale wręcz szkodliwe. – A. Abramski, Lekarze, cyrulicy, szarlatani. Stan medycyny w Polsce stanisławowskiej, 1764-1795, Katowice. Pierwsza szkoła dla akuszerek powstała dopiero w 1780 roku – jej absolwentki podróżowały po kraju, wyposażone w wiedzę i podstawowe narzędzia medyczne. Warto zaznaczyć, że nie wszystkie zajmowały się wyłącznie ochroną życia poczętego i rodzącego się, wiele z nich było przy okazji tak zwanymi fabrykantkami aniołków – przeprowadzały aborcje na zlecenie. Z. Kuchowicz, Leki i gusła dawnej wsi. Stan zdrowotny polskiej wsi pańszczyźnianej, Warszawa 1954. W swoich miejscowościach akuszerki cieszyły się zwykle zasłużonym poszanowaniem. Jednak spora część społeczeństwa nie mogła sobie pozwolić na wezwanie wykwalifikowanej pomocy nawet do najcięższego przypadku, bo ta była po prostu zbyt kosztowna, a szpital (który zazwyczaj był bardzo daleko i wzbudzał powszechny strach) był zwykle traktowany jako abstrakcja – uważano zresztą, że pobyt tam równał się sprzedaży krowy, a więc był horrendalnie drogi. (Badania własne Barbary Ogrodowskiej, Sejny, 1967).

3. No ale co kiedy już się zaczęło? Ano posyłano po babkę i najbliższe krewne. Należy zaznaczyć, że nie było tak, że wszystkie krajbabki były starymi nawiedzonymi wariatkami – wiele z nich dysponowało podstawową wiedzą medyczną, znały się na ziołach i właściwościach substancji, chociaż nie było to następstwem zdobytego wykształcenia, a raczej metody prób i błędów. Odbierając liczne porody nabierała rutyny, jak mówiono, w łapaniu dzieci.

4. Módlcie się – przez cały czas porodu, dopóki była w stanie, zarówno przyszła matka jak i babka-położna, modliły się głośno do rozlicznych świętych i błagały ich o szczęśliwe rozwiązanie – szczególnie uwzględniano w tym panteonie św. Katarzynę, , św. Barbarę, św. Małgorzatę (opiekunkę kobiet brzemiennych). W babcinych metodach wiara mieszała się z magią, praktyka z teorią. Zaczynało się od praktyki „otwarcia”, o której już pisałam, chociaż w tej kwestii pojawiają się pewne nieścisłości – część relacji podaje, że otwierano wszystko, łącznie z drzwiami i oknami, by pomóc dziecku łatwiej wejść do świata, inne mówią o zamykaniu i zasłanianiu, żeby zapewnić położnicy intymność a przede wszystkim chronić ją przed złem i czarami, na które w swoim stanie była szczególnie podatna.

5. W pomieszczeniu i nad drzwiami domu rozwieszano wianki i zioła, zebrane i ususzone w święto Matki Boskiej Zielnej, na progu kładziono kawałki poświęconej palmy. Nad łóżkiem rodzącej wbijano nóż, na podłodze kładziono siekierę i kłódkę lub nożyce – wierzono, że ostre żelazne narzędzia mają magiczną moc odpędzania zła (analogicznie wbijano nóż w próg np. w wigilię Wszystkich Świętych, wtedy złe duchy nie mogły nad nim przestąpić i nawiedzić gospodarstwa). W przypadku porodu miały jednak za zadanie przecinać ból, który mógł być spowodowany nie tylko fizjologią, ale także rzuconym na ciężarną urokiem.

6. Lekki i sprawny poród miała zapewnić „tłustość”, babka smarowała swoje ręce masłem, aby nie sprawiać rodzącej dodatkowego bólu dotykiem szorstkiej skóry. Następnie sadłem nacierały brzuch ciężarnej i wykonywały masaż. Niekiedy masowano także krocze, również z użyciem tłuszczu, aby je otworzyć i pozwolić dziecku łatwiej się przesunąć.

7. Następnie obwiązywano brzuch ręcznikiem lub szmatą, co miało zapobiegać późniejszym przykrym dolegliwościom, np. wypadaniu macicy. Aby ułatwić poród stosowano gorące kąpiele, nasiadówki, podawano do picia wywary z rumianku, nagietka, macierzanki, które miały działać rozluźniająco. Można to uznać za słuszne i logiczne działania.

8. Szczególnie dużo uwagi poświęcano pępowinie – babka liczyła znajdujące się na niej węzły i informowała kobietę ile jeszcze czeka ją porodów – gdyby to się rzeczywiście sprawdzało, to nie wiem… Ale przesąd był obecny w całej Wielkiej Lechii.

9. Żadna z uczestniczących w badaniach mieszkanek Sejn, która rodziła dzieci z pomocą babki, nie wspominała o przestrzeganiu przez tę zasad higieny, nie myła rąk, a jedynie grzała je przy piecu. Pępowinę wiązano zawsze swojską nitką, to było bardzo istotne, lniany sznurek można było mocno zacisnąć. Pępowiny od strony matki nie podwiązywano. Zanim odeszło łożysko, dziecko przykładano jeszcze raz do dróg rodnych matki, miało to sprawić, że wszystko „złe”, pryszcze, znamiona, choroby i uroki wejdą w nią z powrotem i nie będą odbijały się na noworodku. Następnie łożysko „w które wniknęło wszystko, co paskudne” niszczono – „brano przez szmatę i w szmatę zawijano, przyciskano kamieniem, aby psy koty czy szczury nie mogły go rozwlec, i zakopywano głęboko, w miejscu nieuczęszczanym. Wraz z łożyskiem niszczono i usuwano bezpowrotnie poporodową zmazę”.

10. Wszystkie przedmioty związane z porodem były uważane za nieczyste i również je niszczono: wody płodowe, kawałki pępowiny, błony płodowe, słomę z posłania, na którym leżała rodząca.

Obcy, tak jak myszowie, lęgną się ze zgniłej słomy

Narodziny obcych odbywały się często w sposób wynaturzony. „Może myślisz, że Mazurzy są od nas lepszymi? – Jednamy się tak jak oni, nie rodzim ślepymi” – śpiewano w Wielkopolsce. Z kolei Mazowszanie przypisywali śleporództwo szlachcie zagonowej, Kujawiacy – również Mazurom, Podlasiacy – Żydom itd. Drugim wariantem było rodzenie się „de culo”, historycznie związane z wyobrażeniami o Niemcach, w Małopolsce XIX w. rozpowszechnione jednak w odniesieniu do Żydów (normalny poród miał Żydówkom uniemożliwiać fakt, iż „mają w poprzek”). Odnotowano również przekonania o dwunastomiesięcznej ciąży szlachcianek, a sześciomiesięcznej Żydówek (stąd: „Żydzi mnożą się jak pluskwy”) – Nowa księga przysłów i wyrażeń przysłowiowych polskich, pod red. J. Krzyżanowskiego, Warszawa 1972, t. III, s. 407, s.v. Szlachcic, O. Kolberg Kujawy, Wrocław-Warszawa 1962 t. I, s. 178., Badania terenowe (dalej zaznaczane BT), wypowiedź zanotowana we wsi Rudka (woj. białostockie) w 1975 r.

 

Zasada magiczna ilustrowana przez przytoczone przykłady ma rodow6d ginący „w czasach Seta” („Tak, gdziekolwiek rozejrzymy się w obrębie spraw ludzkich, nasuwa nam się ów zwrot i początek wszechrzeczy przy wnikliwszym wejrzeniu gubi się w czasach Seta.”). Wykorzystała ją przecież już bogini Hera, gdy postanowiła opóźnić narodziny Heraklesa (syna Zeusa i Alkmeny) na tyle, by stracił on przywileje obiecane przez Zeusa temu, który narodzi się w rodzie Perseusza „przed zapadnięciem zmroku”: – Nie zwlekając ruszyła do Myken i przyspieszyła bóle porodowe Nikippe, żony króla Stenelosa. Potem pospiesznie udała się do Teb, zasiadła przed drzwiami Alkmeny krzyżując nogi, szaty zawiązując w węzły i splatając palce, przez co opóźniła narodziny Heraklesa do chwili, gdy Eurysteus, dziecko siedmiomiesięczne, leżał już w kołysce. […] Inni natomiast opowiadają, że z polecenia Hery porodowi przeszkadzała Ejlejtyja, a wierna służąca Alkmeny, żółtowłosa Galantis, wyszła z izby porodowej i podała nieprawdziwą wiadomość o urodzeniu się dziecka Alkmeny. Zaskoczona Ejlejtyja zerwała się wówczas, rozłożyła dłonie, wyprostowała nogi i wtedy to przyszedł na świat Herakles.Działania Hery (ew. Ejleptyji) są wręcz schematycznie proste: – w celu uniemożliwienia porodu: zawiązywanie, zamykanie, zaplatanie – w celu spowodowania porodu: rozwiązywanie, otwieranie, rozplatanie. – R. Graves Mity greckie, Warszawa 1974, s. 411-412. 703 Stomma Mit Alkmeny, s. 89-110.

Write A Comment