O
kobiecej menstruacji najchętniej wypowiadali się ci, którzy nie mieli o
niej pojęcia innego niż teoretyczne lub zatarte przez czas –
odpowiednio mężczyźni i stare baby. Nazewnictwo przyjmowano tak
romantyczne, jakby rzeczywiście było czym się zachwycać. Mówiono, że to
kwiat żeński, który musi opaść, by zawiązał się owoc – ciąża. Kiedy do
niej dochodzi, dziewczyna „traci swój kwiat”, „nie kwitnie już”, pączek
powróci dopiero wtedy, gdy na świecie pojawi się dziecko. Dlatego nie
brakowało desperatek i nieświadomych biedaczek, uwiedzionych,
oszukanych, ale pewnie też i „łatwych”, jak to się dziś nazywa, które po
upojnych chwilach zostawały same z ogromnym problemem, którym była w
tamtych czasach ciąża przed wyjściem za mąż. Również takie, które
„zeszły z dobrej drogi” i zdradziły swojego ślubnego, siadały o północy
pod drzewkiem owocowym i skrobiąc jego korę błagały: noś za mnie, a ja
zakwitnę za Ciebie.

Nie wiadomo za jak skuteczny uważano ten
sposób ani jakie było kryterium wyboru – kiedy jabłonka czy wiśnia
litowały się nad proszącą, a kiedy nie. Taką praktykę uważano
powszechnie za podwójnie złą, bo przecież była następstwem złego
prowadzenia się, a po drugie zaliczała się do znienawidzonych przez Boga
praktyk magicznych. W XIII wieku śląski zakonnik Rudolf poucza w swoim
poradniku dla spowiedników, by pytali o ten rodzaj grzechu każdą
przychodzącą do nich skruszoną grzeszniczkę.
Większość znanych w XIX wieku i wcześniej zabiegów antykoncepcyjnych i
poronnych była w dużej mierze oparta na wierze i irracjonalnych
działaniach, a nie faktycznej skuteczności przyjmowanych środków.

To naprawdę diabelskie działania i nie do pomyślenia, jak ktoś może
nie chcieć zajść w ciążę i w tym celu leżeć na własnych palcach? To
rzeczywiście obraża wszystkich znanych bogów. W powiecie Opoczyńskim
powiadano:

Dzieci mieć nie chcesz, np. przez trzy lata – wrzuć, wracając od ślubu, trzy ziarnka prosa do studni.

Czasem stosowano niestety równie prymitywne, co po prostu
niebezpieczne dla zdrowia i życia próby mechanicznego usuwania płodu (z
użyciem ostrych przedmiotów, poprzez dźwiganie ciężarów, skoki z dużej
wysokości, gorące kąpiele i okłady), które niejednokrotnie kończyły się
tragicznie. W opinii osób bogobojnych, które takich niecnych występków
nigdy by się nie dopuściły, spędzanie płodów zasługiwało na ogień
piekielny i skazywało niedoszłą matkę na wieczne potępienie.

Hej, z porania w niedzielę

Poszła panna na zielę

Roztoczyła złotą nić

I poczęła wianki wić

Przyszedł do niej młodzieniec

Daruj panno mi wieniec

A tyś nie jest młodzieniec

Jenoś z piekła szataniec

Poczem żeś mnie poznała

Żeś mnie takiem nazwała?

-Po koniku po wronym

Po siodełku smalonem

– A i tyś ci nie panna

Tego wianka niegodna

Trojeś dzieci straciła



Oczywiście na ostracyzm w kwestii stosunków przedmałżeńskich, ciąż i
ich usuwania były narażone wyłącznie kobiety, bo przecież powszechnie
wiadomo, że nikogo innego przy tym nie było i być nie mogło, do poczęcia
dochodziło samoistnie, mężczyzny do tego wcale nie potrzeba. Nad taką
dziewczyną często nie litowała się nawet najbliższa rodzina (oczywiście,
że nie zawsze i były i takie, które otrzymywały jakieś wsparcie), na
ciężarne panny wołano pogardliwie: że majtki zgubiły, że to wyciruch,
latawica, tłukanica, małpa zielona, suka, maciora, przeskoczka albo
zawitka. Oficjalnie (nawet jeśli jednostkowo ktoś chciał okazać
zrozumienie) odnoszono się do nich z całą surowością, niezależnie od
okoliczności. Panowie byli postrzegani zupełnie inaczej (i to się akurat
nie zmieniło do dzisiaj), ich nie dotyczyło złe prowadzenie się,
powiadano natomiast, że muszą „się wyszumieć” – skąd my to znamy,
prawda?

Tylko „panna z dzieckiem” hańbiła siebie i rodzinę, bo
miała wesele pod krzakiem, pod płotem, zwane psim weselem. Dlatego tak
często zdarzało się, że w celu zmycia tejże hańby, pito różne wątpliwej
skuteczności mikstury: wodę z prochem strzelniczym, odwar ze sporyszu,
który ma silne działanie obkurczające, wywar z jarego żyta, z piołunu, z
nagietka, z mydlnicy, wodę mydlaną, albo zażywając silne środki
przeczyszczające. Takie problemy nie dotyczyły oczywiście kobiet
„porządnych” zachowujących dziewictwo do ślubu, dobrze prowadzących się,
posłusznych mężowi i znających swoje obowiązki, z których nadrzędnym
było rodzenie i wychowywanie dzieci. Mężczyzna za swoje ewentualne
kawalerskie występki nie ponosił najczęściej żadnej odpowiedzialności –
dzieci z tak zwanego nieprawego łoża wzbudzały, podobnie jak ich matki,
społeczną dezaprobatę, zgorszenie, lekceważenie.

W skrajnych
przypadkach ciężarna była wydziedziczana, wypędzana z domu (uprzednio
ojciec wymierzał jej sprawiedliwość), skazana tym samym na opuszczenie,
nędzę a często przedwczesną śmierć. Podobny los czekał ich potomstwo,
przezywane bębnem, bękartem, bastardem, pokrzywnikiem, wylęgańcem,
ogonkiem, pozbawione nazwiska i prawa do dziedziczenia czegokolwiek,
skazane było na wegetację pełną upokorzeń, tylko najsilniejsze jednostki
którym dopisało szczęście potrafiły odmienić bieg wydarzeń, ale przed
osądem otoczenia trudno było się bronić. W bogatych rodzinach, kiedy
panna dopuściła się seksu przed ślubem i zaszła w ciążę, w obawie przed
tym „co ludzie powiedzą” i by nie wywoływać skandalu, wywożono
dziewczynę na jakieś odludzie, gdzie pod opieką zaufanej osoby
przebywała aż do rozwiązania, później noworodka za opłatą oddawano na
wychowanie jakiejś biednej rodzinie, matki nie informowano o jego
dalszych losach, dbano natomiast o to, by jak najszybciej wydać ją za
mąż i puścić w zapomnienie niewygodne wydarzenia.

Na szczęście w miarę upływu lat obyczaje w tym względzie zostały znacznie złagodzone, restrykcyjne prawa zmieniono, niekiedy ojcowie nieślubnych dzieci, szczególnie ci pochodzący z bogatych rodów, dbali o swoje nieprawe potomstwo, zwłaszcza płci męskiej, dawali nazwisko, zapisywali ziemię, łożyli na wykształcenie – mimo wszystko status społeczny takich osób był zawsze gorszy niż tych którzy urodzili się w legalnych związkach. Bywało i tak, że ojciec dziecka co prawda nie wiązał się z przygodną kochanką, ale dawał jej jakiś ekwiwalent pieniężny zapewniający jakieś zabezpieczenie na przyszłość. Zdarzali się nawet tacy, którzy żenili się z kobietami w ciąży a dziecko z pozamałżeńskiego związku uznawali za swoje i wychowywali bez krzywdy. Nawet księża (którzy oficjalnie nadal potępiali złe prowadzenie się i nieczystość) zalecali jednocześnie miłosierdzie wobec matek nieślubnych dzieci i nieszczęsnych owoców takich chwil zapomnienia, które przecież na świat się nie prosiły.

Czasy się
zmieniały, ludzie łagodnieli, co prawda nadal gadali, plotkowali i
przezywali, ale jednocześnie tłumaczyli sobie stan rzeczy po swojemu, bo
przecież „krew nie woda” i „jak już się stało”, trzeba z tym żyć a
nawet pomóc bliźniemu w potrzebie. Mówiło się nawet o „bękarcim
szczęściu” i apetycie. Podobno takie dzieci rodziły się silne, łakome,
żywotne i sprytne, może natura w ten sposób wynagradzała im utrudniony
start i dawała szansę na przetrwanie w często nieprzyjaznym świecie.
Bękarty wiodły prym w zabawach, miały zdolności przywódcze i charyzmę
oraz powodzenie w dorosłym życiu, potrafiły być bezczelne w pozytywnym
znaczeniu tego słowa i upomnieć się o swoje. Podobno przynosiły też
szczęście rodzicom chrzestnym, miały dobrą rękę do gospodarstwa i
każdego zajęcia.

Jak len posieje, duży urośnie, da jajka do wylęgu, wylęgną się
same kokoszki, sprawić może, że ojcu chrzestnemu owies się będzie
rodził, konie się będą wiodły, matce chrzestnej da powodzenie w hodowli
świń.

  1. H. Biegelsein, Matka i dziecko w obrzędach, wierzeniach i zwyczajach ludu polskiego. Lwów 1927
  2. H. Biegelsein, Wesele, Lwów 1928
  3. H. Biegelsein, U kolebki ; Przed ołtarzem ; Nad mogiłą. Lwów 1929
  4. H. Biegelsein, Lecznictwo ludu polskiego, Kraków 1929

Write A Comment