1.

Wiadomo, zło czaiło się wszędzie, szczególnie czyhało na małego i
bezbronnego człowieczka, który dopiero co przyszedł na świat. Żeby
chronić go przed „uroczymi” spojrzeniami (nie mylić z urokiem osobistym –
o kimś, kto mógł samym wzrokiem sprowadzić nieszczęście, a w najlepszym
wypadku ból głowy i stan dziwnego odrętwienia mówiło się właśnie, że ma
„urocze oczy” – często dotyczyło to bękartów (pisałam o tym szerzej TUTAJ,
którym przez wieleset lat przypisywano posiadanie dziwnych magicznych
mocy). Żeby chronić niemowlęta, matki niezależnie od stanu (posiadania)
i miejsca zamieszkania, wiązały dzieciom na rączkach lub przy
wózeczkach czerwone wstążki, które miały chronić przed złymi czarami.
Taką samą funkcję miał spełniać także medalik zawieszony na tasiemce w
tym kolorze, albo malutka bransoletka z czerwonych koralików. Czerwień
ponoć „odbija” zło i sprawia, że wraca ono do osoby chcącej zaszkodzić.
Kiedy już coś poszło nie tak i dziecko zachowywało się dziwnie: płakało,
było niespokojne, trzeba było urok jakoś odczynić. Sposoby na to były
przeróżne w zależności od regionu: Dziecię marudzi płacze po nocach,
uroczone jest – weź je matko, zanieś przed zachodem słońca na śmietnik
sąsiada (tak, dobrze widzicie, na śmietnik, sąsiada). Ty ojcze, przynieś
je do domu. Nie pomaga? Daj mu się napić święconej wody. Albo włóż mu
do buzi trochę ptasiego pomiotu. Albo daj mu wody, którą złapałeś po
trzykrotnym chlapnięciu na strzechę.

2.

Chwalenie urody dziecka również nie było dobrym pomysłem, urok mógł wtedy zostać rzucony nawet nieumyślnie. Po czymś takim należało trzy razy splunąć przez lewe ramię, okadzić dziecko święconym zielem, przełożyć je na wspak przez męskie spodnie albo babską kieckę (w zależności od płci rzucającego). Moje stare ciotki do dzisiaj wierzą, że się trzeba koszulą otrzeć, topić palące się zapałki w szklance itd. Jedna z nich, już dobrze po 80-tce, całe życie największa dama w rodzinie, naprawdę kobieta z klasą, lubiana przez wszystkich, obyta, taka z tym tak zwanym „sznytem”, twierdzi, że jest na uroki bardzo podatna i właśnie takie „odczynianie” jej pomaga. Najważniejsze w tej praktyce magicznej było powtórzenie czynności trzy lub dziewięć razy. Kiedy nawet takie zabiegi nie pomagały, wzywano do dziecka „zamawiaczkę”, która odmawiała specjalne formuły i zaklęcia na cztery strony świata (te analogie i w sumie konsekwencja są naprawdę fascynujące). Wiedźma wypowiadała formułkę:

Pódź pod jaworowe drzewo, pod klonowe korzenie, dzie Ptaszkowie śpiewają, dzie dobrzy ludzie nie gadają (haha, jasne), gdzie słoniusko nie dochodzi. Wyliź ji z główki, z ocków, ząbków, dziąsłów, ramionków, palusecków, z systkich członków i syskich kostecek. Niechaj cię sam Pan Jezus uzdrowi.

3.

Nigdy nie było tak, że dziecko „chowało się” bez komplikacji. Kiedy zaczynało się ząbkowanie i nieprzespane noce, trzeba było szukać sposobów na złagodzenie bólu i zapewnienie reszcie rodziny względnego spokoju (serio, o świcie trzeba było wstać do zwierząt, roboty w polu). No to teraz siadajcie: dawano dzieciom do gryzienia korzeń fiołkowy albo, UWAGA: zęby martwych zwierząt. Powszechnie wierzono w ich magiczne działanie, najlepsze były wilcze, ale nie gardzono także kłami myszy, kreta (jak oni to dawali tym dzieciom, przecież mysie zęby chyba są małe, niemowlę mogło połknąć i udusić się), szczupaka, węża, dzika, źrebięcia. Wieszano je także na szyi jako amulet albo zaszywano w rąbku koszuli.

4.

Na wsi, kiedy dziecko gorączkowało i miało biegunkę z
powodu wyrastających zębów SMAROWANO MU DZIĄSŁA ŚWIEŻĄ KRWIĄ UTOCZONĄ Z
GRZEBIENIA ZABITEGO KOGUTA (znów ta czerwień). Jestem w stanie sobie
wyobrazić całą listę przykrych konsekwencji spożywania surowej krwi
nieprzebadanego zwierzęcia. Krzyczące dziecko (na ziemi krakowskiej)
obwożono 3 razy wokół domu – chłopca na wałachu, dziewczynkę na klaczy.
Prawdopodobnie miało to na celu „przeniesienie” cierpienia z dziecka na
zwierzę, które następnie miało wynieś je hen daleko, na pastwisko.

5.

Skoro ze wszystkiego wtedy wróżono, również
wyrastające zębów były zapowiedzią przyszłości dziecięcia – za dobry
omen uważano, kiedy najpierw wyrastały zęby dolne, mówiono wtedy, że
„wygrzebuje się z ziemi”, a więc będzie się zdrowo chowało i długo żyło.
Jeśli w pierwszej kolejności pojawiały się zęby górne – umarł w butach.
Rok, dwa i po dzieciaku, bo „zagrzebuje się w ziemi”. Nie daj Boże,
kiedy dziecko urodziło się z widocznymi rąbkami zębów, albo zaczynały mu
one wyrastać bardzo wcześnie – chciałoby się powiedzieć: wyrwać!
Zaszyć! Co ludzie powiedzą? W takiej sytuacji życzliwe sąsiadki i krewne
szeptały między sobą, że dziecko jest upiorem, wampirem albo innym
krwiopijcą, podrośnie trochę i wypisz wymaluj tygrys szablozębny, zeżre
całą wioskę i nawet porządnym beknięciem tego nie skwituje. Żarty
żartami, ale naprawdę ludzie mieli takie pomysły, szczególnie powszechne
było to na Podlasiu.

6.

Pierwsze dziecinne zęby, tak zwane mleczne, często
zanoszono do kościoła i wtykano je w szpary pomiędzy deskami, co miało
sprawić, że w przyszłości zęby stałe nie będą bolały – oczywiście dzięki
łasce bożej. Wypadnięty ząb mleczny należało rzucić nad głową na
piec(uważany przez wiele setek lat za siedlisko dobrych domowych duchów)
i wypowiedzieć formułkę: Myszko, myszko, weź mój ząbek drewniany, a
przynieś mi żelazny (kościany). Myszka, myszka, para braciszka, na – ząb
gnaciany, daj – żelaziany. 

Comments are closed.